Pościg i strzelanina w Płocku

Policjanci z Płocka zatrzymali po pościgu i strzelaninie troje mieszkańców tego miasta, kobietę i dwóch mężczyzn, którzy z bronią napadli na kierowcę autocysterny, przewożącej 30 tys. litrów oleju napędowego.

Jak poinformował w środę rzecznik płockiej policji Mariusz Gierula, jeden z napastników został niegroźnie postrzelony - jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Ranny przebywa w szpitalu, a dwaj pozostali zatrzymani zostali w policyjnym areszcie. Za napad grozi do 12 lat pozbawienia wolności.

Reklama

- Ujęci mają po 28 lat. Trwają dalsze ustalenia w tej sprawie, niewykluczone są kolejne zatrzymania - powiedział Gierula.

Około północy we wtorek w miejscowości Kamień Kotowy koło Lipna (Kujawsko-Pomorskie) został napadnięty kierowca ciężarowego dafa. Sprawcy podstępem zmienili trasę kierowcy, podając fałszywy komunikat przez radio CB. Następnie zajechali mu drogę, wyciągnęli z kabiny, grożąc pistoletem. Ciężarówkę wraz z autcysterną uprowadzili, a sterroryzowanego mężczyznę przewieźli samochodem dostawczym do lasu, gdzie zostawili przywiązanego do drzewa. Policjanci, którzy wcześniej otrzymali informację o grupie napadającej na tiry od funkcjonariuszy łódzkiego wydziału do walki z przestępczością samochodową, natychmiast zlokalizowali dostawczego forda, którym uciekali sprawcy. Podczas próby zatrzymania bandyci porzucili samochód i ruszyli pieszo. Zostawili w samochodzie broń i kominiarki. Wszczęto poszukiwania.

Szybko ustalono, że sprawcy mogą przebywać w okolicach Mochowa pod Sierpcem (Mazowieckie). Tam policjanci namierzyli prowadzonego przez kobietę volkswagena, którym uciekali bandyci. Podczas próby zatrzymania prowadząca usiłowała staranować funkcjonariuszy, ale udało im się zepchnąć uciekinierów do rowu. Kobieta została w samochodzie, a towarzyszący jej dwaj mężczyźni próbowali zbiec do lasu. Policjanci oddali strzały ostrzegawcze, ale nie przyniosły one skutku. Wystrzelili więc w kierunku uciekinierów. Jeden z nich został niegroźnie ranny. Po zatrzymaniu udzielono mu pierwszej pomocy, potem został przewieziony do szpitala.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy