Czas arabskich tyranów dobiega końca

"Proszę napisać coś pięknego o prezydencie Zinie Al-Abidinie Ben Alim, a zaopiekujemy się panem" - powiedział człowiek imieniem Azzidine, który przedstawił mi się jako doradca tunezyjskiego prezydenta. Jednocześnie dyskretnie pokazał mi kopertę pełną studolarowych banknotów.

Był rok 2002. Relacjonowałem wówczas przebieg szczytu państw Ligi Arabskiej w Bejrucie. Dziennikarzom odmówiono wstępu do hotelu "Phoenicia", gdzie obradowali uczestnicy szczytu. Zamiast tego ulokowano nas w pobliskim parku edukacyjnym dla dzieci, który został tymczasowo przekształcony w centrum prasowe.

Reklama

Jako że spotkania w ramach szczytu były pokazywane na żywo w telewizji, tysiące dziennikarzy dysponowało mnóstwem wolnego czasu, który mogli przeznaczyć na nieformalne pogawędki. W krajach arabskich jest jednak tak, że wszędzie tam, gdzie przebywają ludzie mediów, kręcą się również rządowi wysłannicy, starający się kupić tego dziennikarza czy zastraszyć tamtego.

I tak większość czasu upłynęła mi na ukrywaniu się przed wspomnianym Azzidinem, który chciał wynająć mnie w celu szerzenia propagandowych wizji tunezyjskiego dyktatora. Uciekałem również przed członkami delegacji z Iraku, którzy wiedzieli, że jestem posiadaczem irackiego paszportu, i grozili mi odebraniem go, jeśli nie będę wychwalał mądrości naszego własnego tyrana, Saddama Husajna (Saddam nie mógł wówczas przyjechać do Bejrutu, ale oddelegował na szczyt swojego bliskiego współpracownika, Izzata Ibrahima al-Douriego, dziś ostatniego z przywódców Partii Baas, który wciąż jeszcze przebywa na wolności).

Jako libański rezydent, starałem się również unikać agentów służb wywiadowczych Libanu i Syrii. W 2002 r. Liban znajdował się pod syryjską okupacją. Syryjczycy chcieli mieć pewność, że szczyt w Bejrucie przebiegać będzie pod ich dyktando. Tamtejszy autokrata, prezydent Baszar al-Assad, zdołał nawet zablokować telewizyjną transmisję wystąpienia palestyńskiego przywódcy, Jasera Arafata, przebywającego wówczas w Ramallah, do którego wkroczyły wojska izraelskie prowadzące operację "Ochronna Tarcza" (znaną też jako "Mur Obronny - przyp. tłum.), której celem było położenie kresu rozpoczętej dwa lata wcześniej Drugiej Intifadzie.

W 2002 r. w Bejrucie byłem więc bardziej pochłonięty ukrywaniem się przed agentami najróżniejszych arabskich dyktatorów, niż relacjonowaniem samego szczytu.

Wszystko to tłumaczy, dlaczego rok później, kiedy Stany Zjednoczone rozpoczęły operację "Iracka Wolność", byłem jednym z niewielu, którzy publicznie poparli tę wojnę. Moja rodzina i ja zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia Iraku w 1982 r. Dobrze wiedziałem, co to znaczy żyć pod brutalnymi rządami Saddama. Dlatego też opowiedziałem się za obaleniem dyktatora.

W latach, które nastąpiły po inwazji na Irak, amerykańska okupacja tego kraju niefortunnie przerodziła się w chaos, i to chaos, za który wielu z nas drogo zapłaciło. Przebywałem akurat w Bagdadzie, gdy mój wujek Jaafar został śmiertelnie postrzelony przez przypadkowych szabrowników.

W 2005 r. morderstwo byłego premiera Libanu, Rafiqa Haririego, doprowadziło do wybuchu wściekłości na ulicach Bejrutu, który okazał się początkiem końca trzydziestoletniej syryjskiej okupacji. Ale dyktator z Damaszku i jego sprzymierzeńcy z Hezbollahu odpowiedzieli kolejnym ciosem. W dwóch zamachach bombowych o podłożu politycznym zginęło dwóch moich drogich przyjaciół - Samir Kassir, dziennikarz, i Khaled Eido.

Hezbollah nie przestawał siać terroru w Bejrucie. W maju 2008 r. bojownicy podpalili siedzibę redakcji gazety "Al Mustaqbal" i stacji Future TV, gdzie pracowało kilkudziesięciu moich przyjaciół. Wkrótce później inny mój dobry kolega, dziennikarz imieniem Omar, został pobity niemal na śmierć przez bandytów z Hezbollahu.

Ale w 2009 r. Libańczycy stawili jeszcze większy opór terrorowi, masowo głosując w wyborach na prodemokratycznych polityków, którzy uzyskali dzięki temu parlamentarną większość. Podobna, historyczna wyborcza niespodzianka miała miejsce w innej części regionu: w Iranie, gdzie wyborcy rzucili wyzwanie reżimowi zarówno przy urnach do głosowania, jak i na ulicach, by doświadczyć brutalnego stłumienia swoich wystąpień.

Pomimo dzielących nas różnic językowych i etnicznych, pisałem przychylnie o opozycyjnym irańskim Zielonym Ruchu i nadziejach Irańczyków na demokrację. Opłakiwałem Nedę Soltan, kobietę, której zabójstwo podczas zamieszek zarejestrowała kamera. Obchodziłem pierwszą rocznicę jej śmierci, która zbiegła się z piątą rocznicą śmierci mojego przyjaciela Samira Kassira.

Dziś, niecałe dziesięć lat po bejruckim szczycie, dwa spośród najbardziej represyjnych arabskich reżimów - Irak i Tunezja - nie istnieją. Dwa inne, w Egipcie i Jemenie, drżą przed zapachem rozkwitających kwiatów wolności.

W Iraku potrzeba było kilku krwawych lat i dziewięciu miesięcy, by sformować gabinet - ale Irakijczycy, podobnie jak Tunezyjczycy, z czasem poczynią postępy w dziedzinie demokratycznych praktyk. Ćwiczenie czyni mistrza. Teraz przyszedł czas na ruch ze strony Syryjczyków i Libańczyków. To oni cierpieli największe, najdłuższe represje.

Rozumiemy oczywiście, że amerykański ambasador w Syrii, Robert Ford, spotkał się w Damaszku z Baszarem al-Assadem, i że dla świata zachodniego niezwykle ważny jest libijski autokrata Muammar al-Kaddafi i zasoby ropy, jakimi dysponuje jego kraj. Jesteśmy jednak pewni nadejścia nowych czasów. Historia ludzkości nie zna takiego tyrana, którego rządy trwały bez końca.

Jakiś czas temu zadzwoniłem do Omara, żeby pogratulować mu narodzin córeczki, Yasmy. Rozmawialiśmy o Libanie, Tunezji, Egipcie i Jemenie. Mój przyjaciel powiedział mi, że w karku wciąż czuje ból - pamiątkę po razach zbirów z Hezbollahu. "Ale warto było" - dodał. "Yasma będzie żyła na wolnym Bliskim Wschodzie".

Mojemu wujkowi Jaafarowi z Bagdadu, Samirowi i Khalidowi zabitym w Bejrucie, Nedzie, która zginęła w Teheranie; Tunezyjczykom, Jemeńczykom i Egipcjanom - wszystkim wam chcę powiedzieć: wasza krew nie została przelana nadaremnie. W przeciągu dekady nastąpił upadek dwóch tyranów; obalenie pozostałych stanie się faktem w jeszcze krótszym czasie.

Hussain Abdul Hussain

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Autor jest waszyngtońskim korespondentem wydawanego w Kuwejcie dziennika "Al Rai")

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje