Czy media społecznościowe można jeszcze ocalić?

Nie muszę ci mówić, że coś jest nie tak z mediami społecznościowymi. Prawdopodobnie doświadczyłeś tego sam.

Może to sposób, w jaki czujesz się podczas przewijania treści na Twitterze - zaniepokojony, nerwowy, trochę zmęczony światem - lub niepokój, gdy widzisz dziecko oglądające filmy na YouTube, wiedząc, że jest zaledwie kilka kliknięć od króliczej nory wypełnionej makabrycznymi filmami wideo. A może to skandal związany z prywatnością na Facebooku z zeszłego miesiąca, który przypomniał ci, że powierzyłeś najbardziej intymne części twojego cyfrowego życia maszynie nadzorującej maksymalizację zysku.

Reklama

Rosnący dyskomfort związany z największymi platformami społecznościowymi znajduje odzwierciedlenie w sondażach. Przeprowadzone niedawno przez Axiosa i SurveyMonkey badania wykazały, że wszystkie trzy główne firmy z branży mediów społecznościowych - Facebook, Twitter i Google, pod którego skrzydłami jest YouTube - są znacznie mniej popularne wśród Amerykanów niż jeszcze pięć miesięcy temu. (Amerykanie mogą się uznawać z resztą za szczęściarzy - poza Stanami Zjednoczonymi media społecznościowe podsycają rzeczywistą przemoc i wzmacniają pozycję autokratów, często przy znacznie mniejszym nadzorze).

Byłoby jednak błędem poddawać się i na stałe zakładać, że tak musi być. Pierwotne znaczenie mediów społecznościowych - tworzenie zdrowych dyskusji, odblokowywanie nowych form twórczości, łączenie ludzi z innymi o podobnych zainteresowaniach - nie powinno być odrzucane z powodu porażek obecnych liderów rynkowych. Nadal dzieje się wiele ważnych rzeczy nawet w najbardziej wadliwych sieciach. Dla przykładu - Marsz za nasze życie, który odbył się w zeszłym miesiącu został w dużej mierze zorganizowany na Facebooku i Twitterze.

Głównym problemem dzisiejszych sieci społecznościowych jest to, że są one już zbyt duże i uwięzione w systemie rynkowym, który zmusza je do dalszego rozwoju. Facebook nie może przestać zarabiać na naszych danych osobowych z tego samego powodu, dla którego Starbucks nie może przestać sprzedawać kawy - to serce przedsiębiorstwa.

Oto trzy możliwe sposoby na uratowanie mediów społecznościowych przed presją rynkową, która doprowadziła nas do sytuacji, w której aktualnie się znajdujemy.

Daj władzę ludziom

W swojej nowej książce "Nowa moc" Jeremy Heimans i Henry Timms piszą o walce pomiędzy scentralizowanymi, odgórnymi instytucjami, które reprezentują "stare układy" i zdecentralizowanymi, oddolnymi ruchami, które reprezentują "nową siłę".

Facebook, jak piszą, jest przykładem nowej instytucji władzy, która służy interesom "starej" władzy. Pozyskuje kreatywną energię miliardów ludzi i przekształca ją w gigantyczne, scentralizowane przedsiębiorstwo, przy czym większość użytkowników nie ma żadnej wartości ekonomicznej i nie ma wpływu na zarządzanie platformą. Zamiast tego autorzy pytają, co by było, gdyby sieć społecznościowa rzeczywiście była obsługiwana przez jej użytkowników?

"Jeśli wnosisz wartość ekonomiczną do czegoś o tak znaczących konsekwencjach społecznych, powinieneś mieć na uwadze, jakimi wartościami się dzielisz" - powiedział mi Heimans.

Nathan Schneider, profesor studiów medialnych na Uwersytecie w Kolorado, wpadł na podobny pomysł w 2016 roku, kiedy zaproponował, aby użytkownicy Twittera zebrali się razem, by kupić platformę od swoich akcjonariuszy i przekształcili ją w kolektyw prowadzony przez użytkowników. Ludzie, którzy wnieśli cenny wkład do sieci, tacy jak pracownicy i zaawansowani użytkownicy, otrzymają większą stawkę i większą siłę głosu. A użytkownicy będą mieli zapewnione miejsce przy stole, przy którym podejmuje ważne decyzje dotyczące działania platformy.

Niezwykle mało prawdopodobne jest, aby Mark Zuckerberg, który walczył o zachowanie kontroli nad Facebookiem, kiedykolwiek przekształcił firmę w spółdzielnię prowadzoną przez użytkowników. Jednak Schneider wierzy, że zapewnienie większej kontroli odpowiedzialnym użytkownikom może pomóc przywrócić zaufanie do sieci i zasygnalizować wartości, które Zuckerberg mówi, że chce, aby Facebook sobą reprezentował.

"Mógł pokazać, że bierze demokrację na tyle poważnie, by zacząć od własnego dziecka" - powiedział Schneider.

Utwórz "federację"

Innym radykalnym podejściem byłoby uczynienie sieci społecznościowych bardziej podobnymi do poczty elektronicznej - aby niezależne aplikacje mogły bezproblemowo współdziałać ze sobą w ramach wspólnego protokołu.

Zamiast jednego dużego Facebooka, stowarzyszona sieć społecznościowa wyglądałaby jak klastry niezależnych węzłów - Mombook i Athletebook oraz Gamerbook - z których wszystkie mogłyby być podłączone do sieci.

Zamiast wymagać uniwersalnego zestawu zasad, które mają zastosowanie do miliardów użytkowników, można zaprojektować węzły odzwierciedlające priorytety użytkowników. (Sieć dla osób, które cenią prywatność i takich, którym na niej nie zależy - obie mogłyby mieć różne zasady przechowywania danych, a sieci np. dla użytkowników LGBT i dla pastorów ewangelicznych mogłaby mieć odmienne reguły dotyczące mowy nienawiści.) Jeśli "węzeł" stałby się zbyt toksyczny, mógłby zostać usunięty bez wyłączania całej sieci.

"E-mail to najbardziej odporna sieć społecznościowa w Internecie", powiedział Schneider, "a to, co wpływa na jej adaptację, to otwarty protokół, wokół którego ludzie "budują" aplikacje".

Wersje tego rodzaju sieci już istnieją. Mastodon, zdecentralizowana społeczność obecna na Twitterze, zyskała ponad 1 milion zarejestrowanych użytkowników od debiutu w 2016 roku. W ostatnich miesiącach pojawiły się różne sieci społecznościowe oparte na blockchain - systemie, który leży u podstaw wirtualnych walut, takich jak bitcoin.

Z pewnością zdecentralizowane sieci mają swoje własne problemy. Są niełatwe w administrowaniu i nadal mogą odgrywać rolę tych złych. Mogą również paść ofiarą tego samego rodzaju problemów związanych z prywatnością, za które krytykowany jest Facebook.

Na to nie ma panaceum. Eksperymentowanie z bardziej zdecentralizowanymi modelami może jednak dać użytkownikom mediów społecznościowych wrażenie, że platformy reprezentują ich zainteresowania.

Umieszczanie dat wygaśnięcia na wykresach społecznościowych

Jeden z moich znajomych zauważył kiedyś, że główną różnicą między aplikacjami do randek, takimi jak OKCupid, Tinder i Bumble, nie był sposób, w jaki zostały zaprojektowane, ani firmy stojące za nimi - tylko to, tak długo istniały.

Nowe aplikacje częściej przyciągały interesujących i mądrych ludzi, którzy faktycznie szukali randek. Starsze aplikacje, w przeciwieństwie do nich, zostały ostatecznie opanowane przez podejrzane typy i seksualnych drapieżników, bez względu na to, jak dobrze były zbudowane.

Podobna teoria może dotyczyć sieci społecznościowych. Facebook, Twitter, YouTube, Instagram i Snapchat miały wiele problemów na początku swojego istnienia, ale w większości były "czystsze", z mniejszą ilością nadużyć i złośliwych zachowań. Dzisiaj ich ogromne rozmiary i wpływ tych platform na ludzkie życie sprawiły, że stały się one kuszącym polem do popisu dla złośników, a wiele z naszych "wykresów społecznych" - bo takiego terminu używa Facebook dla określenia naszych powiązań,  które tworzymy w sieci - jest zapchanych do granic możliwości.

Hunter Walk, specjalista ds. inwestycji, zaproponował w poście na swoim blogu interesujące rozwiązanie: prawnie nakazany przycisk "Rozpocznij od nowa", który po naciśnięciu pozwoliłby użytkownikom sieci społecznościowych na usunięcie wszystkich swoich danych, wyczyszczenie ich kanałów i list znajomych, oraz uruchomienie nowego konta.

Chciałbym pójść jeszcze dalej i zasugerować, że sieci społecznościowe dają użytkownikom automatyczną opcję "samooczyszczania", która regularnie usuwałaby profile aplikacji, z których już nie korzystają, przyjaciół i obserwatorów, z którymi się już nie kontaktują oraz danych, których już nie używają, a które są przechowywane. Gdyby te narzędzia były włączone, użytkownicy musieliby podjąć akcję afirmatywną, gdyby nie chcieli, aby ich informacje zniknęły po upływie określonej liczby miesięcy lub lat.

Sporządzanie tymczasowych wykresów społecznościowych, zamiast domyślnie je utrwalać, byłoby niewątpliwie niekorzystne dla większości modeli biznesowych sieci społecznościowych. Mogłoby to jednak stworzyć nowe i zdrowe normy dotyczące prywatności i higieny danych. Może nawet udałoby się odzyskać część tego czaru, jaki pierwotnie roztaczały wokół siebie sieci społecznościowe. Wtedy, kiedy były jeszcze świeże i fascynujące, a nie tak straszne.

Kevin Roose/The New York Times

Tłum.: KK

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje