Czego Ameryka Trumpa może się nauczyć od Włoch Berlusconiego

“Dzień dobry!" - powiedział jeden z ochroniarzy przed wejściem do Excelsior Hotel Gallia, gdzie konsulat generalny Stanów Zjednoczonych urządził powyborcze śniadanie. "Raczej nie dobry" - odpowiedziałem.

(...) Przyjąłem zaproszenie po nieprzespanej nocy, ponieważ chciałem pokazać mój sentyment do Stanów Zjednoczonych i ich mieszkańców. Mają przed sobą przynajmniej cztery lata rządów prezydenta, który wygląda na nieprzygotowanego, prawdopodobnie żenującego i z pewnością - delikatnie mówiąc - nieprzewidywalnego.

W takim momentach potrzebujesz przyjaciół, prawda?

Reklama

Podczas gdy osobiście uważam się za przyjaciela Ameryki, we Włoszech jest więcej niż kilku przyjaciół Trumpa, wielu z nich "świeżych". Żadne inne państwo w Unii Europejskiej, według Pew Research Center, nie jest tak rozemocjonowane Trumpem, a zeszły tydzień dał upust uczuciom wobec przyszłego przywódcy Ameryki.

Czy to takie zaskakujące? Aplauz w mediach informacyjnych i społecznościowych zdradza nieprzyjemną tęsknotę za autorytaryzmem, nostalgię za silnym przywódcą, który zawsze ma rację i żądzę (werbalnego) kija dla każdego, kto ośmieli się krytykować szefa. Inaczej mówiąc, we Włoszech berluskonizm żyje i ma się dobrze, nawet jeśli oznacza szukanie osiłka za granicą.

Z jednej strony odwrócenie sytuacji wydaje się sprawiedliwe. W czasie rządów Berlusconiego to Włochy były pośmiewiskiem Europy, a Amerykanie razem z innymi pozwalali sobie na komentarze od protekcjonalnych do oburzonych. Teraz nasza kolej.

Stany Zjednoczone i inni tłumaczyli nam, że sami nigdy, przenigdy nie wybraliby człowieka, który traktuje kobiety jako seks-zabawki. 70-latka, który bardziej martwi się o swoje włosy niż sprawy światowe. Polityka, który myli prywatne interesy z interesami państwa. Osoby, która traktuje prawdę jako jedną z opcji.

I bądźmy szczerzy - w porównaniu z Trumpem nasz były premier Berlusconi wygląda jak Winston Churchill. Przynajmniej nie obrażał swoich sąsiadów, nie kpił z zagranicznych potęg, nie lekceważył NATO i nie planował budowy muru, by odgrodzić się od imigrantów. Nie powiem, mówiliśmy wam, ale... mówiliśmy wam.

Mimo to my Włosi jesteśmy zawsze skorzy do pomocy naszym przyjaciołom, a nasze doświadczenie z Berlusconim faktycznie może się przydać. Ponieważ, ostatecznie, istnieją uderzające podobieństwa między tymi dwoma mężczyznami, jak przyznał sam Berlusconi w niedawnym wywiadzie.

Obydwaj, na przykład, uważają Władimira Putina, prezydenta Rosji - ledwie demokracji - za wspaniałego przywódcę. Berlusconi traktuje szefa Kremla jak bliskiego przyjaciela. Regularnie w tajemnicy podróżuje do Rosji, by pokazać się nagle w pełnym arktycznym rynsztunku z wielką futrzastą czapą. Spodziewam się podobnych wycieczek lokatora Białego Domu.

Jako kandydat il Silvio twierdził, że braki w doświadczeniu nadrabia rzekomym naturalnym talentem politycznym, dokładnie jak the Donald. Dość szybko zdał sobie sprawę z tego, że liczy się to, jak wyborcy postrzegają samych siebie przy tobie, a nie to co mówisz, co robisz lub czego nie robisz. Wyborcy XXI wieku wychowani w mediach społecznościowych nie osądzają cię. Zamiast tego kibicują ci lub przeciwko tobie, tak jak robią w przypadku sportowców.

To powiedziawszy, drodzy Amerykańscy przyjaciele, strzeżcie się. Kiedy rządził - trzy razy, łącznie przez 9 lat od 1994 do 2011 roku - Berlusconi nie mógł lub nie chciał pozbyć się swoich bardziej martwiących cech z kampanii wyborczych. Odmówił rozwiązania swoich konfliktów interesów i przyjmował ustawy, które pomagały jego firmom; regularnie popadał w konflikt z wymiarem sprawiedliwości; łatwo nudził się szczegółami i długimi spotkaniami; i nie przestał opowiadać żartów o kobietach i homoseksualistach; a także urządzał imprezy określane przez wielu mianem rozwiązłych (dokładne określenie to "bunga bunga") w rezydencji premiera. Czy Biały Dom stanie się dzielnicą czerwonych latarni? Czas pokaże.

Jednak naszą - być może - najważniejszą lekcją dla was jest to, by nie dawać prezydentowi kredytu zaufania. Pomijając media społecznościowe Amerykanie mają skłonność do widzenia tego, co najlepsze w swoich przywódcach, chcą widzieć ich sukcesy. Europejczycy natomiast, a zwłaszcza Włosi, wiedzą lepiej. W latach 60. włoski pisarz Luigi Barzini zaczął swój bestseller 'Włosi" tymi słowami: "Obecnie bycie szczerym wobec samego siebie jest najwyższą formą patriotyzmu". 50 lat później to nadal prawda.

Jednak Włochy mogą również dostarczyć nadziei. Przetrwaliśmy Berlusconiego, a Stany Zjednoczone przetrwają Trumpa. USA to nie Rosja czy Turcja, a Trump to nie Putin czy Recep Tayyip Erdogan. Jest wybranym przywódcą ugruntowanej demokracji i przyjaznego kraju. A reszta świata nie zrezygnuje ze Stanów Zjednoczonych, domu nie tylko Donalda Trumpa, ale także Boba Dylana, Bruce’a Springsteena, Jeffa Bezosa i Philipa Rotha. Mamy tylko nadzieję, że te wybory i to, co przynoszą ostudzi zapędy Ameryki do pouczania reszty świata o tym, co stanowi, a co nie dobry rząd.  

Beppe Severgnini

2016 The New York Times

tłum. awt

 

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje