Co się stało z Europą?

Unia Europejska miała być dla tworzących ją narodów wspólnym domem. Na fasadzie tego domu pojawiają się jednak coraz wyraźniejsze rysy. Do głosu znów dochodzą historyczne animozje, a przyjaźń i życzliwość wypierane są przez wrogość i nieufność. O kryzysie UE pisze brytyjski historyk Giles Macdonogh.

W 1951 r. wyglądało to na całkiem niezły pomysł... Zaledwie sześć lat wcześniej zakończyła się straszliwa wojna światowa, a rozpoczęła się zimna wojna. Starzy wrogowie mieli stać się dla siebie nowymi przyjaciółmi.

Reklama

Pierwszym krokiem na drodze do przyjaźni był barter. Od niepamiętnych czasów zwycięzcy "doili" pokonanych, bez skrupułów wykorzystując ich zasoby. Europejczycy odkryli jednak, że zasobami można się dzielić: ty masz węgiel, ja mam stal; wymieńmy się. To właśnie ta transakcja wiązana stanowiła serce traktatu paryskiego, na mocy którego powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Z posianego w ten sposób ziarna z czasem wyrosła potężna Unia Europejska.

Dzieje integracji

W 1951 r. okazało się, że korzyści polityczne i wymogi praktyczne świetnie się uzupełniają. Kanclerz RFN Konrad Adenauer chciał wyprowadzić swój kraj z "zimnej strefy", a Charles de Gaulle zrozumiał, że lepiej jest mieć w Niemcach przyjaciół, skoro i tak po wieczne czasy będą oni  sąsiadami Francji. Do tego układu postanowiły dołączyć Włochy i państwa Beneluxu.

Do politycznej jedności wciąż jednak było jeszcze daleko. Najlepiej ujął to Jean Monnet, duchowy ojciec Wspólnoty Europejskiej: "Nie będzie nigdy pokoju w Europie, jeśli państwa zostaną zrekonstytuowane na bazie narodowej suwerenności". Współpraca i odejście od idei państwa narodowego - oto, jak można było położyć kres konfliktom dzielącym braci Europejczyków.

Ten polityczny aspekt pojawił się po raz pierwszy w tekście traktatów rzymskich, które weszły w życie 1 stycznia 1958 r. Znalazły się w nich zapisy o ograniczonej współpracy sygnatariuszy w dziedzinie obronności i polityki. Z tą chwilą związana traktatami wspólnota stała się Europejską Wspólnotą Gospodarczą. W miarę, jak EWG rozwijała się i rozrastała, to polityczne spoiwo coraz częściej stawało się źródłem impasu - zwłaszcza po tym, jak w 1973 r. do Wspólnoty przystąpiła Wielka Brytania.

Ekonomiczne korzyści, jakie Brytyjczycy czerpali z rozwiązań handlowych Wspólnoty, były ogromne. Mimo to zawsze gorąco protestowali oni przeciwko jakimkolwiek ograniczeniom swojej "suwerenności", przypominając też wszystkim od czasu do czasu o "specjalnych stosunkach" łączących ich ze Stanami Zjednoczonymi. W ten sposób tłumaczyli swoją niechęć do ostatecznego przypieczętowania mariażu z Europą.

Kiedy w Maastricht (1993) i Lizbonie (2009) koncepcja unii politycznej znów wysunęła się na plan pierwszy (a po drodze były przecież także mniejsze kamienie milowe: Amsterdam i Nicea), pojękiwania Brytyjczyków przybrały na sile. Szczególną niechęć budziły na Wyspach brukselskie "ukazy" - zdaniem brytyjskich sceptyków, całkowicie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

To wstrętne euro

Traktat z Maastricht ustanowił Unię Europejską, co w uszach tych, którym nade wszystko zależało na zachowaniu suwerenności, brzmiało jeszcze bardziej złowrogo. "Eurosceptycyzm" przekroczył granice Zjednoczonego Królestwa i rozlał się na inne kraje. Momentem krytycznym okazało się jednak wprowadzenie wspólnej waluty, euro, która obowiązuje dziś w 17 spośród 27 państw członkowskich UE - i której zaciekły opór stawia Wielka Brytania.

W oczach eurosceptyków euro jest czymś znacznie więcej niż tylko pieniądzem. To metafora oznaczająca nie tylko utratę niepodległości, ale też niemiecką dominację. Wspólna waluta jawi się jako Pierwsza Pancerna Dywizja Czwartej Rzeszy - a Angela Merkel w niektórych europejskich krajach (szczególnie w Grecji) jest piętnowana jako nowy Hitler.

Nigdy wcześniej żadnej monecie nie przypisywano tak wielkiego symbolicznego znaczenia. W Wielkiej Brytanii powszechnie uważamy, że stanowi ona nie tylko zagrożenie dla naszej własnej waluty (która zresztą zmieniła się nie do poznania po decymalizacji przeprowadzonej w 1971 r. przez ówczesnego premiera Edwarda Heatha), ale także dla naszych historycznych wolności i brytyjskiego stylu życia.

Jeśli wierzyć rozmaitym Kasandrom, Unia Europejska znajduje się obecnie na skraju upadku. Akcje ratunkowe na rzecz Grecji, Irlandii i Portugalii zwiększają jedynie siłę argumentów wysuwanych przez pesymistów. Eurosceptyczni Brytyjczycy są dziś szczególnie dumni ze swojej postawy wobec euro, choć przecież nasze statystyki dotyczące bezrobocia raczej nie są powodem do chluby. Przed młodymi obywatelami Zjednoczonego Królestwa wcale nie rysuje się przyszłość jaśniejsza niż przed ich rówieśnikami w innych krajach Europy.

Zróżnicowany europejski krajobraz

Niektórzy z nas, proeuropejczyków, zachodzą w głowę, jak taka szlachetna i godna pochwały idea mogła napotkać na swym kursie niebezpieczne rafy. Niewykluczone, że błędem było szybkie doprowadzenie do mariażu gospodarek industrialnych i postindustrialnych z gospodarkami opartymi zasadniczo na rolnictwie. Część tak zwanych peryferyjnych krajów UE musiała rozwinąć zawrotną dla nich prędkość.

Kiedy w 1980 r. po raz pierwszy odwiedziłem Portugalię, planowana 270-kilometrowa autostrada mająca połączyć Lizbonę z Porto kończyła się jakieś 30 km za stolicą w kierunku północnym, a jej drugi koniec sięgał 16. kilometra na południe od Porto. Pomiędzy tymi dwoma punktami co jakiś czas można było napotkać smętne, błotniste odcinki. Portugalia dołączyła do EWG w 1986 r. Dziś jej lotniska i autostrady zawstydzają nasze, brytyjskie. Ostatnio gościłem w tym kraju pod koniec maja - zmienił się niemal nie do poznania.

Rumunia to kraj rolniczy, postkomunistyczny. Dołączył do UE w 2007 r. Kiedy w pierwszej połowie czerwca wybrałem się tam z wizytą, moim oczom ukazała się Transylwania poprzecinana siatką autostrad o wielopoziomowych węzłach i kwitnące dzięki unijnym dotacjom winnice. Po dawnych, pozbawionych charakteru i energii spółdzielczych wytwórniach win nie pozostał nawet ślad. Widoki te ostro kontrastują z podziurawionymi drogami, którymi podróżują mieszkańcy maleńkich wiosek usadowieni na swoich furmankach. Eurosceptycy utrzymują, że wszystkie te nic nie warte gospodarki zabierają nam brukselskie fundusze - ale jeśli przyjrzymy się uważnie Szkocji czy Irlandii Północnej, przekonamy się, że tam też potrafią je wykorzystywać.

Tendencje odśrodkowe

Przekonanie, że "my" łożymy na zacofane kraje jest szczególnie bliskie przeciwnikom europejskiej integracji. Nigel Farage, lider Partii Niepodległościowej, która opowiada się za wystąpieniem Wielkiej Brytanii z UE, niedawno pofatygował się do Bułgarii i Rumunii. Farage obawia się, że wraz z otwarciem brytyjskiego rynku pracy dla obywateli tych dwóch państw (nastąpi to1 stycznia 2014 r.), ubodzy mieszkańcy Bałkanów zaleją Wyspy. Proponuje więc, byśmy do tego czasu opuścili Unię i w ten sposób uchronili się przed tym "potopem".

Farage nie jest w swych poglądach osamotniony. We Francji Front Narodowy Marine Le Pen jest o wiele bardziej znaczącą siłą polityczną niż Partia Niepodległościowa w Wielkiej Brytanii. A już szczególnie znamienne jest powstanie AfD, czyli Alternatywy dla Niemiec - niemieckiej partii eurosceptycznej i konserwatywnej (powołanej do życia 6 lutego 2013 r. - red.). Niemcy od zawsze uchodziły za skałę, na której zbudowana została Unia Europejska. Zawsze też dostrzegały korzyści płynące zarówno z przynależności do Unii, jak i ze wspólnej waluty. AfD co prawda opowiada się za unią w luźniejszej formie, ale nie jest przeciwna UE i nie postuluje secesji.

Od zakończenia drugiej wojny światowej minęło 68 lat. Europa Zachodnia i Środkowa cieszą się obecnie najdłuższym okresem pokoju w swojej najnowszej historii, który już o dwie dekady bije słynny, wolny od konfliktów okres między bitwą pod Waterloo a wojną krymską.

Byłoby szkoda, gdybyśmy zapomnieli o dobrze wykonanej, ciężkiej pracy; o 60 latach, które poświęciliśmy na niwelowanie dzielących nas różnic - i pozwolili, aby o wyniku tych wysiłków zadecydował jeden rzut monetą.

Giles Macdonogh

© The New York Times 2013

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy