Polscy sprzedawcy zacierają ręce, słowaccy liczą straty

Słowacy od ponad dwóch miesięcy szturmują sklepy w regionie. Kupują wszystko, od produktów spożywczych, przez sprzęt gospodarstwa domowego do usług budowlanych. Sprzedawcy większych sieci szacują wzrost sprzedaży od lutego o nawet 40 procent.

Do tej pory, to my jeździliśmy na zakupy do Słowacji i korzystaliśmy z tamtejszych atrakcji turystycznych. Teraz sytuacja się zmieniła. Zimą sąsiedzi szusowali po naszych stokach. A jeśli o zakupy chodzi - w weekendy Słowacy stanowią prawie połowę klientów większych sieci handlowych.

Reklama

- W ciągu tygodnia co 20 klient sądeckiego marketu to Słowak. W soboty i niedziele jest ich dużo więcej - mówi Agnieszka Łukiewicz-Stachera, rzecznik prasowy sieci Real.

Większe są i zakupy, jakich dokonują.

- Skoro już pokonali kilka kilometrów, to nie po to, by zrobić zakupy jak mieszkańcy pobliskich osiedli, którzy są naszymi codziennymi klientami - dodaje rzeczniczka.

W kasie zostawiają średnio po 300 zł.

- Wcale nie jest tak, że przyjeżdżamy raz w miesiącu - to znaczy akurat my tak, bo nie mamy czasu na takie coweekendowe zakupy, poza tym mieszkamy w Popradzie - ale nasi znajomi i rodzina z granicy są w Realu nawet codziennie. A jak nie tu, to na pewno w Biedronce w Piwnicznej - mówi Wladimir Hutnik, który na zakupy przed świętami przyjechał wraz z żoną i dzieckiem.

Sprzedawca marketu w Piwnicznej potwierdza, że Słowaków u nich sporo, ale po szczegółowe informacje odsyła do rzecznika:

- Biorąc pod uwagę różnicę pomiędzy średnią dla regionu a sklepem w Piwnicznej, można mówić, że około 15-20 proc. naszego przyrostu klientów to Słowacy - twierdzi Paweł Tymiński. Dodaje też, że cały asortyment jest dla nich atrakcyjny: - Szczególnie jednak drób, mięso i wędliny. Ale nie zaobserwowaliśmy tendencji do hurtowych zakupów, choć otrzymaliśmy kilka zapytań o możliwość robienia takich.

Sieci handlowe wysyłają też swoją ofertę bezpośrednio do klientów za granicą, informując o aktualnych promocjach, cenach. Ale nawet bez reklamy Słowacy wiedzą, gdzie przyjechać na zakupy. Nie tak dawno korzystali z wielkiej wyprzedaży zorganizowanej na terenie spalonego "Leclerca" w Nowym Targu. "Z jednego samochodu wysiada częstokroć kilkuosobowa rodzina i każdy wraca z pełnym wózkiem" - informowaliśmy 3 kwietnia.

- Przez jakiś czas nasze gazetki były drukowane w języku słowackim. Nasi dystrybutorzy informują nas, że to zbędne. Po polsku też są dla nich zrozumiałe - mówi Agnieszka Łukiewicz-Stachera.

Państwo Kreniccy przyjechali na zakupy do Sącza po raz pierwszy dopiero przed świętami.

- Nie wierzyliśmy, że tu tak tanio. Znajomi mówili, że głupotę robimy, nie korzystając ze złotówki. Mieli rację. Wszystko o 20 procenta tańsze. A jeśli chodzi o nasze ceny po zmianie waluty na euro, specjalnie się nie zmieniły - mówi Peter Krenicky, mieszka niedaleko Leluchowa.

Korzystając ze słabego kursu złotówki, Słowacy nie kupują tylko jedzenia. Tańsze są dla nich odzież, sprzęty AGD i RTV, a nawet niektóre usługi.

- Od lutego odbieramy średnio dwa-trzy mejle od Słowaków zainteresowanych naszymi oknami. Kupują i detalicznie, i hurtowo - przy większych inwestycjach - mówi Piotr Olesiak, pracownik firmy Violin.

Dużym zainteresowaniem sąsiadów cieszy się także Centrum Handlowe Europa II w Nowym Sączu.

- Przyjeżdżają samochodami z przyczepami. Jeśli już kupują, to konkretnie, np. całe wyposażenie kuchni: lodówka, kuchenka, pralka. Telewizory są raczej dodatkiem do lekkich zakupów, jakie robią w "Europie" - mówi kierownik sklepu z AGD i RTV. - W kasie potrafią zostawić po 10 tysięcy zł. Dzięki temu odnotowaliśmy wzrost sprzedaży o 40 procent.

Zadowolona z utargu weekendowego jest także kierowniczka Reserved, sklepu z odzieżą:

- W zwykły dzień Słowaków jest mniej, ale w sobotę, mogę śmiało powiedzieć, że połowa to klienci z zagranicy. Przyjeżdżają całymi rodzinami i stoją przy ubraniach z kalkulatorami. Przeważnie wszyscy wychodzą ubrani od stóp do głów - mówi Teresa Gaborek.

Mniej utargu mają natomiast sklepy z odzieżą "niemarkową".

- Nie odczuliśmy w kasie tego szturmu Słowaków. Widać ich po "Europie", ale nasz sklep jakoś omijają - mówi właściciel.

Podobnie odpowiada sprzedawczyni boksu obok: - Kiedyś to był konkretny klient. Teraz Słowacy przeglądną towar i odchodzą.

Przeglądają też oferty usług budowlanych.

- Szaleństwa jednak nie ma. Od znajomych po fachu wiem natomiast, że Słowacy są zainteresowani takimi usługami. Ale to już robota na czarno - mówi Wiesław Kroczek, właściciel zakładu remontowo-budowlanego.

Krzysztof Kupricki, który prowadzi podobną firmę, informuje, że jest właśnie w trakcie rozmów ze Słowakami w sprawie podpisania umowy o współpracy.

- Ich efekty będą pewnie podyktowane kursem złotówki - stwierdza.

Katarzyna Gajdosz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje