A potem mieli żyć jak w niebie...

Biegli badają przyczyny pożaru w kamienicy przy Pułaskiego 25C w Siedlcach. Niewykluczone jest podpalenie. W sobotę odbył się pogrzeb Moniki i jej dzieci. Zanim zginęła, krzyczała z okna na trzecim piętrze objętym płomieniami, żeby ratować jej dziewczynki. Ale nie było szans, by kogokolwiek uratować.

Nie mogła doczekać się poniedziałku 25 czerwca. Tego dnia miała urodzić swoje trzecie dziecko. Lekarze powiedzieli, że na pewno będzie cesarka. Nie czuła się najlepiej. Tydzień przed tą tragedią opuściła szpital. Z trudem dźwigała na trzecie piętro swój brzemienny brzuch. Od kilku tygodni wcześnie kładła się spać, by jak najwięcej odpoczywać. Tamtego dnia też tak było.

Reklama

- Rozmawiałam z nią przed wieczorem, skarżyła się na opuchnięte nogi - opowiada Grażyna Małycha, sąsiadka z podwórka. - Aby tylko do poniedziałku, już będę lżej latać jak urodzę, mówiła, uśmiechając się ciepło, jak to ona. Cieszyła się na to nowe dziecko. W piątek starszej Klaudynce zaczynały się wakacje. Młodsza, trzyletnia Natalia, też się nie mogła doczekać, kiedy wreszcie cały dzień będą się bawić na podwórku, a mama przy nich pospaceruje z tym maluszkiem. Przecież im powiedziała, że za tydzień przyniesie do domu dzidziusia... - sąsiadka zaczyna szlochać.

Około siódmej Janka z naprzeciwka zaniepokoił dziwny smród. Akurat oglądał "M jak miłość". - Mówię do żony, żeby zgasiła dobrze niedopałek papierosa, bo chyba się jeszcze fajczy. Ona mówi, że nic podobnego, że to nie od tego papierosa ten swąd. Wybiegłem na podwórko. Dym walił już ze wszystkich stron. Ona stała w oknie na trzecim piętrze, w kuchni, i krzyczała, żeby ratować jej dzieci. Ktoś z dołu zawołał, by wyrzuciła je przez okno, to może by ludzie złapali. Może by uratowali któreś. Ale to wszystko trwało błyskawicznie krótko - relacjonuje pan Janek.

- Może półtorej minuty. Po chwili zachwiała się w tym oknie, wielki płomień przeleciał po całej chałupie i już nie wyjrzała.

- Pewnie skuliła się z tymi dzieciaczkami pod ścianą i czekała, aż ktoś przyjdzie z pomocą. Ale najprawdopodobniej od razu wszyscy się potruli czadem - wtrąca mężczyzna z tatuażem.

Szesnastoletnia Anka, która przyszła odwiedzić ciotkę w mieszkaniu obok, widząc ogień zaglądający do ich okien, wyskoczyła z trzeciego piętra. Może gdyby wpadła do tego ogródka z sałatą, takich skutków by nie było. Ale co tu gdybać. Takich "może" są dziesiątki. Przecież nie musiała od razu skakać. Z okna ciotki może by przelazła na daszek do tej przybudówki przylepionej do kamienicy. Ale w takich momentach się nie myśli. Spadła na beton. W ciężkim stanie, z licznymi urazami kończyn i kręgosłupa, została odwieziona do szpitala w Konstancinie. Zapytana przez jakiegoś telewizyjnego dziennikarza, dlaczego skoczyła, powiedziała, że wolała umrzeć w ten sposób, niż spalić się żywcem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy