Co wygrał Baszar el-Asad?

Prezydent Syrii, po sześciu latach trwania krwawej wojny, wciąż ma się dobrze. Czy udało mu się już zniszczyć ostatnią nadzieję na demokrację w tej części świata? – czytamy na łamach "The New York Times".

Arabska wiosna ludów rozpoczęła się w Tunezji. Po masowych społecznych protestach, które przerodziły się w rewolucję, tunezyjski dyktator Zin el-Abidin Ben Ali na początku 2011 roku uciekł z kraju samolotem. Dziś sytuacja przedstawia się zupełnie inaczej. To nie dyktatorzy, a zwykli ludzie uciekają przez morze albo szlaki lądowe, m.in. z ogarniętej wojną Syrii.

Kosztowna demokracja

Reklama

Ta radykalna zmiana rodzi zasadnicze pytanie: czy po zwycięstwie prezydenta Syrii Baszara el-Asada można jeszcze wezwać do demokracji? Wielu przewiduje, że jego zwycięstwo jest tylko tymczasowe. Co to oznacza dla mieszkańców Maghrebu i Bliskiego Wschodu?

Dla wielu osób pierwsza lekcja, którą należy wyciągnąć z wojny w Syrii, jest dość oczywista: nie zawsze można wygrać rewolucję, a przynajmniej nie tak szybko, jakby się chciało. Jak dotąd, to Baszar el-Asad wyszedł z konfliktu wzmocniony - kosztem rzezi połowy swojego narodu. Jego "długowieczność" pokazuje, że zbrojna opozycja, armia i wspólnota międzynarodowa nie są wystarczające, by obalić dyktatora.

Asad, zabijając tak wielu Syryjczyków, zabił również marzenie o demokracji dla wielu innych rodaków, a także ogromnej liczby ludzi w całym arabskim świecie. Mogą zobaczyć, że rewolucjoniści często stają się męczennikami, torturowanymi więźniami, ochotnikami w wymianie zagranicznych sił albo niepożądanymi uchodźcami. To wystarczy, by zasiać wątpliwości w nawet najbardziej demokratycznych umysłach i wśród najzagorzalszych rewolucjonistów.

I oto wyłania się pierwszy efekt Baszara el-Asada: postrzeganie demokracji jako kosztownej, być może nawet za bardzo.

"Obca" interwencja

Inną konsekwencją politycznego przetrwania Baszara el-Asada jest pogląd, że rewolucja zaprasza "drapieżników" z zagranicy. Elity polityczne w postkolonialnym arabskim świecie, niezależnie od tego, czy konserwatywne, czy lewicowe, wciąż są wyczulone na zagraniczne wsparcie udzielane lokalnym społecznościom wołającym o demokrację. Pamięć o kolonizacji zatruwa każdą formę jakiejkolwiek pomocy międzynarodowej, która wzbudza podejrzenia.

Na przykład Algieria - konserwatyzm, państwo policyjne i cichy sojusznik islamistów - gra na historii francuskiego kolonializmu, by uwiarygodnić twierdzenie, że "obca ręka" promuje wolność dla ludzi tylko po to, by zdestabilizować przywódców.

Dla prezydenta Abdelaziza Bouteflika z Algierii, arabska wiosna była "niszczycielskim spiskiem". Według prywatnej egipskiej telewizji, nawet jeden z epizodów serialu "Simpsonowie" zawierał dowody na niepożądane, obce wpływy w Syrii. Podobnie mówiono o "podejrzanym", politycznym chaosie w Libii.

Teoria obcych interwencji jest wykorzystywana jako broń przeciwko lokalnym dysydentom. Po znowelizowaniu konstytucji, schorowany i unieruchomiony Bouteflika ogłosił w 2016 roku, że chciałby ubiegać się o kolejną kadencję tak, by mógł pełnić urząd przez resztę życia. Gdy opozycjoniści przeciwstawili się jego propozycjom, powołując się na wartości demokratyczne, media rządowe zarzuciły im, że są zdrajcami, zachodnimi agentami albo syjonistami.

Sprawa Syrii - poddanej sojuszom z Iranem i Rosją, a walczącej przeciwko Arabii Saudyjskiej, Katarowi i Stanom Zjednoczonym - nadaje wagę właśnie takiej propagandzie. Chodzi o zademonstrowanie, że wołanie o demokrację ostatecznie przekłada się na chaos, a ten z kolei zachęca do powrotu kolonializmu. To samo dotyczy Libii - lepiej podporządkować się dyktatorom niż skompromitować się z obcokrajowcami.

Co ciekawe, elity, które odrzucają interwencję Zachodu, nie dostrzegają innego, oczywistego faktu: groźby interwencji z zupełnie innego miejsca. To typowa pułapka intelektualnej lewicy w świecie arabskim, która uważa, że kolonizacja zawsze przychodzi z Zachodu, a nigdy z Rosji czy Iranu. Kiedy chodzi o Moskwę lub Teheran, preferuje się, by mówić o zaangażowaniu, a nie niesieniu pomocy. Życzeniowe myślenie podpowiada przecież, że prezydent Władimir Putin jest antyzachodni, a więc musi być kimś w rodzaju "wyzwoliciela", a już na pewno sojusznika.

Stąd drugi wniosek, który wyniknął z doświadczeń Syrii: demokracja jest koniem trojańskim zachodniego neokolonializmu.

Dyktatura lepsza od kalifatu

Jest wreszcie jeszcze jedna lekcja, która zakorzeniła się wśród Arabów: Lepszy dyktator niż kalif. W redakcjach prasowych i mediach społecznościowych zachodnie interwencje często są obwiniane za bestialstwo tzw. Państwa Islamskiego. Opisuje się, że zniszczyły barierę, którą lokalne władze utworzyły przeciwko ekstremistycznym sektom.

Destabilizacja w syryjskim rządzie utorowała drogę dla tzw. Państwa Islamskiego. Przywódca IS Abu Bakr al-Baghdadi okazał się jednak jeszcze gorszy niż Asad, dlatego dyktatura jest lepsza od kalifatu.

Asadowi udało się sprzedać, nie tylko mieszkańcom Zachodu, ale także lokalnym elitom i opinii publicznej, że pojęcie dyktatury jest niczym "mur obronny" przed radykalizmem i "stróż" w obliczu horroru. Scenariusz, który rozgrywa się w Syrii skrajnie to ilustruje. Podobny pogląd funkcjonuje też, choć mniej intensywnie, w Egipcie i Jemenie, a nawet w Maroku, Tunezji i Algierii. Rząd Bouteflika nie chce m.in. "męczyć" Algierii doświadczeniami walki z terroryzmem - to jak drobne przypomnienie Zachodowi, że musi wybierać pomiędzy wspieraniem dyktatury albo znoszeniem chaosu.

I właśnie tutaj, sześć lat po tym, jak Zin el-Abidin Ben Ali uciekł z Tunezji, widoczny jest trzeci efekt Asada: jeśli demokracja nie prowadzi do wolności, ale do islamizmu, można równie dobrze utrzymać stabilność represyjnego reżimu.

Ale czy cokolwiek z tego jest prawdą?

Oczywiście, że nie. To dyktatorzy, poprzez represje, sami stwarzają kolejnych islamistów i dżihadystów. Ci zagrażają stabilności, co ma z kolei uzasadniać autorytarne rządy. W ten sposób dyktatura tworzy samonapędzające się, błędne koło.

Ta sytuacja może tylko eskalować. Autorytarne reżimy, aby utrzymać władzę, stają się coraz bardziej represyjne i zawodzą coraz więcej osób. Następnie ludzie są werbowani przez islamistów do ich szeregów.

Asad zwyciężył, ale jedyne, co wygrał, to czas.

Kiedy natomiast upadnie, opuści Syrię bez jakiejkolwiek alternatywy. Arabska wiosna wciąż nie zdołała rozwiązać trudnych wyborów pomiędzy chaosem a stabilizacją, represjami a masakrą, demokracją a dyktaturą.

Kamel Daoud /© 2017 The New York Times

Tłum. JM

Kamel Daoud jest autorem powieści "Sprawa Meursaulta". Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia Fakty.

Dowiedz się więcej na temat: Syria

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje