Ruszył proces ws. agencji towarzyskiej na Podhalu

Proces w sprawie słynnej na Podhalu agencji towarzyskiej "Bahama Klub GO-GO" w Białym Dunajcu rozpoczął się w środę przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu. Oskarżonym trzem braciom G. grozi do 10 lat więzienia.

Jan, Józef i Tadeusz G., oskarżeni o handel ludźmi, ułatwianie prostytucji kobietom i czerpanie z tego korzyści majątkowej, a także o zmuszanie dwóch kobiet do uprawiania nierządu oraz o udział w pobiciu ich, podczas rozprawy nie przyznali się do winy.

Reklama

Wszyscy trzej skorzystali także z prawa do odmowy wyjaśnień, częściowo odpowiadali tylko na pytania sądu. Sąd odczytał ich wyjaśnienia ze śledztwa. Jak zgodnie twierdzili, "zostali pomówieni przez jedną z lokatorek prowadzonego przez siebie pensjonatu", sprawczynię kradzieży, której uratowali życie. Mówili także, że "lokatorki" swojego pensjonatu traktowali dobrze, a agencję zamknęli "po śmierci Ojca Świętego w 2005 roku przez wzgląd na szacunek dla niego"; jeden z nich tłumaczył, że "dziewczyny traktował jak siostry, których nigdy nie miał".

Według aktu oskarżenia, sporządzonego przez krakowski wydział Prokuratury Krajowej, bracia G. w celu zapewnienia sobie stałego dochodu zatrudniali w latach 1995-2005 kobiety w prowadzonym przez siebie klubie "Bahama Klub GO-GO" w Białym Dunajcu i ułatwiali im uprawianie prostytucji, pobierając od nich połowę należności od klientów. Zarzuty aktu oskarżenia dotyczą ułatwiania prostytucji siedmiu kobietom.

Ponadto, jak twierdzi prokuratura, w celu zapewnienia sobie dochodu i pozyskania kobiet do uprawiania prostytucji - kupili w 2002 roku od obywateli Ukrainy dwie kobiety za kwotę tysiąca dolarów.

Obie kobiety zostały wprowadzone przez Ukraińców w błąd, że jadą do pracy do Niemiec, dlatego nie chciały pracować w Białym Dunajcu. Z tego powodu były one siłą zmuszane do kontynuowania usług seksualnych. Jednej z nich, z udziałem Ukraińców, zabrano paszport oraz rzeczy osobiste i zmuszono do wykonywania usług seksualnych także w warunkach, na które nie wyrażała zgody, np. z kilkoma klientami naraz.

Według prokuratury oskarżeni razem z Ukraińcami wzięli też udział w pobiciu tej kobiety, w wyniku czego trafiła ona do szpitala m.in. ze złamanym nosem, wybitymi zębami i pękniętymi żebrami.

Druga pokrzywdzona, oprócz dalszego uprawiania prostytucji, została zmuszona do płacenia Ukraińcom po sto dolarów za każdy miesiąc pobytu w Białym Dunajcu, tytułem zwrotu rzekomego długu. Została też dotkliwie pobita przez Ukraińców, a udział w tym pobiciu prokuratura również przypisała oskarżonym, wskazując, że działali oni z zamiarem pobicia, zwabili kobietę na teren agencji i umożliwili działanie Ukraińcom.

Dodatkowo Tadeusz G. jest oskarżony o nielegalne posiadanie broni.

Jak wyjaśnili oskarżeni, jedna z pobitych kobiet bezpodstawnie pomawia ich o przemoc, tymczasem sama ukradła "członkom podwarszawskiej mafii" cenną bransoletę. Mafiozi najpierw zagrozili zniszczeniem agencji i jej właścicieli, a następnie pobili kobietę.

Zdaniem oskarżonych tylko dlatego, że dziewczyna została podstępem odwieziona przez nich do szpitala, udało się uratować jej życie. Bracia G. wyjaśniali także, że bransoleta rzeczywiście została przez tę kobietę skradziona i przekazana dilerowi narkotykowemu, ale udało się ją odzyskać i zwrócić właścicielowi. - Nigdy w życiu się tak nie bałem - mówił o groźbach mafiosów jeden z braci.

- Bar był mój, reszta mnie nie interesowała. To były noclegi, gośćmi byli podróżni, nie wiem, czym się zajmowali - mówił Jan G.

- Agencja działała od 1999 roku do 2005. Jak zmarł Ojciec Święty, zamknęliśmy agencję i przysięgliśmy przez szacunek dla niego, że nigdy nie będziemy tego robić - wyjaśniał Józef G. - Nie zasłużyliśmy na to, co nas spotkało - dodał. Z jego wyjaśnień wynikało jednak, że w klubie mieszkały prostytutki, podlegały karom pieniężnym za złamanie regulaminu, np. palenie i picie alkoholu w pokoju, ale nie były bite ani do niczego zmuszane.

- Dziewczyny traktowałem jak siostry, których nigdy nie miałem - wyjaśniał kierujący pensjonatem Tadeusz G. Podał, że lokatorki płaciły czynsz za pokój w wysokości 100 zł miesięcznie, potem 300- 400 zł. Na pytanie sądu, czym się zajmowali lokatorzy pensjonatu, za radą adwokata odmówił odpowiedzi.

Tadeusz G. wyjaśnił także, że rzekomy handel ludźmi, tj. zakupienie dwóch prostytutek, był w rzeczywistości pożyczką, udzieloną pomawiającej ich kobiecie. - Przyjechała z koleżanką z Ukraińcami i nie miała pieniędzy, by zwrócić im za benzynę. Pożyczyłem, bo lubię pomagać, a one oczekiwały pomocy - wyjaśnił. Przyznał się do nielegalnego posiadania broni gazowej, która - jak wyjaśnił - została mu pomyłkowo przysłana zamiast sztucera.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje