Matczyny dramat w ZUS

Z wypłatami dla kobiet na urlopie macierzyńskim zwleka Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Panie czekają często nawet dwa miesiące na wypłatę należnych im pieniędzy.

Bardzo często w tym czasie nie mają za co żyć - alarmuje "Życie Warszawy".

Reklama

- Przez dwa miesiące byłam bez środków do życia. Nie miałam pieniędzy na pieluchy i ubranka, bo nie wypłacano mi zasiłku macierzyńskiego - mówi pani Aneta. W podobnej sytuacji znalazły się inne kobiety. Tymczasem ZUS twierdzi, że problemu nie ma.

Pani Agnieszka z Warszawy, podobnie jak pani Aneta, na wypłatę pieniędzy czekała blisko 60 dni, chociaż powinny wpływać regularnie jak pensja. Powód? ZUS żądał od niej wciąż dodatkowych dokumentów. Najpierw potrzebne było zaświadczenie o narodzinach dziecka, by naliczono czas urlopu macierzyńskiego.

Po kilku dniach ZUS zażądał podania numeru konta bankowego, danych osobowych i dostarczenia aktu urodzenia, który wydaje gmina. W stolicy rodzice dostają je zwykle po trzech tygodniach od narodzin dziecka. ZUS wezwał też panią Agnieszkę, by zaświadczyła, czy to jej pierwsze dziecko, chociaż wcześniej była już na urlopie macierzyńskim.

Po sześciu tygodniach od narodzin synka i po dopełnieniu wszystkich formalności, pani Agnieszka nerwowo zaglądała na bankowe konto. Minęło dokładnie 30 dni od dostarczenia ostatnich dokumentów, czyli tyle, ile ZUS rezerwuje sobie na wypłatę zasiłku.

Zamiast pieniędzy przyszedł kolejny list. W nagłówku, jak zawsze, były imię, nazwisko i nr PESEL pani Agnieszki, a obok pusty formularz do wypełnienia z polami: imię, nazwisko, nr PESEL.

- Wyprowadziło mnie to z równowagi. Święta za parę dni, a ja nie miałam pieniędzy na rachunki - wspomina. Tym razem z wypełnionym formularzem wysłała list do inspektoratu, pytając, czy ZUS wie, ile dni pozostawia ją bez środków do życia. To zadziałało, pieniądze przesłano w ciągu tygodnia.

Opóźnienia w wypłatach zasiłków nie dotyczą kobiet zatrudnionych w dużych przedsiębiorstwach. Duże firmy muszą wpłacać do ZUS składki za wielu pracowników i z należnych pieniędzy mogą same zapłacić kobiecie za urlop macierzyński, a potem to sobie odliczyć. Problemy mają natomiast matki pracujące w małych firmach, likwidowanych zakładach lub gdy kończą się im umowy o pracę. Wtedy ZUS przejmuje na siebie formalności związane z wypłatą pieniędzy. Od pani Magdy, która również przez dwa miesiące nie dostawała pieniędzy, ubezpieczyciel zażądał nawet dokumentów potwierdzających, że szef płaci za nią składki.

- ZUS nie powinien przerzucać na matkę swoich obowiązków - mówi Lesław Nawacki, szef zespołu Prawa Pracy i Zabezpieczenia Społecznego u rzecznika praw obywatelskich. Co na to ZUS?

- Takie przypadki są zjawiskiem marginalnym. Mamy prawo żądać dodatkowych dokumentów - mówi Jacek Dziekan z centrali ZUS.

Niestety, pokrzywdzone kobiety mogą jedynie pisać skargi do pracowników i szefów terenowych inspektoratów ZUS. Rzecznik ubezpieczonych zajmuje się jedynie emeryturami i komercyjnymi firmami, oferującymi np. OC. - czytamy w artykule "Urlop macierzyński z debetem na koncie", zamieszczonym przez "Życie Warszawy".

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje