​Angela Merkel nie jest "przywódcą wolnego świata"

Niemcy lubią myśleć, że ocalają porządek liberalnego świata. Ale chcą, by inne państwa wykonywały swoją robotę - pisze na łamach "The New York Times" Clemens Wergin.

Kiedy Donald Trump został wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych, niemiecka kanclerz Angela Merkel ostrożnie wyznaczyła między nimi wyraźną granicę. Zaproponowała współpracę, ale z zastrzeżeniem, że powinna się ona opierać na zachodnich wartościach - jak wskazała - "wolności, szacunku dla prawa i godności człowieka niezależnie od pochodzenia, koloru skóry, religii, płci, orientacji seksualnej i poglądów politycznych". Ta moralna "przejrzystość" przyniosła jej legiony fanów za granicą. Eksperci zaczęli nazywać ją nowym "przywódcą wolnego świata".

Reklama

Większość tych ekspertów - co warto zauważyć - nie była Niemcami. Natomiast eksperci znający strategiczną kulturę Republiki Federalnej Niemiec - lub jej brak - sceptycznie odnosili się do tego, czy niemiecki rząd powinien realizować to, co oznacza dziś bycie przywódcą wolnego świata. Ostatecznie, słowa i wizja są niewystarczające, jeśli nie towarzyszy im spójna polityka oraz zasoby dyplomatyczne, humanitarne i wojskowe w celu ich wdrożenia.

Nieco ponad rok później, kiedy konserwatyści Angeli Merkel i centrolewicowi socjaldemokraci po miesiącach bezczynności wypracowywali porozumienie koalicyjne, przyznano rację sceptykom.

Nie chodzi o to, że Niemcy i Merkel nie uznają nacisku, by być obecnym w porządku liberalnego świata. Ale wiodący naród w Europie wciąż jest jednak niechętny, by płacić za sprzęt wojskowy i pomóc zabezpieczyć ten porządek. Jest "mocny w gębie", ale nawet nie próbuje poprzeć słów czynami.

Niemcy nawet nie zbliżają się do 2 procent produktu krajowego brutto, które wszystkie kraje NATO zgodziły się wydać na obronę (dla Niemiec oznacza to wydatek około 72 miliardów dolarów). Pomimo rozpadającej się armii w kraju, Berlin postanowił zwiększyć wydatki na cele wojskowe zaledwie o 304 miliony dolarów do około 47 miliardów dolarów rocznie.

"Te pieniądze rozpłyną się na konserwację, modernizację, koszty personelu i inflację" - powiedział Jan Techau, starszy pracownik organizacji German Marshall Fund w Berlinie.

Podczas tegorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa minister obrony Niemiec Ursula von der Leyen starała się zapewnić uczestników, że Niemcy były gotowe do dalszego zwiększania wydatków na cele wojskowe. Jednak - jak podkreślała - z socjaldemokratami, którzy prowadzili kampanię przeciwko przeznaczaniu większej ilości pieniędzy na wojsko, nie ma zbyt wielkiej nadziei, że tak się stanie. Co więcej, w porozumieniu koalicyjnym domagano się również, aby każde dodatkowe euro wydane na obronę, odpowiadało zagranicznej pomocy rozwojowej, co tym bardziej przymyka otwartą furtkę do wzmocnienia wojska.

Aby być uczciwym, trzeba zaznaczyć, że w ostatnich latach Berlin wykazał się większą gotowością do rozmieszczania armii za granicą, wysyłając ją do Mali, Iraku i krajów bałtyckich. Jednak po dwóch dekadach cięcia wydatków, niemiecka armia osiągnęła punkt krytyczny. Cztery lata temu, kiedy żołnierze z powodu braku wyposażenia nosili miotły zamiast karabinów maszynowych podczas ćwiczeń NATO, cały świat z tego zadrwił.

Dziś sytuacja nie jest lepsza. Niemieckiej marynarce wojennej wyczerpują się statki. Wszystkie, z wyjątkiem jednego z jego okrętów podwodnych, są uziemione z powodu braku części zamiennych. Nowy raport wewnętrzny odnotowuje, że z 244 głównych czołgów bojowych armii już tylko niewielka liczba - 105 - jest w dobrym stanie. Siły powietrzne mają się jeszcze gorzej - w powietrzu może znależć się tylko jedna czwarta małej floty samolotów Eurofighters i Tornado.

Niemcy lubią mówić, że niechęć i opór Berlina w staraniach wojskowych jest reakcją na okropności drugiej wojny światowej i późniejszy sprzeciw wobec niemieckiego militaryzmu. Ale wielu zachodnich partnerów coraz częściej postrzega to jako łatwą wymówkę.

W przemówieniu wygłoszonym w Berlinie w 2011 roku ówczesny minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski zauważył: "Mniej zaczynam się obawiać niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności".

Niemieccy politycy przyznali, że ich kraj potrzebuje poważniejszej kultury strategicznej. Ale zrobili bardzo niewiele, aby zaangażować się w publiczną debatę nad tym, co to o ogóle oznacza i w jaki sposób wykorzystać środki finansowe i możliwości, aby tak się stało. Kraj w dużej mierze wciąż postrzega się jako "miękką siłę". W zbyt wielu przypadkach niemieccy politycy wciąż wolą grać pod publiczkę, omawiając twarde kwestie bezpieczeństwa.

Naprawdę niepokojące jest to, że nic z tego nie dzieje się w próżni. Amerykańskie przywództwo jest pod znakiem zapytania, a Rosja stanowi rosnące wyzwanie. A jednak wszystkie główne partie wydają się łagodzić swoje stanowisko wobec Moskwy, jednocześnie wzmacniając jej antyamerykanizm. Gerhard Schroeder, były kanclerz Niemiec i wciąż jeden z wiodących głosów wewnątrz socjaldemokratów, stał się kluczowym człowiekiem dla rosyjskich interesów w Niemczech, a jego partia znów przewodzi Ministerstwu Spraw Zagranicznych.

Merkel ma nadal dobre instynkty, jeśli chodzi o radzenie sobie z bezkompromisowymi przywódcami, takimi jak prezydent Rosji Władimir Putin. Jednak jej pozycja narodowa osłabła, a szefowie państw regionalnych we wschodnich Niemczech - niektórzy z nich to członkowie jej własnej partii - opowiadali się za zniesieniem sankcji przeciw Moskwie. Ich obawy? Stosunki gospodarcze z Rosją. Zdaje się, że Niemcy wciąż domyślnie zajmują pozycję republiki kupieckiej, która handluje ze wszystkimi i pozwala na załatwianie spraw strategicznych głównie przez innych.

Na konferencji w Monachium francuska minister obrony Florence Parly powiedziała, że "Niemcy nie zostaną Francuzami" - sposób, w jaki to powiedziała, dał do zrozumienia, że Francja jest poważnym krajem o solidnej i ambitnej kulturze strategicznej, a Niemcy nie.

Dla Niemców to bolesne, ponieważ wiemy, że to prawda. My, Niemcy, lubimy słyszeć, że nasza kanclerz jest przywódcą wolnego świata. Ale z przyjemnością pozwalamy, by inne kraje wykonywały swoją pracę. Nie przybywamy na ratunek.

Clemens Wergin / © 2018 The New York Times

Tłum. JM

(Clemens Wergin jest szefem waszyngtońskiego oddziału "Die Welt").

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje