Anatomia linczu

Lincz to coś więcej niż morderstwo. Morderstwo może mieć charakter "prywatny". Lincz jest zawsze spektaklem - wymaga publiki.

Lincz,  do którego doszło na początku kwietnia, przyciągnął kilkadziesiąt gapiów i miliony zainteresowanych widzów w sieci. Wykonano go na pochodzącym z Radżastanu 55-letnim Pehlu Khanie.

Khan - muzułmanin - został ukarany za przewożenie krów (domniemano, że wiózł je na ubój, choć wieś Khana utrzymywała, że do mleczarni - red.), które w Indiach otacza się szczególną opieką.

Reklama

(film jest drastyczny, dlatego nie pokazujemy go w tym tekście)

Oto Khan - samotna postać ubrana na biało - potyka się, idąc wzdłuż zakurzonej autostrady (został zatrzymany na autostradzie przez "strażników krów" - red.). Prowadzi go grupa młodych mężczyzn ubranych w koszulki i dżinsy. Są uzbrojeni w rzemienie i pałki. Nagle dopadają Khana, który przewraca się na ziemię, trzymając się za brzuch. Wyposażony w aparaty i smartfony tłum otacza mężczyznę. Widzimy brutalnie pobitego Khana.

Mężczyzna umiera trzy dni później, stając się szóstą (wśród muzułmanów) ofiarą śmiertelną od 2015 roku, jeśli chodzi o osoby, na których dokonano samosądu.

Całe społeczeństwo obejrzało później scenę pobicia w swoich smartfonach i telewizorach.

Liczy się publika

W linczu, w przeciwieństwie do zamachu terrorystycznego, nie chodzi o dużą liczbę ofiar śmiertelnych. To nie liczby liczą się najbardziej w Indiach czy Ameryce Południowej,  ale publiczność. Tam przemoc ma charakter niemal orgiastyczny.

Tłum,  który otoczył Khana, domagał się zagazowania lub spalenia mężczyzny.  Lincz stał się narzędziem większości do przekazywania mniejszości - w obrazowy sposób - że prawo jej nie chroni. Dlatego w Ameryce Południowej Afro-Amerykanów wyciągano siłą z więzień lub wieszano przed budynkami sądów - to bardzo dosłownie obrazowało paraliż prawa.

Gdy prawo służy mordercom

W przypadku Khana prawo nie zostało sparaliżowane - właściwie posłużyło mordercom. W ciągu pierwszych godzin od ataku na Khana, aresztowano jedenaście innych osób, którym zarzucano przemyt krów. Żaden z nich nie został zatrzymany za morderstwo.

Po linczu na Khanie zatrzymano jedynie trzech sprawców, ale doszło do tego kilka dni po fakcie, gdy pobity ciężko mężczyzna zmarł. (...)

Incydent, którego nie było

Odpowiedzialny za egzekwowanie prawa minister spraw wewnętrznych Radżastanu już kilka godzin po śmierci Khana nazwał lincz "incydentem", a następnie wydawał się nakłaniać społeczeństwo do wykazania zrozumienia wobec zabójców. "Są dwie strony medalu" - powiedział.

Mukhtar Abbas Naqvi - minister zajmujący się między innymi sprawami mniejszości narodowych w Indiach - poszedł o krok dalej,  twierdząc,  że nigdy do linczu nie doszło.

Milczenie w roli głównej

Jednym z ważniejszych elementów linczu jest milczenie. Lincz - podobnie jak teatralne formy - bazuje na tym,  co nie zostało wypowiedziane. Kreuje nastrój, atmosferę.

Cisza, która ma miejsce po pełnym euforii akcie przemocy, jest jasnym przekazem dla mniejszości, że nie może liczyć na wsparcie.

To element sugestywnej, prawdziwej groźby ze strony współpracujących ze sobą: aparatu państwowego i milczącej większości. Ta druga ma mandat nie tylko do demoralizowania wspólnoty, ale i do fizycznych aktów przemocy.

"Różowa rewolucja"

Histeria wokół krów w Indiach została wyreżyserowana. To Modi w trakcie swojej kampanii w 2014 roku rozzłościł tłumy, mówiąc o Różowej Rewolucji - domniemanym spisku jego politycznych przeciwników, którzy w jego ocenie chcieli promować zabijanie krów i rozwijać eksport wołowiny.

 "Słyszeliśmy o Zielonej Rewolucji, słyszeliśmy o Białej Rewolucji, ale dziś rząd Delhi nie chce żadnej z nich; całe swoje siły skierowali na Różową Rewolucję" - grzmiał (różową od koloru mięsa - red.).

Dopiero rok po pierwszym linczu, do którego doszło we wrześniu 2015 roku, Modi w jasny sposób skrytykował "strażników krów". Ale premier jest mistrzem w działaniu na dwa fronty, gdy chodzi o przemoc.

(...)

"Powiesimy tych , którzy zabijają krowy"

Członkowie Indyjskiej Partii Ludowej prześcigają się w pokazywaniu swojej miłości do krów. Jak pokazało zabójstwo Khana, jest to częściowo spowodowane nienawiścią do muzułmanów.

W zeszłym miesiącu w stanie Gujarat, z którego pochodzi Modi, ubój krów stał się karalny - grozi za to dożywocie. W innym stanie - Chhattisgarh - Indyjska Partia Ludowa ogłosiła: "powiesimy tych , którzy zabijają krowy".

Prawie 60 proc obywateli Indii mieszka obecnie w stanach kontrolowanych przez tę partię. Opozycja właściwie nie ma głosu. (...)

Indie postępują w sposób nie do zaakceptowania. (...) I nie chodzi tylko o morderstwo, w które jest zwykle zamieszany jeden człowiek, ale raczej o wielki telewizyjny spektakl, w którym - przez swoje milczenie - uczestniczy cały naród.

Aatish Taseer/© 2017 The New York Times

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje