​Czy Rosjanie zmanipulują wyniki wyborów w Niemczech?

Władimir Putin i Angela Merkel /AFP

Czy Rosjanie przypuszczą atak hakerski na Niemcy? Prawdopodobnie spróbują. Oto, dlaczego nie ma to żadnego znaczenia - czytamy na łamach "The New York Times".

Reklama

Zostało zaledwie kilka tygodni, zanim Niemcy wybiorą skład swojego nowego parlamentu, a wraz z nim także nowego kanclerza. Wybory odbędą się 24 września. Póki co wszystkie oczy zwrócone są w kierunku Angeli Merkel, urzędującej kanclerz i na Martina Schulza, jej konkurenta z lewej strony sceny politycznej. Obserwujemy jednak jeszcze innego, ważnego gracza tej kampanii, tego, który do tej pory zaskakująco milczał: Rosję.

Już dawno wysnuto wnioski, że rosyjscy hakerzy będą próbowali wpływać na wynik niemieckich wyborów tak, jak zrobili to ze Stanami Zjednoczonymi i Francją. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy Niemcy zostały zhakowane - w maju 2015 roku hakerzy wykradli dane 16 członków Bundestagu, łącznie z informacjami od Angeli Merkel.

Reklama

Niemieckie służby przypisały ten atak grupie hakerów znanych jako Fancy Bear, którzy odpowiadali również za atak na Krajowy Komitet Partii Demokratycznej w USA i za atak na serwery partii en Marche Emmanuela Macrona we Francji. Uważa się, że Fancy Bear jest odnogą rosyjskiej agencji wywiadowczej. 

Czy wykradziony materiał okaże się kompromitujący? Prawdopodobnie tak. Czy będzie miał jakiekolwiek znaczenie? Raczej nie.

Po pierwsze - mimo że rosyjscy przywódcy nie darzą Merkel wielką sympatią - Kreml nie ma żadnego interesu w tym, aby majstrować przy wyniku wyborów. We Francji kandydatka z silnym programem anty-unijnym dostała się do II tury, a w USA - wiadomo jak było. W niemieckim systemie, który oparty jest na proporcjonalności, rządy zawsze tworzą koalicjanci.

Jeśli hakerzy wypuszczą jakąś informację, która zmieni wynik wyborów o kilka procent w tę lub inną stronę, de facto niewiele to zmieni. System w Niemczech zaprojektowany po II wojnie światowej po to, aby zapobiegać totalitaryzmowi, okazuje się być także dobrym narzędziem do przeciwdziałania wojnie informacyjnej.

Z rosyjskiego punktu widzenia różnice między dwoma głównymi partiami: centralno-lewicową Socjaldemokratyczną Partią Niemiec i centralno-prawicowymi Chrześcijańskimi Demokratami, są marginalne.

Prawdą jest, że niektórzy socjaldemokraci przychylają się ku Rosji, a niektórzy z nich krytycznie oceniają wydatki wojskowe na NATO. Mimo to partia jest zdecydowanie proeuropejska i pro-natowska. I nadal, w każdym wariancie, Merkel ma przewagę 15 punktów procentowych.

Próba wzmocnienia prawicowych populistów niemieckich, podobnie jak to było we Francji, także nie wydaje się kusząca: Alternatywa dla Niemiec, wiodąca partia prawicowa w Niemczech, jest zbyt mała, aby sama w sobie miała znaczenie, a żadna ze stron głównego nurtu nie przystąpi z nią do koalicji. 

Ponadto w Niemczech większość osób nadal czyta wysokiej jakości gazety lokalne lub ogląda główne wieczorne wydania wiadomości w telewizji publicznej. W styczniu 2016 r. rosyjskie media z siedzibą w Niemczech rozpowszechniły fałszywe informacje na temat nastolatka pochodzenia rosyjsko-niemieckiego, który rzekomo został uprowadzony i zgwałcony przez trzech mężczyzn pochodzenia arabskiego. 

Sprawa jest często wymieniana jako przykład tego, w jaki sposób rosyjska wojna informacyjna może być prowadzona w Niemczech - jednak z rosyjskiego punktu widzenia była to porażka.

Nastrój publiczny nie mógł być bardziej sprzyjający: wiadomość puszczono w obieg wkrótce po tym, jak społeczeństwo było informowane o napaściach w sylwestrową noc w Kolonii. W Niemczech jednak główne media informacyjne cieszą się dużym szacunkiem i w związku z tym tak zwane fake newsy mają problem, żeby się przebić. (A koszty dla Rosji były wysokie: minister spraw zagranicznych, Siergiej Ławrow, poparł tę kampanię dezinformacyjną, która pogłębiła problemy w stosunkach rosyjsko-niemieckich).

Kolejną niemiecką przewagą w dobie wojny informacyjnej jest nasza bezwzględnie nudna, ale praktycznie wolna od skandali klasa polityczna. Faktycznie w 1999 roku okazało się, że chrześcijańscy demokraci przyjęli miliony w nielegalnych funduszach i ukrywali pieniądze na tajnych rachunkach, a niedawno członek Bundestagu został nakryty na zażywaniu metamfetaminy. Z kolei inny polityk przechowywał zdjęcia nagich nieletnich na swoim laptopie. Ale to wszystko. Dla większości Niemców politycy są nudni - i takich ich lubimy.

To oczywiście nie oznacza, że Rosja czegoś nie spróbuje. Tak już jest skonstruowane DNA hakerów, aby ingerować w wybory w najważniejszych krajach na mapie świata. Zwłaszcza gdy dotyczą liderów, którzy podjęli stanowcze kroki przeciwko Władimirowi Putinowi. Nawet jeśli nie wpłynie to na ostateczny wynik wyborów, perspektywa skompromitowania Merkel wydaje się kusząca i warta ryzyka.

W końcu kluczowa część polityki zagranicznej Putina polega na tym, aby "ujawniać i wyśmiewać hipokryzję Zachodu", jak twierdzili rosyjscy naukowcy Aleksiej Miller i Fiodor Łużjanow w raporcie Fundacji Roberta Boscha w Berlinie w lipcu.

Constanze Stelzenmüller z Brookings Institution, ujęła to w swoim oświadczeniu przed komitetem wywiadu senackiego Stanów Zjednoczonych w następujący sposób: "Dla Putina upokorzenie Merkel byłoby zwycięstwem w całej Europie i na Zachodzie".

Tak więc, nawet jeśli wydaje się to bezużyteczne i kosztowne, aby obrać na cel niemieckie wybory, nadal jest to prawdopodobne. Niemcy dopiero teraz zaczynają wzmacniać swoje cyberbezpieczeństwo, a Bundestag właśnie przyjął ustawę, dzięki której będzie walczyć z fałszywymi wiadomościami w mediach społecznościowych.

Najlepszym przeciwdziałaniem nie są jednak innowacje techniczne i prawne, ale zachowanie niemieckiej kultury politycznej. Jeśli to uda, niech niedźwiedź robi swoje. Nie zrobi to na nas wrażenia.  

Anna Sauerbrey, dziennikarka “Der Tagesspiegel"/ The New York Times

Tłum.: KK 

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje