Co Europa powinna zrobić z dziećmi ISIS?

Dzieci wśród gruzów zniszczonych budynków po ciężkich walkach /ILYAS AKENGIN /AFP

Dzieci urodzone w kalifacie powracają ze swoimi matkami do domów w Europie. Rządy państw są jednak skoncentrowane na krótkoterminowym bezpieczeństwie, a nie na potrzebach skrzywdzonych przez wojnę dzieci – czytamy w "The New York Times".

Reklama

Pewien dziewięcioletni chłopiec nie przepadał za szkołą. Nie lubił innych dzieci, bo wiedział, kim naprawdę są: złymi niewiercami, którzy zasłużyli na śmierć. Robił więc to, czego go nauczono - atakował ich. Został usunięty z placówki edukacyjnej w pierwszym dniu, w którym do niej powrócił.

Chłopiec spędził dwa lata z dala od swej europejskiej ojczyzny. Przebywał w tym czasie w miejscu, gdzie znaczenie miała jedynie liczba batów wymierzanych w plecy torturowanych ofiar i gdzie publiczne egzekucje, np. ścinanie głów, były częścią programu nauczania. Jego jedyną rolą w przyszłości miało być wyznawanie dżihadu. Miał zostać bojownikiem kalifatu. Dwa lata, które spędził w twierdzy tzw. Państwa Islamskiego, Ar-Rakce, przemieniły go w brutalnego, zradykalizowanego i poważnie zagubionego chłopca.

Reklama

Był pośród pięciu tysięcy europejskich mężczyzn, kobiet i dzieci, które od 2012 roku wyjechały do tzw. Państwa Islamskiego, aby walczyć z islamistami lub żyć w ich samozwańczym kalifacie. Teraz, gdy powracają do domów, większość rządów europejskich państw skupiona jest na krótkoterminowym bezpieczeństwie i ignoruje potrzeby skrzywdzonych dzieci.

Dzieci przeszkolone do nienawiści

Dziewięciolatek wrócił do domu na początku 2016 roku wraz ze swoją matką nawróconą na islam, która została oskarżona przez belgijski sąd o wspierania Państwa Islamskiego. Chłopiec został przeszkolony do nienawiści. Nauczono go, by nie ufał niczemu ani nikomu.

- Czuł, że jest otoczony przez złych ludzi - powiedział o chłopcu Daniel Koehler, pracownik programu badającego ekstremizmy na Uniwersytecie im. George'a Washingtona i doradca rodzinny z Berlina. - Te dzieci były poddawane ciągłym stresom. Mówiono im, że spłoną albo że będą torturowane, jeśli czegoś nie zrobią, np. "jeśli nie zabijesz tego niewiernego, ty albo twoja matka skończycie w piekle". To była stała psychiczna tortura - wyjaśnia.

Koehler został poproszony o opracowanie strategii reintegracji po katastrofalnej próbie przyprowadzenia chłopca na nowo do szkoły. Rodzinny doradca nie ujawnił, w którym zachodnioeuropejskim kraju mieszka dziecko.

"Większość ludzi wolałaby widzieć takie osoby martwe, oskarżone albo trzymać je na zawsze za kratami. Problem w tym, że większość społeczeństwa nie jest w ogóle świadoma, że to tylko dzieci, które nie są niczemu winne" - mówi psycholog.

Według Omara Ramadana, dyrektora Centrum Doskonalenia w Radicalization Awareness Network (sieci upowszechniania wiedzy o radykalizacji postaw, działającej pod auspicjami Komisjii Europejskiej - przyp. red. Interia), na terenie tzw. Państwa Islamskiego przebywają obecnie setki europejskich dzieci. Jak dodaje, rządy państw UE posiadają pewne informacje na temat nieletnich, którzy wyjechali z rodzinami do kalifatu ISIS, jednak liczby tej nie można dokładnie określić. Państwo Islamskie zakazuje antykoncepcji, a obowiązkiem kobiety jest tam stworzenie kolejnego pokolenia bojowników. Kiedy dziecko narodzi się na terenie ISIS, przychodzi na świat bez obywatelstwa. Państwo Islamskie wydaje świadectwa urodzenia, ale żaden kraj ich nie uznaje.

Brutalny program nauczania w kalifacie

Na terenie kalifatu dzieci zaczynają szkołę od czwartego roku życia i są narażone na brutalny program nauczania.

"W książce, która służy im do nauki liczenia, obok pomarańcz i jabłek pokazywane są na tej samej stronie czołgi i broń" - mówi Nikita Malik, starsza pracownik naukowa w Henry Jackson Society, londyńskim think tanku, gdzie dokonuje analizy materiałów edukacyjnych pochodzących z Państwa Islamskiego.

"Poziom, na którym kończą szkołę - szczególnie u chłopców - zależy od ich zdolności przystosowania się do przemocy. Kiedy patrzą na publiczne ścinanie głów albo biczowanie, mówi się im, żeby liczyli ilość wykonywanych chłost" - dodaje Nikita Malik.

Szkoła dla dziewcząt kończy się w wieku dziewięciu lat. Są wówczas uważane za "wystarczająco dojrzałe", aby wydać je za mąż. W tym samym wieku chłopcy zaczynają szkolenia wojskowe, a wcześniej wykorzystuje się ich w filmach propagandowych. Na jednym z nagrań widać, jak około czteroletni chłopiec strzela z broni do więźnia powieszonego na placu zabaw dla dzieci.

Jan Kizilhan, kurdyjsko-niemiecki psycholog, podkreśla, że indoktrynacja wyrządza tym dzieciom ogromną krzywdę. Kizilhan leczył m.in. nieletnich żołnierzy z Iraku i chłopców z mniejszości religijnej jazydów, którzy zostali zwerbowani do Państwa Islamskiego, a później jako uchodźcy trafili do Niemiec. Byli świadkami gwałtów, tortur i morderstw, a w niektórych przypadkach zmuszano ich do udziału w okrucieństwach. 

"Jednym z głównym problemów jest agresja" - zaznacza psycholog. Jak dodaje, oprócz tego dzieci borykają się z koszmarami, mają problemy ze snem, z koncentracją. "Być może mają również problemy neurologiczne. Szkoli się je do najmniejszego poczucia empatii" - zauważa.

Kizilhan jest przekonany, że potrzeba co najmniej dwóch lat codziennej, intensywnej pomocy pracowników socjalnych, psychoterapeutów, nauczycieli i innych specjalistów, aby dać takim dzieciom szanse na normalne życie. "One potrzebują bezpieczeństwa i stabilizacji" - podkreśla psycholog.

Priorytety europejskich władz

Rządy nie martwią jednak losem powracających z kalifatu dzieci; interesuje je tylko bezpieczeństwo kraju. W pierwszej kolejności władze skupiają się na obserwacji byłych bojowników, którzy spędzili jakiś czas na terenie Państwa Islamskiego, a następnie powrócili do Europy. To m.in. francuscy i belgijscy obywatele, którzy w ostatnich latach przeprowadzili ataki terrorystyczne w obu europejskich krajach. Rządy starają się też zapobiec, by dżihadyści nie powracali do Europy i nie siali terroru na Starym Kontynencie. Dzieci, które były uwięzione w krzyżowym ogniu, po prostu nie są dla władz priorytetem.

Rządy nie podejmują też żadnych wysiłków, by ewakuować swoich obywateli ze stref konfliktu.

"Kto ponosiłby odpowiedzialność, gdy wilk w owczej skórze powróci?" - pyta Jessika Soors, urzędniczka ds. radykalizacji w miejscowości Vilvoorde w Belgii, gdzie spośród mieszkańców co najmniej osiem kobiet urodziło dziecko na terenie Państwa Islamskiego.

"Byłoby to politycznie bardzo trudne zadanie - wytłumaczyć opinii publicznej, że jako państwo pomaga się powrócić do kraju bojownikom" - wyjaśnia Jessika Soors.

Jeśli ktoś chce wrócić do Europy, to i tak znajdzie drogę. Pełni obaw i uprzedzeń politycy nie dostrzegają zaś korzyści, jakie płyną z wczesnej interwencji w życie zradykalizowanych dzieci i tym samym zmuszają je do coraz bardziej niebezpiecznych sytuacji.

Potrzeba ogólnoeuropejskiej strategii

Ci, którzy uciekają z Państwa Islamskiego, narażają się na śmierć albo pojmanie przez dżihadystów. Następnie muszą podróżować do Turcji przez terytorium kontrolowane przez armię. Mogą otrzymać pomoc tylko wtedy, gdy wejdą do konsulatu lub ambasady swojego kraju. Narodowość każdego dziecka urodzonego w Syrii lub Iraku musi tam zostać potwierdzona, często poprzez badanie DNA. Wiele dzieci ma matki i ojców różnych narodowości, co pogłębia potencjalne problemy związane ze sprawowaniem opieki. Kiedy dziecko wróci już do domu, jedno lub oboje z jego rodziców może trafić do więzienia w związku z wyjazdem do Państwa Islamskiego. Nie wiadomo wówczas, kto ma zostać prawnym opiekunem nieletniego. Po tym wszystkim dziecko musi ponownie wrócić do szkoły i rozpocząć edukację.

Teraz, gdy dżihadyści powoli tracą kontrolę nad swoją "stolicą" w Syrii - Ar-Rakką, istnieje prawdopodobieństwo, że coraz więcej ludzi będzie chciało powrócić do swoich krajów. Wszystko to wymaga kompleksowego podejścia i ogólnoeuropejskiej strategii dotyczącej pracy ze zradykalizowanymi dziećmi. Nauczyciele oraz pracownicy socjalni muszą zostać odpowiednio do tego przeszkoleni i otrzymać wskazówki, jak ponownie wprowadzić dzieci do systemu edukacji. Polityka powinna koncentrować się na ochronie nieletnich, a nie na demonizowaniu ich rodzin.

Niewinne ofiary wojny

W ciągu ostatnich kilku lat dzieci, które pojawiały się na propagandowych filmach ukazujących egzekucje więźniów, były tematem sensacyjnych telewizyjnych materiałów. Brytyjskie tabloidy nazwały nawet pewnego czteroletniego chłopca "Jihadi Juniorem". Europejscy urzędnicy ds. bezpieczeństwa koncentrują się na tym, że zradykalizowane dzieci mogą stać się kolejnym pokoleniem terrorystów. Jeden z francuskich funkcjonariuszy opisał tę młodzież jako "tykające bomby".

Nie ma jednak nic bardziej niebezpiecznego, niż dalsze piętnowanie tych dzieci. Dla dziewięcioletniego chłopca, który zaatakował swoich rówieśników z klasy, bezpieczeństwem okazały się silne ramiona kochającego dziadka, który tulił go na placu zabaw i pokazał mu, że inne dzieci są jego kolegami, a nie wrogami. Po roku terapii i ostrożnej kontroli, chłopiec wrócił do szkoły i na nowo rozpoczął swoje dzieciństwo.

Dzieci takie jak on są niewinnymi ofiarami wojny. Jeśli jednak mowa o wojnie przeciwko Państwu Islamskiemu, wiele osób najwyraźniej zapomina o tej fundamentalnej prawdzie.

Charlotte McDonald-Gibson jest autorką książki pt. "Cast Away: True Stories of Survival From Europe’s Refugee Crisis".

Charlotte Mcdonald-Gibson /© 2017 The New York Times

Tłum. JM

Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia Fakty.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje