Cena bije w targ

Liczba krakowskich targowisk maleje z roku na rok. - Nie wytrzymujemy konkurencji hipermarketów - mówią kupcy. Ale jest i nadzieja: - Wydaje mi się, że ludzie powoli zaczynają wracać. Doceniają atmosferę i jakość, szczególnie żywności - mówi Jan Wiesław Nalepa, prezes Spółki Kupieckiej Nowy Kleparz.

Najstarszy krakowski targ, czyli Stary Kleparz, funkcjonuje od średniowiecza.

Reklama

- Każdy kolejny rok jest coraz uboższy - mówi Anna Wiatrak, która od 1994 roku prowadzi kiosk na Starym Kleparzu. - Wielu kupców zrezygnowało z prowadzenia kiosku, coraz rzadziej widuje się rolników, którzy przywożą tu swoje plony, klientów jest również coraz mniej.

Na targach tylko starsi

Kupcy są zgodni, że rzadko widuje się osoby poniżej 30. roku życia. - Przychodzę prawie codziennie, po jabłuszka, ziemniaczki. Od lat kupuję u tej samej handlarki - mówi emerytka Janina Kopacz, którą spotkaliśmy w trakcie zakupów na Nowym Kleparzu. Dodaje, że jej dzieci wolą zakupy w większym sklepie. - Podjadą samochodem, zrobią duże zakupy raz w tygodniu i mają z głowy. Młodzi nie mają czasu na targowe rytuały.

Pan Franek przy ul. Grzegórzeckiej handluje od 20 lat. - Z tego żyję i chciałbym tu zostać. Jednak nie będzie miejsca na taki handel, jeśli markety będą dalej rosły. Wielkie sklepy przyciągają niskimi cenami, ale jakość jest tam podła. 12 lat temu spróbowałem szynki z dyskontu, od tego czasu nic w markecie nie kupuję - opowiada.

W wielkim sklepie obsługa jest anonimowa, słychać tylko piknięcia elektronicznej kasy. - A ze mną ludzie się zaprzyjaźniają. I mogą się targować, bo po to jest targ - mówi Franek.

Apartament zamiast budek

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2000 roku działały w Krakowie 33 targowiska. Sześć lat później ich liczba spadała do zaledwie 17 i wciąż maleje. Niedługo prawdopodobnie przestanie działać pchli targ przy ul. Estery. W jego miejscu ma stanąć luksusowy apartamentowiec. Przez ostatnie lata zlikwidowano w mieście prawie pięć tysięcy targowiskowych kiosków, teraz jest ich nieco ponad 700.

- Brak klientów najlepiej widać przed świętami i długimi weekendami. Kiedyś w takich dniach plac targowy był pełen kupujących. Teraz ruch w takie dni nie jest znacznie większy niż w zwykły weekend - mówi Anna Wiatrak. Dodaje, że jej zdaniem, zmniejszająca się liczba klientów ma związek z rozszerzeniem strefy płatnego parkowania oraz z otwarciem Galerii Krakowskiej.

- Nie mam żadnych oficjalnych sygnałów ze strony kupców o pogarszaniu się ich sytuacji - mówi pełnomocnik prezydenta ds. rozwoju przedsiębiorczości Jan Okoński. - Na początku lat 90. zeszłego wieku udało się stworzyć spółki kupieckie. Oznacza to, że place targowe to oddzielne przedsiębiorstwa, które same muszę starać się o zachowanie konkurencyjności i przyciągnięcie klienta. Możemy tylko doradzać, lecz nie ingerować - twierdzi Okoński i dodaje, że sam najchętniej robi zakupy na placach targowych, ponieważ tam nie czuje się anonimowy.

Tradycja przetrzyma

Jedną z osób, która nie wierzy, by krakowskie targowiska miała czekać zagłada, jest Jan Wiesław Nalepa, prezes Spółki Kupieckiej Nowy Kleparz. - Ja twierdzę, że place targowe wracają do łask. Markety i supermarkety przejadły się ludziom. U nas jest klimat. Cygan wyciągnie harmonię, ktoś inny zagra na gitarze. Jest żywność tradycyjna i ekologiczna - twierdzi Jan Wiesław Nalepa.

Na targowiskach znajdzie się miejsce i dla lokalnego przedsiębiorcy, i dla niekoniecznie legalnego imigranta (np. 17 lipca pogranicznicy złapali na bazarze trójkę Wietnamczyków bez pozwoleń na pracę). Pachnie "sypana" kawa w plastikowych kubkach, czasem krąży coś mocniejszego ( bo zimą straganiarz marznie nawet w dwóch parach spodni). Robi się interesy, ale jest też miejsce na bezinteresowność. Handlarze z Rybitw oddawali warzywa, które organizatorzy akcji "Jedzenie zamiast bomb" przerabiali na strawę dla biednych.

Nielegalne zabawy

Na placach i w okolicy można kupić też wszystkie pożądane rzeczy, na które państwo nie pozwala. Tego klient nie znajdzie w markecie. - Papierosy i alkohol bez akcyzy, pirackie nagrania, podrabiane ciuchy - wymienia Renata Listwan-Pach z krakowskiej Izby Celnej.

Giełdę przy ul. Balickiej, pl. Nowy, rejon Grzegórzek i Rybitw odwiedzają celnicy i policjanci. Efekt - zatrzymane góry czarnorynkowego towaru (11 lipca - 6 tys. pirackich DVD, 17 lutego - 12 tys. krążków plus sfałszowane markowe ubrania, 2 i 3 lutego - kilkaset płyt). Są też historie bardziej kryminalne, a na placach pojawiają się rzeczy bardziej "trefne" od nielegalnie wyciętych choinek (w okresie bożonarodzeniowym takich drzewek szukają na bazarach leśnicy ze strażą miejską).

Na początku lat 90. przy ul. Grzegórzeckiej handlował gang nieletnich, oferujący kradzione mienie wojskowe. Po amunicję 7,62 mm przyjeżdżał odbiorca z Warszawy, w której wkrótce miały zacząć się mafijne wojny. Jak ktoś wkręcił się w środowisko nielegalnych strzelców, mógł oglądnąć np. odrestaurowany hitlerowski kaem - własność jednego z targowych bywalców. A zdjęcia porno na bazarze trafiały się takie, że byłyby podstawy do ścigania i świętego oburzenia.

Lata mijały, a na placach zawsze pojawiało się coś niedozwolonego. - Najbardziej wartościowe rzeczy nie trafiają na targowiska, ale w takim miejscu trafiliśmy kiedyś na kradzione działa sztuki sakralnej - opowiada nadkomisarz Rafał Węgiel, specjalista w zakresie zwalczania nielegalnego obrotu dobrami kultury.

Ewelina Zambrzycka, Łukasz Grzymalski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy