​Co się stało z byłym premierem Włoch?

Matteo Renzi /AFP

Matteo Renzi był premierem Włoch przez tysiąc dni aż do grudnia ubiegłego roku. Teraz chce wrócić. Szkoda tylko, że nie jest już takim powiewem świeżego powietrza jak kiedyś - czytamy na łamach "The New York Times".

Reklama

Takie rzeczy dzieją się tylko w powieściach science-fiction i w polityce. W ciągu trzech lat młody mężczyzna starzeje się o trzydzieści. Traci swój blask, ciągle mówi o przeszłości, powtarza te same żarty. Przybiera na wadze. Pisze też zbyt wiele książek.

To właśnie przytrafiło się Matteo Renziemu - który teraz ma 42 lata - i był premierem Włoch w latach 2014-2016, najmłodszym zresztą w całej historii republiki. To, co się z nim stało, to wielka strata dla Włoch, które będą decydować w wyborach powszechnych w przyszłym roku o tym, kto zostanie ich nowym premierem, i wielka szkoda dla Europy jako całości.

Reklama

Na zachodzie do władzy doszedł Donald Trump, na wschodzie Władimir Putin, na południu Recep Tayyip Erdogan, na północy miał miejsce brexit, a po środku tego wszystkiego są jeszcze Wiktor Orban na Węgrzech i Jarosław Kaczyński w Polsce. Młodych demokratycznych przywódców jest jak na lekarstwo.

Jeszcze kilka lat temu Renzi był włoskim Emmanuelem Macronem. W 2009 roku pojawił się znikąd. Było to jednak bardzo eleganckie znikąd. Był młodym burmistrzem Florencji, wschodzącą gwiazdą lewicowej partii demokratycznej. Wbrew radom swoich znajomych i wbrew wszelkim szansom, wygrał w 2013 roku wybory na szefa partii. Po dwóch miesiącach rozpoczął detronizację urzędującego premiera (Enrico Lettę, z tej samej partii) po tym, jak napisał na Twitterze: "#staisereno, co oznacza "bądź spokojny". I może nie było to mistrzostwo lojalności, ale Renzi był wówczas na fali i większość Włochów była mu to wstanie wybaczyć.

Był premierem Włoch przez około 1000 dni, począwszy od 22 lutego 2014 roku. Był dowcipny, uroczy, dobrze poinformowany, czujny - rodzinny człowiek, który nie ma żadnego konfliktu interesów i nie ma kłopotów z sądami - jak na przykład przodownik w tej kwestii Silvio Berlusconi (prawie czterdzieści lat starszy).

Być może obiecał za dużo (co miesiąc poważna reforma!). Wprowadził jednak pewne dobre przepisy (na przykład na rynku pracy). A kiedy mówił, był konkretny i dało się go zrozumieć (dla włoskiego polityka, było to coś jakby cud).  Inni europejscy przywódcy byli pod wrażeniem. I Barack Obama też. Włochy mogły naprawdę się zmienić .

A potem coś pękło. Renzi stawał się niecierpliwy - a rządzenie Włochami, jak wspinaczka górska i bieganie maratonów, wymaga dużo cierpliwości. Wszczynał kolejne wojny - z zazdrosną starą gwardią w swojej własnej partii, z opozycją w postaci Beppe Grillo i jego Ruchem Pięciu Gwiazd, a także z Unią Europejską. Tak bardzo potrzebne nowe prawo wyborcze, reforma systemu podatkowego i naprawa  mediów publicznych tak, aby były wolne od ingerencji politycznej -nie doszły do skutku.

Imigracja z Afryki tylko przyspieszyła tragedię. Obwinianie Unii Europejskiej za brak pomocy było słuszne, ale to nie wystarczyło. W tym samym czasie Renzi promował ambitny, konstytucyjny program reform, w dużej mierze ukierunkowany na usprawnienie włoskiego rządu. To pochłonęło większość jego energii i skonsolidowało opozycję. W grudniu ubiegłego roku jego referendum zostało całkowicie odrzucone. Młodzi wyborcy go opuścili. Renzi natychmiast zrezygnował. - Nie sądziłem, że tak bardzo mnie nienawidzili - mówił potem ze łzami w oczach.

Mówił, że skoro przegrał, to opuści politykę. Ale nie. Po kilku tygodniach wrócił. 

Na pierwszy rzut oka był to ten sam hałaśliwy, pewny siebie Renzi. W rzeczywistości był inną osobą, a wyborcy natychmiast to wyczuli. 

Gdy został ponownie wybrany sekretarzem Partii Demokratycznej (wobec małego sprzeciwu), zaczął nalegać na nowe wybory powszechne. Jasne jest jednak, że jego rany wciąż się nie zagoiły. Bo dlaczego opublikował książkę zatytułowaną "Avanti!" ("Naprzód!"), w której rozpamiętuje przeszłość w gniewie? To jest tajemnica.  

Renzi nadal imponuje. Jednak wszystko inne się zmieniło. Wygląda teraz starzej, przybrał na wadze i jest ciągle zmęczony. Wydaje się jednak skory do uregulowania starych rachunków. Chętnie odpowiada na pytania dotyczące przyszłości Włoch. Jednak zbyt mocno się stara. Dawniej wolał słuchać, a teraz woli mówić.  Kiedyś był znany ze swojej empatii, teraz jest zbyt stanowczy. Był dowcipny, a stał się sarkastyczny.

Wśród głosów krytyki pojawia się ten, który mówi, że Renzi nie ma nikogo, kto by mu doradzał. Podobnie jak Trump, ufa tylko swojemu instynktowi i lubi pisać tweety.  

Alternatywa jest jeszcze gorsza. Ruch Grillo okazał się być skuteczny w opozycji, cynicznie wychwalając Putina i Trumpa, krytykując Europę, szczepionki i handel światowy. Ale gdy dano mu szansę na prowadzenie miasta (Rzymu) wynik był katastrofą. Berlusconi, trzykrotny premier w latach 1994-2011, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, gdy zrozumiał, że jego zmumifikowana partia, Forza Italia, znowu w modzie. Łącząc siły z populistyczną Ligą Północną, Forza dobrze sobie poradziła w czerwcowych wyborach lokalnych, w których wzięło udział 9 milionów wyborców.  

Najbliższe wybory parlamentarne - przeprowadzone zostaną najprawdopodobniej w marcu - będą się odbywały w świetle poprawionego prawa wyborczego opartego na proporcjonalnej reprezentacji. Żadna z trzech głównych grup prawdopodobnie nie utworzy samodzielnego  rządu. 

Renzi jest nadal najlepszą nadzieją Włoch. Ale ten stary Matteo. Ten nowy Matteo jest za stary. 

(Beppe Severgnini jest redaktorem naczelnym magazynu "Corriere della Sera") 

Beppe Severgnini/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje