Badania nad czelabińskim meteorytem. To dopiero początek?

Wykorzystanie mnóstwa nagrań, informacji z Google Earth i danych z czujników badających próby nuklearne, pozwoliło naukowcom na uzyskanie znacznie dokładniejszego obrazu meteorytu, który wybuchł w pobliżu Czelabińska w Rosji.

To naprawdę cud, że Czelabińsk nie został doszczętnie zniszczony. - Mieszkańcy mieli sporo szczęścia - mówi Edward Lu, były astronauta, który teraz prowadzi B612 Foundation, prywatną inicjatywę powstałą, by wykrywać podobne asteroidy.

Reklama

Rosyjski meteor, który - według najnowszych szacunków - miał prawie 19 metrów średnicy, nadciągał niemal niezauważony z prędkością prawie 70 tysięcy kilometrów na godzinę. Gdy się rozpadł, był na wysokości ponad 24 kilometrów. Nikt nie zginął. Większość z 1,5 tysiąca rannych ucierpiała w momencie, gdy okna roztrzaskiwały się przez falę uderzeniową, która dotarła do miasta 88 sekund później. - Gdyby wybuchł bliżej ziemi, byłoby gorzej - twierdzi Margaret Campbell-Brown, członkini zespołu badawczego z uniwersytetu w Ontario, która analizowała orbitę meteoru i badała sam wybuch. Pomogło również to, że meteor był chondrytem, składającym się głównie z oliwinu i piroksenów.

Wybuch wytworzył największą kulę ognia od katastrofy tunguskiej w 1908 roku. Jak tylko nagrania z monitoringu, z kamer umieszczonych w samochodach i tych w telefonach komórkowych zamieszczono w sieci, szybko okazało się, że ta eksplozja będzie studiowana jak żadna inna do tej pory. Zarówno naukowcy, jak i amatorzy prowadzący blogi masowo zabrali się za analizę zarejestrowanych obrazów. Katastrofa tunguska - której geneza jest do dzisiaj niejasna - spowodowała eksplozję w środkowej części Syberii. Najprawdopodobniej wywołał ją meteoryt, który przedostał się wtedy do atmosfery pod bardziej stromym kątem niż ten w Czelabińsku - mniejszym niż 20 stopni - i eksplodował 15-25 kilometrów nad powierzchnią Ziemi. Niższa wysokość, jak i większy rozmiar katastrofy tunguskiej pozwalają wyjaśnić, dlaczego spowodowała większy wstrząs, równający z ziemią drzewa na obszarze porównywalnym do całego Waszyngotnu.

Kanadyjski zespół obliczył, że energia wyzwolona podczas eksplozji w Czelabińsku była równoważna z około 440 kilotonami trotylu lub trzydziestokrotną mocą bomby w Hiroszimie. Obliczenia zostały przeprowadzone przy pomocy danych z sieci czujników akustycznych, zmontowanych w celu kontroli przestrzegania traktatu o zakazie prób jądrowych. Istnieje około 45 czujników wykrywania tzw. infradźwięków o częstotliwości za niskiej, by odebrał je ludzki słuch. 

Thomas Muetzelburg, rzecznik komisji przygotowawczej z organizacji czuwającej nad całkowitym zakazem prób z bronią jądrową z Wiednia, twierdzi, że wybuch został wykryty przez więcej niż 20 czujników, w tym jeden na Antarktydzie, ponad 16 tysięcy kilometrów od Czelabińska. Dźwięki niskiej częstotliwości nie rozpraszają się łatwo, więc niektóre z detektorów zarejestrowały eksplozję więcej niż jeden raz, gdy dźwięk okrążył kulę ziemską kilka razy. Z wiedzy dotyczącej energii i informacji o tym, z jaką prędkością pędził meteor, naukowcy byli w stanie określić jego masę na około 11 tysięcy ton.

- Meteor ma pewną ilość energii, gdy wchodzi w atmosferę - podkreśla planetolog z politechniki w Massachusetts . W momencie, gdy uderza w powietrze, zaczyna szybko spadać, a następnie, pod wpływem różnic powietrza, skała gwałtownie się rozrywa. - Cała energia kinetyczna musi się uwolnić - powiedział. Jedynie małe fragmenty meteorytu dotarły do ziemi. Część z nich dostarczono do laboratoriów w Stanach Zjednoczonych, w tym do Institute for Rock Magnetism na uniwersytecie w Minnesocie, gdzie rosyjscy naukowcy analizują ich właściwości magnetyczne. 

Podobnie jak w innych zespołach, kanadyjscy naukowcy użyli obrazów dokumentujących smugę po meteorycie, próbując obliczyć jego trajektorię i orbity. Ponieważ doszło do wybuchu w świetle dziennym, Campbell-Brown powiedział, że poprosili o zdjęcia nocne z dokładnie tych samych miejsc. Przez nakładanie obrazów ze smugi po meteorycie na zdjęcia z nocy, zawierające gwiazdy, naukowcy byli w stanie określić ścieżkę spadania jeszcze dokładniej. Na razie jednak, zarówno oni, jak i inne zespoły, w tym jeden z Uniwersytetu Antioquia z Medellin w Kolumbii, ustalili, że meteoryt pochodzi z wewnętrznej części pasa planetoid z orbity wokół Słońca, między Marsem a Jowiszem.

Jorge Zuluaga, członek kolumbijskiego zespołu, powiedział, że był inspirowany przez analizy wykonane wkrótce po zdarzeniu przez Stefana Geensa, blogera ze Sztokholmu. Geens wykorzystał kilka filmów - w tym jeden z kamery na Placu Rewolucji w centrum Czelabińska - do triangulacji ścieżki. Film nie pokazuje wybuchu bezpośrednio - przedstawia raczej cienie ulicznych latarni (i ogromnego pomnika Lenina), które odegrały funkcję zegara słonecznego, gdy tylko kula ognia przekroczyła niebo. 

Korzystając z Google Earth, łatwo wskazać współrzędne kamery na Placu Rewolucji, jak i innych. Zuluaga mówi, że jego zespół, który włączył Geensa jako współautora najnowszego dokumentu, stara się poprawić swoje obliczenia, między innymi w oparciu o naukę o optyce kamer. - Staramy się zrozumieć nasze zniekształcenia - podkreśla.  Zuluaga ma nadzieję, że w końcu będzie można odtworzyć orbitę na tyle precyzyjnie, by naukowcy mogli ją wykryć, analizując obrazy z teleskopów. - Wtedy można przypisać mu nazwę - tłumaczy.

Ponadto, filmy, które zostały umieszczone w sieci przyczyniły się do wzrostu zainteresowania projektami powstałymi w celu wykrycia asteroidy zanim uderzy w Ziemię. - To wydaje się teraz ludziom bardziej prawdopodobne - twierdzi Edward Lu. - W końcu nic tak mocno nie wpływa na ich świadomość, jak setki przedstawiających to na Youtube filmów.

Henry Fountain

Tłum. AD

Dowiedz się więcej na temat: The New York Times | czelabińsk | meteoryt

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje