Być jak Sarah Palin

Na amerykańską scenę polityczną wkraczają nowe kobiety - czytamy w "The New York Times". Wszystkie bronią konserwatywnych wartości, świetnie czują się w obecności kamer i wzorują na Sarah Palin.

Latem i jesienią eksperci i analitycy badania opinii publicznej (a także niepoprawni optymiści) wierzyli, że listopadowe wybory do Kongresu mogą zapoczątkować w Ameryce nowy "rok kobiety".

Nieudany zamach stanu

Reklama

Patrząc na zastępy kandydatek, startujące w prawyborach do Izby Reprezentantów i Senatu, zarówno z ramienia Partii Republikańskiej, jak i Partii Demokratycznej - nie zabrakło wśród nich słynnych milionerek, Carly Fioriny i Meg Whitman, z których każda jest marką sama w sobie - z pozoru łatwo było wyobrazić sobie, że będzie to rekordowy rok dla rosnących w siłę kobiet.

Prognozowano swoisty żeński "zamach stanu" - taki, jak ten z 1992 roku, kiedy do obu izb Kongresu przebojem wdarły się "proaborcyjne" działaczki Partii Demokratycznej, jak Patty Murray czy Barbara Boxer.

W 2010 roku historia jednak się nie powtórzyła. Porażka ta jest analizowana na tysiące sposobów. Na pierwszy rzut oka, oficjalne dane mogą wywołać zniechęcenie u tych, którzy uważają, że liczba kobiet w Kongresie powinna dorównywać liczbie mężczyzn, albo przynajmniej być do niej zbliżona.

Tymczasem styczniowe zaprzysiężenie nowych parlamentarzystów nie zmieni niczego: w Kongresie nadal zasiadać będzie łącznie 90 kobiet, z czego 17 wejdzie w skład 100-osobowego Senatu, a 73 - w skład 435-osobowej Izby Reprezentantów.

Zważywszy na ten niski odsetek - który jest faktem, pomimo, iż w USA liczba zarejestrowanych wyborców płci żeńskiej jest większa, niż liczba uprawnionych do głosowania mężczyzn - działaczkom ruchów kobiecych pozostaje wznieść ręce do nieba.

Nowy "republikański narybek"

Zaszła jednak interesująca zmiana. W nowo wybranym, 112. Kongresie, grono działaczek Partii Republikańskiej powiększyło się o osiem nowych osób, wśród których jest pierwsza przedstawicielka mniejszości latynoskiej, Jaime Herrera. Kobiety te różnią się diametralnie od swoich koleżanek o ugruntowanej pozycji, takich jak senator Kay Bailey Hutchinson z Teksasu czy Olimpia Snowe i Susan Collins z Maine. Różnią się też od większości działaczek Partii Demokratycznej urzędujących na Kapitolu, choć te ostatnie przewyższają je liczebnie.

Oprócz tego świeżego "republikańskiego narybku" kobiet w Kongresie, trzy tygodnie temu do historii wyborów przeszła grupa ich partyjnych koleżanek, które wygrały zażarte batalie o fotele gubernatorskie w Karolinie Południowej, Nowym Meksyku i Oklahomie.

W Karolinie Południowej Nikki Haley została pierwszą kobietą wybraną na urząd gubernatora tego stanu, stając się tym samym drugą gubernator w skali kraju, która ma amerykańsko-hinduskie korzenie (obok Bobby'ego Jindala z Luizjany, również działacza Partii Republikańskiej). W Nowym Meksyku Susanna Martinez także została wybrana na stanowisko gubernatora jako pierwsza kobieta w historii stanu - i pierwsza Latynoska w dziejach Stanów Zjednoczonych. Wreszcie - pierwszą panią gubernator Oklahomy została Mary Fallin.

Polityczne potomstwo Sarah

Kobiety Partii Republikańskiej w Kongresie niewątpliwie uosabiają - a także kształtują - nową rasę działaczek politycznych wywodzących się z tej opcji: medialnych i młodzieńczych, zuchwałych i niekonwencjonalnych, wygadanych i błyskotliwych.

Stanowią one polityczne potomstwo Sarah Palin. Latem stały się sławne jako "mamy grizzly" z kampanii Palin, zaciekle broniące swoich młodych (czyli - w żargonie Palin - "amerykańskich wartości"); gotowe wydrapać oczy każdemu, kto ośmieliłby się je zaatakować.

Dziś, w blasku łagodnej poświaty zwycięstwa, nie wydają się już tak zajadłe. Skłaniają się raczej ku taktyce uwodzicielskiego uśmiechu i delikatnego głosu. Dobrze czują się w obecności kamer i nie pociąga ich perspektywa bezczynnego czekania całymi latami na wysokie stanowiska.

Ofensywie tej przewodzi Michele Bachmann - która nie jest jednak stuprocentową nowicjuszką, ponieważ zasiada w Izbie Reprezentantów od 2007 roku jako przedstawicielka stanu Minnesota. Bachmann, wykazująca skłonności do wygadywania najeżonych gafami bzdur, stanowi pewien wzorzec (dobry i zły jednocześnie) republikańskich kongresmenek.

Po pierwsze, przyciąga uwagę wyborców i mediów informacyjnych. Bachmann, która nie może pochwalić się praktycznie żadnym zgłoszonym projektem ustawy, stała się chorążym konserwatywnej Tea Party, i to takim, który rzuca się w oczy.

Umocniona wyborczym sukcesem "herbacianego" ruchu z 2 listopada, wyrwała przed szereg, by walczyć o miejsce w nowym kierownictwie Izby, które rozpocznie urzędowanie w styczniu. Swojej irytacji tym faktem nie krył nawet Republikanin John A. Boehner, przyszły speaker. Inni prominentni działacze Partii Republikańskiej po prostu osłupieli. Okazało się jednak, że w pani Bachmann tli się jeszcze instynkt samozachowawczy: postanowiła wycofać się z wyścigu.

Ale za to świeżo upieczona reprezentantka Kristi Noem, która w walce o jedyne miejsce w Izbie przysługujące Dakocie Południowej pokonała zajmującą je dotychczas Stephanie Herseth Sandlin, znalazła się w gronie wybranych. W ubiegłym tygodniu John Boehner przyznał jej nowo utworzone stanowisko lidera nowych reprezentantów Partii Republikańskiej. Wkrótce potem pani Noem wypowiadała się podczas swojej pierwszej, zaimprowizowanej konferencji prasowej. Kristi Noem - żona, matka, farmerka, ranczerka, właścicielka małej firmy i miłośniczka polowań - prowokuje do nieuniknionych porównań z Sarah Palin.

Palin - patronka konserwatystek

Dzieje się tak dlatego, że wzorem dla tych kobiet pozostaje właśnie była gubernator Alaski. Mimo pewnych potknięć - przede wszystkim w jej rodzinnym stanie, gdzie Lisa Murkowski po zaciętej walce o zachowanie swojego miejsca w Senacie pokonała faworyta Palin, Joe Millera - Sarah udowodniła, że nadaje się na główną patronkę konserwatystek.

Istotnie, wiele spośród związanych z Partią Republikańską konserwatywnych działaczek, które ostatnio w błyskawicznym tempie wdarły się do zbiorowej świadomości Ameryki, porównywanych jest do Palin. Podobnie jak ona, są bezpośrednie, ambitne i atrakcyjne.

Nikki Haley, gubernator-elekt Karoliny Południowej, wiele jej zawdzięcza. Kiedy mało kto wśród wyborców i ekspertów zwracał uwagę na tę stosunkowo nieznaną kandydatkę o hinduskich korzeniach (zwłaszcza, że rzecz działa się w stanie, który bynajmniej nie słynie z politycznej różnorodności), na scenę wkroczyła Palin - i publicznie zadeklarowała swoje poparcie dla Haley, na co entuzjaści Tea Party zareagowali z radością. Pomogła jej także stać się politykiem znanym w skali całego kraju.

Fakt, że Palin dała początek nowej generacji republikańskich działaczek politycznych, nie jest zaskoczeniem. Jako liderka postfeministycznej fali zdominowała dyskurs konserwatystów i narzuciła innym swoje tempo. Stworzyła strategię wyborczą, która nie wpisuje się w żaden wyraźny schemat. Przez cały czas dominuje we wszystkich rodzajach szeroko rozumianych mediów.

Statystyk Nate Silver, który na elektronicznych łamach "New York Timesa" prowadzi bloga "FiveThirtyEight" (tytuł nawiązuje do liczby elektorów w wybierającym prezydenta Kolegium Elektorów Stanów Zjednoczonych - przyp. tłum.). wyliczył, że hasło "Palin" wpisywane jest w wyszukiwarkach na całym świecie równie często, co "Barack Obama". "Media mogą jeszcze całymi miesiącami marnować cenny tlen na zadawanie pytań o to, czy i kiedy pani Palin ogłosi, że kandyduje do Białego Domu" - napisał 19 listopada Silver.

Wydaje się jednak, że Sarah Palin już podjęła decyzję. A w ślad za nią podąża nowa generacja republikańskich kobiet, które liczą na to, że odniosą sukces na jej miarę.

Luisita Lopez Torregrosa

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje