Jeże pojawiły się na naszej planecie prawie 60 mln lat temu. Są jednymi z pierwszych ssaków, żywą skamieliną, która przetrwała dzięki doskonałemu ukształtowaniu przez ewolucję. A jednak dziś są zagrożone wyginięciem. Powód? Na ich drodze stanął człowiek.

Zdjęcie

10 listopada obchodzony jest Dzień Jeża 10 listopada obchodzony jest Dzień Jeża /© Panthermedia
10 listopada obchodzony jest Dzień Jeża 10 listopada obchodzony jest Dzień Jeża
/© Panthermedia
10 listopada obchodzimy Dzień Jeża. To okazja, żeby poszerzyć naszą wiedzę na temat tego ściśle chronionego przez prawo gatunku. Według przewidywań naukowców nasza czynna pomoc może być jedynym sposobem na uratowanie jeży przed wymarciem w ciągu najbliższych kilkunastu lat.

- Jeże to tajemnicze, bajkowe istoty, wbrew pozorom bardzo kontaktowe, o niesamowitych charakterach - mówi Andrzej Kuziomski, prezes krakowskiej fundacji Igliwiak, który ostatnie cztery lata swojego życia poświęcił opiece nad jeżami potrzebującymi pomocy.

Reklama

O jeżach i o tym, jak można im pomóc rozmawiał z panem Andrzejem, z okazji Dnia Jeża, Teodor Dobrzycki.

Na początku rozprawmy się z mitami: czy jeże noszą jabłka na grzbiecie i lubią pić mleko?

Andrzej Kuziomski: - Wizerunek jeża z jabłkiem na kolcach pochodzi jeszcze ze starożytności i powstał zapewne przez pomyłkę. Jeże są owadożercami, mogą więc polować na robaki w sadach owocowych. Jabłka z pewnością ich nie zainteresują.

A mleko?

- Jak pozostałe ssaki, jeże są karmione mlekiem matki tuż po urodzeniu. Jednak wszystkie pokarmy oparte na krowim mleku są bardzo szkodliwe dla jeży, a dla małych osesków - śmiertelnie niebezpieczne. Powodem tego jest nieprzyswajalna przez jeże laktoza, występująca w krowim mleku w dużych ilościach.

Jeże są postrzegane przez ludzi jako stworzenia dzikie. Stąd zapewne obawa, że można się od nich zarazić wścieklizną, lub pasożytami. Czy to prawda czy może kolejny mit?

- Od ponad 50 lat nie udokumentowano w naszym kraju przypadku zarażenia jeża wścieklizną. Wynika to z trybu życia tych zwierząt: przeważnie mają kontakt z niegroźnymi owadami, ślimakami, czy dżdżownicami. Prawdopodobieństwo, że jeż przetrwa starcie z większym, zarażonym wścieklizną drapieżnikiem i rozniesie tę chorobę dalej, jest bardzo nikłe.

- Jak wszystkie zwierzęta jeże cierpią natomiast z powodu pasożytów, np. kleszczy czy tasiemców. Jednak większość organizmów tego typu należy do gatunków niegroźnych dla człowieka, bo są one przystosowane do pasożytowania wyłącznie na jeżach. Przykładem może być tu pchła Archaeopsylla erinacei, której sama nazwa wskazuje, że interesują ją wyłącznie jeże. [Erinaceidae (łac.) - jeżowate - przyp. red.]. Jak widać - ze strony jeży nie grozi nam więc większe niebezpieczeństwo.

A w jaki sposób my zagrażamy jeżom?

- Przede wszystkim wyniszczamy ich naturalne środowisko jakim są lasy liściaste, obfitujące w starodrzew i butwiejące pnie. Z kolei lasy które jeszcze istnieją, otaczamy "opieką" przez spryskiwanie ich środkami ochrony roślin, zabijającymi owady. Przez to odbieramy jeżom naturalne pożywienie. Przychodzą więc - wygłodniałe - do siedzib ludzkich, gdzie mogą znaleźć - na przykład - wystawioną dla psa czy kota miseczkę.

- W 1996 roku Niemcy i Anglicy zakończyli czteroletnie badania, prowadzone na terenie całej Europy. Wynika z nich, że jeże wyginą do roku 2025, jeśli nie zapewnimy im czynnej ochrony. A badania nie uwzględniały jeszcze takich pseudonaturalnych kataklizmów jak powodzie, które ostatnio nawiedzają Europę. Mówię: pseudo, bo dziś większość naukowców jest zdania, że to ludzie odpowiadają za zmiany klimatyczne na Ziemi. Po wielkiej powodzi na Dolnym Śląsku w 1997 roku na pierwsze jeże trzeba było czekać dziesięć lat! Nawet podtopienia, które pojawiły się wiosną tego roku, zdziesiątkowały populację młodych jeży.

- A zagrożeń jest więcej. Szacuję, że około miliona jeży jest rozjeżdżanych co roku na polskich drogach. Co najmniej drugie tyle zostaje zagryzionych przez psy i spalone żywcem w czasie porządków ogrodowych. Część umiera w męczarniach pod kosiarkami do trawy lub w wyniku zatrucia środkami chemicznymi, na przykład trutkami na ślimaki. Podobnie zabójcze są wszelkie niezabezpieczone "dziury w ziemi", oczka wodne bez łagodnego zbocza itp.

Słyszałem też o celowym dręczeniu jeży...

Owszem, nie brak zwyrodnialców przejeżdżających jeże dla zabawy, czy bestialsko znęcających się nad nimi. Ostatnio zgłoszono mi zdarzenie, jak właściciel pewnego psa zadźgał łopatą jeżycę z małymi jeżątkami, bo denerwowała jego pupila, który szczekając w nocy budził tego przestępcę. Podkreślam - przestępcę, bo krzywdzenie czy zabijanie jeża jest takim samym przestępstwem, jak np. głośne niedawno zatopienie niedźwiadka czy strzelanie do żubra. Na co dzień spotykam się z takimi i gorszymi jeszcze przykładami skrajnego egoizmu, okrucieństwa i podłości.

Zdjęcie

Dwudniowe młode karmione przez matkę w tekturowym kojcu/fot. Andrzej Kuziomski Dwudniowe młode karmione przez matkę w tekturowym kojcu/fot. Andrzej Kuziomski
Dwudniowe młode karmione przez matkę w tekturowym kojcu/fot. Andrzej Kuziomski Dwudniowe młode karmione przez matkę w tekturowym kojcu/fot. Andrzej Kuziomski

Bo jeż jest również gatunkiem chronionym.

- Co więcej, w 2004 roku jeże wciągnięto na listę gatunków ściśle chronionych, ze wskazaniem ochrony czynnej. Nakłada ona na nas obowiązek pomocy jeżom poszkodowanym i niezdolnym do samodzielnego życia, podobnie jak na przykład drogowcy mają obowiązek zatrzymać się w miejscu wypadku i udzielić pomocy potrzebującym.

- Swoją drogą to paradoks, że w naszym kraju kotom i psom, które nie są gatunkami zagrożonymi wyginięciem, pomagają tysiące ludzi zrzeszonych w setkach organizacji, prywatnych i państwowych. A jeżom, objętym ustawą o ochronie gatunkowej - nie pomaga nikt.

A jak mamy postępować z jeżem wymagającym pomocy?

- Oczywiście ciężkie przypadki choroby czy okaleczenia trzeba niezwłocznie zgłosić weterynarzowi. Niestety, w Polsce niezwykle trudno znaleźć kompetentnego specjalistę w tej dziedzinie. Spotkałem się z wieloma przypadkami w których bezmyślność weterynarzy doprowadzała do śmierci jeży. Osobiście ściśle współpracuję z doktorem Przemysławem Baranem z Kliniki Weterynaryjnej Arka w Krakowie, jednym z nielicznych w kraju ekspertem od jeży.

- Jeśli napotkany jeż nie wymaga opieki weterynaryjnej, nasza pomoc będzie zależeć od wieku, kondycji zwierzęcia i oczywiście pory roku w której na niego trafimy. Najbardziej zagrożone są tak zwane "jesienne sieroty" - jeże za młode i za chude, żeby mogły hibernować i przetrwać zimę. Możemy - na przykład - wziąć je na ten okres do domu. Bardziej samodzielnym jeżom możemy udostępnić pomieszczenie, w którym temperatura nie spada poniżej zera (np. piwnicę), gdzie będą mogły spokojnie hibernować. Jeśli posiadamy ogródek, niewielkim nakładem sił możemy zbudować domek dla jeża, w którym wygodnie spędzi on zimę. Przede wszystkim powinniśmy dokarmiać przychodzące do nas osobniki. Wszelkie informacje na temat prawidłowej opieki i jeżowych potrzeb znajdują się na www.jeze.com.pl/o-jezach/

Czym najlepiej karmić jeże?

- Musimy pamiętać, że dostępne w zwykłych sklepach spożywczych jedzenie dla psów i kotów, które polecają w internecie niektórzy domorośli opiekunowie jeży, a nawet stowarzyszenia, jest na dłuższą metę szkodliwe dla tych zwierząt! Możemy im natomiast podawać produkty mięsne: wołowinę, serca, żołądki - oczywiście drobno pokrojone, gdyż szczęki jeży są przystosowane do jedzenia owadów. Jeśli jeż cały pokarm dostaje wyłącznie od nas, wówczas jego dieta powinna być bardziej restrykcyjna. . Wszelkie informacje na temat prawidłowej opieki i jeżowych potrzeb można znaleźć na mojej stronie internetowej www.jeze.com.pl, w dziale "O jeżach".

Jak zaczęła się pana przygoda z jeżami? Wiem, że na początku 2008 roku założył pan ośrodek rehabilitacji jeży.

- Nie mogłem pozostać obojętny wobec cierpienia tych zwierząt. Podczas mojej pracy kuriera widziałem na drogach dziesiątki rozjechanych jeży. Zaopiekowałem się najpierw jednym, potem znalazły się następne potrzebujące pomocy. Obecnie w moim ośrodku rehabilitacji niemal zawsze jest ich około 60.

Zdjęcie

Andrzej Kuziomski z jednym ze swoich podopiecznych/fot. Gregory Michenaud Andrzej Kuziomski z jednym ze swoich podopiecznych/fot. Gregory Michenaud
Andrzej Kuziomski z jednym ze swoich podopiecznych/fot. Gregory Michenaud Andrzej Kuziomski z jednym ze swoich podopiecznych/fot. Gregory Michenaud

Czy mógłby pan opisać jak wygląda ośrodek?

- Wynajmuję piętro w domku jednorodzinnym, gdzie przystosowałem dla jeży dwa pomieszczenia, każde o powierzchni około 30m2. Zainstalowałem w nich kojce i wybiegi, zgodnie z zaleceniami Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie. Strefy dla szczególnie ciężkich przypadków objęte są ciągłym wideomonitoringiem i stałą kontrolą temperatury, a przylegle pomieszczenia gospodarcze służą zabiegom sanitarnym i rehabilitacyjnym. Także balkon został specjalnie urządzony dla jeży.

Część jeży po wyleczeniu wypuszcza pan na wolność?

- Tak, osobniki, które pomyślnie przeszły leczenie i są gotowe powrócić do ekosystemu wypuszczam w specjalnie określonych miejscach, uzgodnionych z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska w Krakowie. Z przykrością stwierdzam, że zwiększa się ilość jeży trwale okaleczonych, które już nigdy nie będą samodzielne. Niestety ciągle brakuje ludzi posiadających własne ogródki, chcących choć jednemu, częściowo niepełnosprawnemu jeżowi zaoferować opiekę w formie dożywiania, zbudowania domku na zimę, kontrolowania stanu zdrowia. Dla większości ludzi to już za duży wysiłek.

A pan sam daje sobie radę z 60 jeżami!

- Musiałem stworzyć bardzo precyzyjny system pracy - sprzątam odchody, karmię, podaję lekarstwa, czuwam nad nocnym buszowaniem jeży na wybiegach. Kiedy nad ranem moi podopieczni idą spać, zajmuję się biurokracją. W wyniku absurdalnych wymogów prawnych dotyczących opieki nad gatunkiem chronionym, jestem zmuszony prowadzić osobną ewidencję każdego jeża. Do tego dochodzą obowiązki związane z pozyskiwaniem funduszy, kupowaniem pokarmu, lekarstw, środków czystości, etc.

- Wszystko to robię sam i nie ukrywam, że jest mi ciężko. Sypiam około 4 godzin na dobę, bez wolnych weekendów, świąt, urlopów. Funkcjonuję tylko dzięki specjalnym tabletkom z czystą kofeiną. Przez taki tryb życia podupadłem na zdrowiu - nie obeszło się już bez dzwonienia po karetkę...

Nie mógłby pan znaleźć pomocników do tej pracy?

- Jeże wymagają opieki przez całą dobę, siedem dni w tygodniu. Kontakt z każdym obcym człowiekiem jest dla nich dużym stresem, niezbędne więc, żeby opiekowała się nimi stała, ograniczona liczba osób. Wobec takich wymagań wolontariat, pomocnicy przychodzący "z doskoku" nie mają najmniejszego sensu. Ludziom, którzy chcieli mi tak pomagać, wydawało się, że spędzą mile czas przy jeżach, tymczasem w fundacji czeka ogrom ciężkiej pracy. Wyjściem z sytuacji byłoby zatrudnienie stałego pracownika. Ale na to oczywiście nie mam pieniędzy.

Jak wygląda obecna sytuacja finansowa fundacji?

- Dramatycznie. W najbliższy wtorek przyjedzie nowa dostawa pokarmu dla jeży, na którą wydam 1400 zł - ostatnie pieniądze znajdujące się na koncie fundacji. Nie ma z czego zapłacić 2000 zł czynszu za listopad. Leży przede mną nieopłacona faktura wystawiona przez klinikę weterynaryjną na ponad 4000 zł. Na swojej stronie internetowej publikuję dokładne wydatki fundacji. Miesięcznie utrzymanie około 60 jeży kosztuje około 10-12 tys. zł.

Tymczasem pomoc państwowa dla mojego ośrodka na rok 2010 wyniosła równo 1000 zł. Tak nasze czterdziestomilionowe państwo wspiera niesienie pomocy zagrożonemu gatunkowi. Utrzymuję się więc jedynie z wpłat pochodzących od prywatnych osób. Nawet najmniejsza darowizna jest niezwykle cenna.

Niestety część ludzi uważa pana za postać kontrowersyjną i nie ufa fundacji Igliwiak. Czytając komentarze pod artykułami opisującymi pana działalność, można spotkać się z różnymi zarzutami. Czy mógłby się pan do nich jakoś ustosunkować?

- Mój ośrodek znajduje się pod stałym nadzorem Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Krakowie. Dotychczas wszystkie kontrole inspektorów wypadły pomyślnie. Również wspominany przeze mnie wcześniej doktor Baran wielokrotnie pozytywnie opiniował moją pracę. Na moją prośbę często odwiedza mnie bez uprzedzenia - kiedy tylko jest w okolicy. Zawsze jest jakaś kwestia w której chętnie zasięgam jego rady. Nieraz mam serdecznie dosyć braku ludzkiej wyobraźni i odpowiedzialności. Bywam obcesowy dla dzwoniących do mnie osób. Jednak ludzie nie muszą mnie ani kochać, ani szanować. Wystarczy, że przejmą się chociaż trochę losem jeży.

Dziękuję za rozmowę.

Działalność pana Andrzeja Kuziomskiego możemy wspomóc przez wpłatę pieniędzy na konto jego fundacji:

Fundacja Igliwiak

ul. Kąpielowa 4,

30-434 Kraków

Nr. konta: 92 1090 1665 0000 0001 1470 5423

Jest to konto w BZ WBK

Więcej informacji: www.jeze.com.pl

Artykuł pochodzi z kategorii: WIADOMOŚCI LOKALNE