Czechy skręcają na Zachód?

Unia Europejska zawiodła w kwestii integracji z byłymi krajami komunistycznymi. Winą za to można częściowo obarczyć także ich liderów - czytamy na łamach "The New York Times".

Gdy komunistyczna Europa upadła na początku lat 90., cztery kraje znajdujące się na zachodnich peryferiach - Czechy, Polska, Słowacja i Węgry - połączyły się, tworząc Grupę Wyszehradzką. Ta czwórka uległa modernizacji, a celem nowej organizacji było koordynowanie ściślejszych powiązań między nimi a Unią Europejską, do której niemal hurtem przystąpiły w 2004 roku.

Reklama

Grupa Wyszehradzka kiedyś była swego rodzaju latarnią dla integracji postkomunistycznej, ale dziś symbolizuje ona niepowodzenie Zachodu w sprawie całkowitej integracji Europy Środkowej i Wschodniej.

We wszystkich czterech krajach czołowi politycy agitują przeciwko Unii Europejskiej, przedstawiając ją jako fałszywą, niedemokratyczną siłę, a nawet jako drugą odsłonę Związku Radzieckiego. Członkowie Grupy Wyszehradzkiej konsekwentnie odmawiają podążania zachodnim nurtem, odmawiają przyjęcia uchodźców muzułmańskich i uznają demokratyczne kontrole i równowagę za irytujące przeszkody dla prawdziwych mężczyzn uprawiających prawdziwą politykę.

Trend ten nasilił się w ciągu weekendu, w trakcie którego czeska antyestablishmentowa partia, Ano zdobyła 30 procent głosów w wyborach parlamentarnych, a partia skrajnie prawicowa zdobyła nieco ponad 10 proc. Obie zdecydowanie wyprzedziły centrolewicę i centroprawicę. Mimo że Ano zobowiązała się do pozostania w Unii Europejskiej, to jednocześnie sprzeciwia się naciskom z Brukseli i napływowi migrantów przez granice.

Zmiana w krajach wyszehradzkich nie jest niczym nowym; pojawiła się w ciągu ostatniej dekady, podczas gdy Europa była rozproszona przez kryzys zadłużenia i skupiała się na wierzycielach z północy i na dłużnikach z południa.

Było to tak wyczerpujące przedsięwzięcie, że Europa przeoczyła inny wzmagający się podział: między Zachodem wierzącym w Unię Europejskiej a niewierzącym Wschodem. Tymczasem w Europie Środkowej pojawił się kult... outsiderstwa.

Zarówno Zachód, jak i Wschód podzielają część winy za taki rozwój wydarzeń. Mieszkańcy Zachodu zakładali, że mieszkańcy Wschodu będą zadowoleni tylko z tego powodu, że zostali  włączeni do Unii Europejskiej i nie będzie im przeszkadzało traktowanie ich jako obywateli drugiej kategorii, co widać na przykład na rynkach pracy.

W tym samym czasie przywódcy państw wyszehradzkich właśnie na takim obrocie spraw zbili kapitał polityczny. Zamiast popracować nad poprawą sytuacji.

Nie oznacza to, że Grupa Wyszehradzka nie wysuwa konstruktywnych wniosków i że nie ma żadnej wytyczonej drogi naprzód. Ale jej retoryka gwarantuje, że  jej wnioski zostaną zignorowane lub odrzucone przez Brukselę. W rezultacie rządy od Warszawy aż do Budapesztu przechodzą w "tryb dąsania".

Podczas gdy Węgry, Słowacja i Polska przyjęły autorytarny szlak, Republika Czeska, z bardziej świeckim, demokratycznym ugruntowaniem, długo wydawała się największą nadzieją na zbudowanie porozumienia między obiema stronami. Ale zwycięstwo Ano i miliardera stojącego na jej czele Andreja Babisa, sprawia, że jest to mało prawdopodobne.

Ludzie, którzy znają styl biznesowy Babisa, ostrzegają, że jest bezwzględnym biznesmenem, bardziej zainteresowanym poszerzeniem swojej władzy niż wspieraniem wspólnego dobra. Oprócz imperium rolniczego posiada kilka gazet i stację radiową. Po zarzutach o oszustwa podatkowe w maju został usunięty ze stanowiska ministra finansów. Prowadzone są również dochodzenia w sprawie oskarżeń, że Babis nielegalnie otrzymał dotacje z Unii Europejskiej na jeden ze swoich hoteli.

To wszystko zdaje się jednak nie wpływać na jego popularność. Wręcz przeciwnie, w oczach wielu Czechów czyni to Babisa jednym z nich, facetem, który sprzeciwia się bigoterii i podwójnym standardom establishmentu, lub, jak się mówi jego hasło, przeciwko praskim "handlarzom kawy". Prawie 30 lat po aksamitnej rewolucji 1989 r. dziedzictwo bojowników o wolność, takich jak Vaclav Havel, zostało zastąpione przez szowinizm.

Oczywiście zrozumiałe jest pewne rozczarowanie obietnicami Zachodu. Kiedy dzisiejsze państwa wyszehradzkie dołączyły do Unii Europejskiej 13 lat temu, oczekiwały stabilności. Zamiast tego dołączyły do klubu, który wkrótce przeszedł w tryb permanentnego kryzysu, najpierw w kwestii przyszłości strefy euro, a następnie z powodu masowego napływu migrantów. Jak się okazało, wolność nie oznaczała bezpieczeństwa - tylko nowe niepewności. Dla wielu mieszkańców Europy Środkowej szokujące było to, że można być częścią Zachodu i wciąż bać się o to, że zostanie się w tyle.

Wraz z tym szokiem nastąpił brak gotowości kulturowej do konkurencyjności. Czterdzieści lat komunizmu pozostawiło ludzi z ogromną nieufnością wobec siebie nawzajem i wobec klasy politycznej. Era totalitaryzmu nigdy nie była tak naprawdę przerobiona. Nawet młodzi Czesi, którzy nie doświadczyli rządów komunistycznych jako dorośli (jeśli w ogóle), opisują swoje społeczeństwo jako nieufne i ostrożne wobec swoich sąsiadów.

- Czeskie społeczeństwo kładzie nacisk na bycie kozłem ofiarnym - mówi Erik Tabery, redaktor naczelny Respekt, magazynu prasowego z siedzibą w Pradze. W swojej książce "The Left Nation" Tabery argumentuje, że Republika Czeska potrzebuje aktywniejszej, opartej na współpracy polityki zagranicznej, która popchnie kraj dalej na Zachód. Ale przyznaje, że takie posunięcia sprawiły, że jego podobnie myślący koledzy zostali osamotnieni w tych poglądach.

Prawdą jest, że Europa Zachodnia niewiele obchodziła nowych członków, odkąd wstąpili do UE i jest zrozumiałe, że wielu z nich czuje się jak Europejczycy drugiej kategorii. Zachód nigdy nie traktował poważnie różnych przeżyć i dziedzictwa powstałego na wschód od Łaby. Amerykańscy żołnierze po 1945 roku nigdy nie postawili tam stopy.

Mieszkańcy Europy Środkowej zrobili zbyt mało, aby dopasować się do ideologii wolnościowej. Liberalizując swoje gospodarki, zapomnieli o liberalizacji swoich umysłów.

Wschód i Zachód muszą wkrótce rozpocząć terapię dla par. W przeciwnym razie Brexit może w końcu wydawać się jednym z najmniejszych problemów, z którymi boryka się Europa.

(Jochen Bittner jest redaktorem tygodnika "Die Zeit" i autorem artykułów opiniotwórczych).

Jochen Bittner/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje