Brutalne oblicze buddyzmu

Na Sri Lance bezkompromisowi buddyjscy mnisi stają się coraz bardziej znaczącą polityczną siłą. Wysoką cenę płacą za to Tamilowie – i muzułmanie.

Kiedy na początku 2014 r. spotkałam się z Watereką Vijithą Thero na przedmieściach Colombo, dowiedziałam się, że od blisko pięciu miesięcy musi się ukrywać. Vijitha, mnich o łagodnym głosie, swego czasu otwarcie zaprotestował przeciwko antymuzułmańskiej retoryce ekstremistycznej organizacji Bodu Bala Sena (BBS), co w języku syngaleskim oznacza "buddyjską siłę".

Reklama

W akcie zemsty samochód, którym podróżował Vijitha, został pewnego dnia zaatakowany, a on sam ledwie uszedł napastnikom. "Jeśli ci, którzy opowiadają się za wspólnotową harmonią, muszą się ukrywać ze strachu, to powiedz mi, co to oznacza dla buddyzmu?" - zapytał mnie mnich. "Co to oznacza dla mojego kraju, jeśli rząd pozwala tym zbirom, mającym prawo za nic, robić wszystko, co im się podoba?"

Sześć miesięcy później Vijithę znaleziono przy drodze, nieopodal Colombo. Był nagi i zakrwawiony. Ktoś związał mu nogi i ręce. Ekstremiści z BBS zaprzeczyli, jakoby mieli z tym cokolwiek wspólnego. Kiedy mnich udał się na policję ze skargą, został aresztowany na 12 dni. Zarzucono mu, że sam się poturbował. Było to jawne ostrzeżenie dla wszystkich, którzy ośmielają się krytykować buddyjskich ekstremistów.

Buddyzm wojujący

Jeszcze trzy lata temu BBS i inne podobne organizacje miały marginalne znaczenie. Dziś są potężną siłą, a agresja, z jaką akcentują dominację syngaleskiego buddyzmu (dodajmy - w kraju, w którym aż 70 procent mieszkańców wyznaje tę właśnie religię), znajduje coraz większe odzwierciedlenie w historycznym rewizjonizmie aprobowanym przez lankijski rząd.

8 stycznia to data przyspieszonych wyborów prezydenckich na Sri Lance, w których urzędujący prezydent, Mahinda Rajapaksa, ubiega się o trzecią kadencję. Buddyjscy ekstremiści już od dłuższego czasu mobilizują się, by tym skuteczniej go popierać. Kraj zalała fala populistycznego szowinizmu. Tamilowie i wyznawcy islamu, którzy stanowią jedną czwartą populacji Sri Lanki, zostali odsunięci na boczny tor. Jeśli obecny stan rzeczy będzie się utrzymywał, Sri Lance wkrótce zagrozi widmo destabilizacji, polaryzacji na tle etnicznym i nietolerancji dla wszelkich odmiennych zapatrywań.

Wojujący buddyjscy mnisi to prawdziwa zagadka: ich postawa stanowi jawne zaprzeczenie ideałów religii, która wyrzeka się przemocy, i która często postrzegana jest jako apolityczna. Podobnie jak radykalni mnisi z Tajlandii i Birmy, tak i lankijscy ekstremiści ze szczególną wrogością podchodzą do muzułmanów. Bodu Bala Sena i jej siostrzane organizacje nawołują do ataków na meczety. W czerwcu 2014 r. przywódca BBS, Galagodaththe Gnanasara, swoim wystąpieniem sprowokował antymuzułmańskie zamieszki w wioskach na południu Sri Lanki. Zapłonęły domy. Cztery osoby poniosły śmierć, a około 80 zostało rannych. Zamiast jednak wydać nakaz aresztowania Gnanasary, prezydent zaapelował jedynie do "wszystkich zaangażowanych w konflikt o powściągliwość".

Historia buddyjskiego nacjonalizmu

Starania buddyjskich mnichów ze Sri Lanki na rzecz zaprowadzenia dominacji tej religii na wyspie mają długą historię. W XIX wieku - wśród obaw o zanik lankijskiej tożsamości w obliczu działalności europejskich kolonizatorów i chrześcijańskich misjonarzy - to właśnie mnisi zainicjowali religijne odrodzenie wśród rdzennej ludności Cejlonu, a później ruch na rzecz supremacji języka syngaleskiego nad angielskim. Tak narodził się buddyjski nacjonalizm, który nie zniknął wraz z uzyskaniem pełnej niepodległości w 1948 r. (konstytucja Sri Lanki uznaje w istocie buddyzm za religię nadrzędną).

Mniej więcej od dekady buddyjscy mnisi coraz otwarciej manifestują swoje upolitycznienie. W 2004 r. założyli Partię Narodowego Dziedzictwa (Jathika Hela Urumaya, JHU), która stanęła do walki w wyborach. W ich wyniku mnichom przypadło aż dziewięć miejsc w parlamencie. Chociaż JHU nigdy nie posługiwała się przemocą jako narzędziem, to wspierała Partię Wolności prezydenta Rajapaksy. Kiedy rząd zintensyfikował działania wymierzone w separatystyczne ugrupowanie Tamilskie Tygrysy, poparcie mnichów usankcjonowało - w wymiarze religijnym - dążenia państwa  do tego, by chronić wyspę dla dobra syngaleskiej, buddyjskiej większości.

Złożenie broni przez tamilskich rebeliantów w 2009 r. zakończyło trwającą niemal 30 lat wojnę domową. Wtedy na scenę znów wkroczyła BBS, wraz ze swoją wybiórczą interpretacją historii wyspy. W tej wizji wkład rdzennych, nie-syngaleskich plemion w rozwój lankijskiej cywilizacji jest pomijany. Ma to służyć podsycaniu strachu przed rzekomym zagrożeniem egzystencjalnym dla buddyzmu - i usprawiedliwiać akty przemocy.

W 2012 r., podczas wiecu politycznego, Gnanasara porównał triumf nad Tamilskimi Tygrysami do wydarzeń sprzed stuleci, kiedy to władca Tamilów ukorzył się przed królem Syngalezów. Uczestnicy wiecu, doskonale znający tę historię, odpowiedzieli radosnymi okrzykami. "Tamilowie już dwa razy dostali nauczkę" - mówił Gnanasara, sugerując, że podobny los spotka inne mniejszości, jeśli odważą się "rzucić wyzwanie lankijskiej kulturze".

W kierunku państwa wyznaniowego?

W ciągu ostatnich dwóch lat ekstremiści skutecznie konsolidowali swoją polityczną pozycję. (...) Policja i wojsko - czy to na wyraźne polecenie swoich mocodawców, czy też na skutek apatii - udają, że nie widzą, jak radykałowie w mniszych sukniach wzniecają zamieszki. Nie pochylają się również nad skargami pokrzywdzonych. BBS nie jest jedynym głosem buddyzmu na Sri Lance, ale jej mariaż z przemocą zmusza świeckich liberałów i buddyjskich pacyfistów do milczenia w obawie przed represjami.

Jeszcze groźniejsza jest nostalgia za dominacją buddyzmu, dziś już powszechna. Rewizjonistyczna wizja historii króluje w kinie, literaturze, telewizji i państwowej prasie. Na północy, gdzie przeważają Tamilowie, i na wschodzie, gdzie żyje większa część lankijskich muzułmanów, wznoszone są pomniki ku czci dawnych władców wyznających buddyzm. Rządowe organizacje co jakiś czas ogłaszają, że "odkryto" dawno zapomnianą buddyjską świątynię. Wyobrażenia Buddy zdobią miejsca, które są święte dla Tamilów i wyznawców islamu. (...)

W listopadzie minister zdrowia w rządzie prezydenta Rajapaksy, Maithripala Sirisena, niespodziewanie opuścił kraj i ogłosił, że będzie kandydował w wyborach. BBS potępiła go, nazywając "marionetką w rękach Zachodu", i poparła urzędującego przywódcę. Ale za Siriseną nieoczekiwanie opowiedziała się Partia Narodowego Dziedzictwa, uzasadniając to swoim brakiem akceptacji dla niedemokratycznych poczynań Rajapaksy. Sirisena prawdopodobnie ma świadomość, że musi akcentować swoje oddanie buddyjskiemu nacjonalizmowi, jeśli poważnie myśli o pokonaniu konkurenta - a ta strategia jedynie umocni wszystkie szowinistyczne ugrupowania. Obiecał już, że będzie strzegł konstytucyjnego uprzywilejowania buddyzmu, i odrzucił żądania większej autonomii wysuwane przez tamilską mniejszość. Tamilowie i muzułmanie nie mają jednak większego wyboru i muszą go popierać.

Bez względu na to, kto zwycięży w wyborach prezydenckich, jedno nie ulega wątpliwości: dziś, by uchodzić za prawdziwego Lankijczyka, trzeba akceptować dominację i splendor syngaleskiego i buddyjskiego dziedzictwa Sri Lanki. Jeśli sytuacja się nie zmieni, taki światopogląd może okazać się dla tego kraju bardziej zgubny niż brutalność ekstremistycznych bojówkarzy.

Rohini Mohan

© 2015 The New York Times

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje