Miłoszewski: Muszę dostosować się do tego, co wymyślili inni

Około 250 internautów uczestniczy w pisaniu opowiadania z Zygmuntem Miłoszewskim. Autor popularnej serii kryminałów zaznaczył, że nie jest to dla niego łatwe. - Muszę dostosować się do tego, co wymyślili inni - podkreślił pisarz.

Pisanie opowiadania podzielone jest na trzy etapy. Na każdym z nich pisarz przedstawia internautom jedno lub kilka zdań i prosi ich o przedstawienie pomysłu jak można je rozwinąć. Następnie wybiera jego zdaniem najlepsze i pisze kolejne części opowiadania. W pierwszym etapie internauci mieli zaproponować dalszy ciąg do zdania: "Zaczęło się niewinnie. Własne myśli przestały mi wystarczać. Musiałem ukraść cudze. ", w drugim etapie padło pytanie dotyczące głównego bohatera: "Kim jestem?". Obecnie Miłoszewski czeka na propozycje od internautów dotyczące zdania: "Czy moim pożegnaniem naprawdę ma być zbrodnia doskonała? Jeśli tak, to wiem, że nie będę miał problemu z wyborem ofiary".

Reklama

PAP: Jak pisze się opowiadanie we współpracy z internautami?

Zygmunt Miłoszewski: Traktuję to, jak ćwiczenie warsztatowe, jako taki trening. Muszę dostosować się do tego, co wymyślili inni. Wymaga to ode mnie otwartości. Bardzo się staram, żeby nie wybierać takich propozycji, które są bliskie moim wcześniejszym wyobrażeniom. Zabraniam sobie myśleć o fabule dopóki nie nastąpi etap, w którym mogę przeczytać propozycje i coś wybrać. Staram się jednak dokładnie sprawdzać część pomysłów, bo nie zawsze mogę od razu ocenić dany pomysł, muszę sprawdzić czy on działa. Internauci wykonują za mnie część pracy, bo moja praca literacka wygląda tak, że dochodzę do jakiegoś momentu i staram się wymyśleć różne wersje fabuły i wybrać najlepszą. I tutaj część roboty jest za mnie zrobiona pewne wersje fabuły już są, a ja muszę wybrać tę, która mi najbardziej odpowiada. Ale podkreślam, że zabawa jest przednia nawet, jeśli się czasami "wyzłośliwiam" na uczestników.

- Skąd pomysł na pisanie opowiadaniami razem z internautami?

Z.M.: Już kiedyś robiłem coś podobnego przy okazji premiery filmu "Uwikłania" na podstawie mojej książki. W ramach promocji filmu pisałem wtedy z internautami opowiadanie. I to wyszło bardzo fajnie, miałem z tego dobre wspomnienia. A teraz poprosił mnie stary kumpel, czy bym nie chciał zrobić czegoś takiego a ja się zgodziłem. Zwłaszcza ze robię to uczciwie. To nie jest tak, że mam stare opowiadania, które wyciągnąłem z szuflady i podzieliłem je na trzy części.

- Zakończył się już drugi etap pisania opowiadania razem z internautami. Co dalej?

- To, co robię z internautami to jest opowiadanie, które składa się z trzech części. Na każdym etapie to oni mają głos decydujący. Ja przygotowałem pierwsze zdanie, które należało dokończyć. Potem jak ludzie złożyli mi propozycję to napisałem pierwszą część opowiadania potem zakończyłem takim otwartym pytaniem. I czekałem na propozycje dotyczące rozwinięcia fabuły, potem wybrałem jedną i napisałem drugą część opowiadania. I teraz znów czekam na propozycję.

Przeglądałem propozycje internautów, które pan otrzymał i przyznam szczerze, że dość surowo ocenił pan te, które miały bardziej poetycki charakter?

- Przyznaję, że jestem bardzo uczulony na taką nadmierną poetyzację. W ogóle uważam nadmierną poetyzację, oniryczność za chorobę polskiej prozy i oto internauci mają do mnie pretensje, że premiuję taką zwyczajność. Jestem autorem gatunkowym, piszę kryminały, muszę mieć konkret, tzn. jak zadałem pytanie internautom: kim jest z zawodu bohater, to nie oczekuję odpowiedzi typu, że jest człowiekiem, który wiecznie poszukuje swojego ja, tylko np. odpowiedzi, że jest ślusarzem, który od piętnastu lat praktykuje w zawodzie albo, że jest stolarzem.

W jednym z wywiadów wspominał pan, że na początku swojej drogi pisarskiej chciał pisać właśnie taką oniryczną powieść i pani Beata Stasińska z wydawnictwa WAB odciągnęła pana od tego i skierowała w stronę kryminałów. To stąd ta niechęć do oniryzmu w literaturze?

- Tak to prawda. Byłem młody - to mnie usprawiedliwia - chciałem pisać powieść o tym jak się zacierają granice pomiędzy snem i jawą. Teraz jak o tym pomyślę, to się śmieję. Ale cieszę się, że zostałem w literaturze gatunkowej. Wychowałem się na książkach Juliusza Verna, Aleksandra Dumasa. Moim, żywiołem jest twarda, gatunkowa literatura, ale nie taka prosta i głupia. Lubię jak ktoś mi opowiada o świecie za pomocą jakiejś historii, którą przeżywam razem z bohaterami, czegoś się uczę - a nie wtedy, kiedy ktoś mi mówi, wprost co mam przeżywać i dlaczego, bo wtedy zupełnie tego nie kupuję.

A do jakiego gatunku można przypisać opowiadanie, które powstaje we współpracy z internautami? Wiemy, że bohater jest śmiertelnie chory, zatrudnia się w domu starców z zamiarem dokonania czegoś wielkiego.

- Pierwsze zdanie opowiadania brzmiało "Własne myśli przestały mi wystarczać", więc na początku zaczęło się tak jakby miało celować w fantastykę. Potem okazało się, że poszło w prozę bardziej obyczajową. W opowiadanie o człowieku, który gdzieś odchodzi i uważa, że chciałby dokonać czegoś wielkiego. Ponieważ jednak nie potrafi tego czegoś wielkiego znaleźć w swojej głowie, to szuka tego w głowach osób przebywających w domu starców, wychodząc z założenia, że osoby, które długo żyją mogą mieć najwięcej tych swoich genialnych myśli. Z kolei po drugim etapie idzie to chyba w stronę kryminału, ale zobaczymy, co ludzie wymyślą.

To chyba jednak musi być trudne dla pisarza, który przecież pisząc książkę ma pełną kontrolę nad bohaterami, nad fabułą może z nimi zrobić, co chce. W wypadku jednak tego opowiadania musi się pan dostosować, ograniczyć?

- Uważam, że nic nie robi tak dobrze w rzemiośle pisarskim jak ograniczenia. Jak nie mamy ograniczeń to myśli idą swoim torem i zazwyczaj te tory to są koleiny, a ograniczenia zmuszają nas do poszukania innych rozwiązań. Przyznam jednak szczerze, że nie byłbym w stanie napisać we współpracy z kimś powieści. Dla mnie praca nad powieścią to jest wiele miesięcy wysiłku i gdybym miał w tej pracy jeszcze chodzić na jakieś kompromisy, to absolutnie nie ma na to szans. Jedyną osobą, z którą potrafię współpracować to jest mój brat, z którym piszemy scenariusze do filmów, choć i tak nie zawsze ta współpraca jest łatwa.

A nie kusi pana, żeby część z tych pomysłów internautów wykorzystać w swoich powieściach?

- Nie robię tego żeby zbierać pomysły. Mam wystarczająco dużo swoich pomysłów i raczej mam problem, kiedy je zrealizować. Pojawiły się faktycznie takie propozycje od internautów, które jeśli ich autorzy czują w sobie taką potrzebę to mogliby je rozwinąć w samodzielne opowiadanie.

Nad czym pan teraz pracuje poza opowiadaniem?

Obecnie celebruję przerwę po wydaniu ostatniej powieści("Bezcenny"), która mnie kosztowała wiele miesięcy ciężkiej pracy i jesienią zabieram się za kończenie trylogii kryminalnej z prokuratorem Szackim, która będzie się działa w Olsztynie. Trochę przy okazji tej trzeciej części chcę opowiedzieć także o patologiach w polityce samorządowej, o których w mediach w zasadzie się nie mówi.

Wiem, że lubi pan gry komputerowe, w co pan obecnie gra?

"The Last of Us", czyli w taką postapokaliptyczną grę na PlayStation. Zwracam się jednak coraz bardziej w stronę niezależnej sceny gier komputerowych. Spotkało mnie tak wiele rozczarowań ze strony gier głównego nurtu, które okazywały się kolejnymi, głupimi rozgrywkami pełnymi przemocy. Dlatego sięgam do niezależnych małych producentów, którzy bardzo mądrze wykorzystują potencjał gier, czyli to, że jesteśmy uczestnikami, a nie tylko ich biernymi odbiorcami.

Rozmawiał: Krzysztof Markowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje