Czy trzeba było na to aż 20 lat?

Skąd bierze się ubóstwo amerykańskich rodzin? Spośród wielu powodów wymienianych przez polityków i ekonomistów jeden wydaje się oczywisty - w biednych dzielnicach jest zbyt wielu takich rodziców, jak Carl Harris i Charlene Hamilton.

Przez całe dzieciństwo swych córek Carl nie zdołał przynieść do domu pensji choćby zbliżonej do minimalnej. Najbardziej lukratywną pracę - dilera heroiny - zakończył w wieku 24 lat, gdy wyjechał z Waszyngtonu, by odbyć karę dwudziestu lat więzienia. Charlene została sama, mając na  głowie wychowanie dwóch córek i walkę o utrzymanie małżeństwa.

Reklama

Dniówka za pobyt w więzieniu - 1.15 za godzinę - nie pokrywała ani rachunków za telefon, ani kosztów dojazdów na widzenia. Zmagając się z opłatami za czynsz oraz wyżywienie rodziny Charlene parokrotnie skończyła w noclegowniach dla bezdomnych. "W zasadzie odbywałam wyrok razem z mężem" - wspomina. "Mój umysł był za kratkami, moje życie było za kratkami, a nasze córki dorastały bez ojca".

Wyjątkowo twarde prawo


Zaostrzenie kar w Ameryce, które nastąpiło 30  lat temu, było utożsamiane z sukcesem w walce z przestępczością. Obecnie jednak odsetek osadzonych w więzieniach Ameryki jest najwyższy na świecie, a socjologowie coraz częściej zwracają uwagę, że biedne społeczności płacą cenę, która jest niewspółmierna do korzyści, jakie wynikają z zaostrzenia kar.

"Więzienie stało się kolejną pułapką ubóstwa" - zauważa Bruce Western, socjolog uniwersytetu Harvarda. "Stanowi naturalny etap w życiu biednych Afroamerykanów, upośledzając jednocześnie najniższe warstwy amerykańskiego społeczeństwa". Wśród Afroamerykanów, dorastających w okresie zaostrzania kar, aż 1 na 4 musiał spotykać się z rodzicem na widzeniach. Czarni i niewykształceni mężczyźni, między 20 a 30 rokiem życia są najbardziej narażeni na pobyt w więzieniu - grozi to niemal 40% - częściej trafiają za kratki niż znajdują uczciwą pracę.

Nikt nie zaprzecza, że niektórzy powinni znaleźć się  w więzieniu. Harris i jego żona, lat 45, zgodnie przyznają, że młody wówczas diler zasłużył na odsiadkę. Mimo to nie są przekonani o korzyściach płynących z aż dwudziestoletniej resocjalizacji. W tej opinii nie różnią się od naukowców badających rozrost więziennictwa. Liczba więźniów w Ameryce zwiększyła się od lat 80. aż pięciokrotnie. Głównym powodem są coraz wyższe wyroki. Osadzeni odbywają kary aż do wieku średniego lub podeszłego. Wychodząc mają dawno za sobą wiek, w którym najczęściej popełniają przestępstwa, tak jak Harris, który w pierwszy konflikt z prawem wszedł będąc nastolatkiem.

Chcę zostać dilerem!

Po rzuceniu szkoły, 18 letni Harris pracował na myjni i całymi dniami z zazdrością patrzył na zagraniczne auta dilerów. Pewnego dnia, spacerując ze swoją dziewczyną, był świadkiem jak jeden z dilerów odbiera należność od drobnego handlarza. Podjechał on nowiutkim Mercedesem. "Był obwieszony złotem, doskonale ubrany" - wspomina Harris. "Jego dziewczyna wręcz ociekała biżuterią, a my wyglądaliśmy jak para obdartusów. Wtedy postanowiłem - chcę się nosić tak jak oni, chcę zostać dilerem".

Dwa lata po podjęciu decyzji został skazany za nielegalne posiadanie broni oraz sprzedaż kokainy i PCP. Trafił do więzienia w Lorton, zaraz po urodzinach swojej pierwszej córki. Za kratkami nadal trudnił się handlem - "Dilowanie tam było tak samo proste, jak na wolności" - a na ulice wrócił pod koniec lat 80., gdy rynek heroinowy kwitł w najlepsze. Policja nigdy nie złapała go z narkotykami, które sprowadzał z Nowego Jorku na kilogramy. Skazano go za napaść w melinie pełnej ćpunów. Jak sam mówi, udał się tam, aby odebrać towar warty 4.000 dolarów, który mu skradziono.  Na miejscu okazało się, że wszyscy palą jego crack. "Straciłem zimną krew" - wspomina - "Chwyciłem za krzesło i zacząłem nim wszystkich okładać na oślep. Nikt nie trafił do szpitala, ale złamałem komuś rękę, a innemu rozciąłem nogę".

Zbrodnia i kara

Za taką napaść Harris zarobiłby wyrok w każdym kraju, ale tylko w USA mógł trafić do więzienia na tak długo. Na własnej skórze odczuł zaostrzenie polityki wobec przestępstw związanych z narkotykami. Za zranienie dwóch osób dostał podwójny wyrok, po trzy lata za jedną osobę. Ale wyrok końcowy był znacznie wyższy - od 15 do 45 lat pozbawienia wolności - za napaść rabunkowy z bronią w ręku. "Policja wiedziała, że handluję, ale nie potrafiła mi tego udowodnić, więc wymyślili zarzut napaści rabunkowej"- twierdzi Harris. Nadal uważa, że za sam rabunek został skazany niesprawiedliwie, utrzymując, że ani nie wtargnął do meliny, ani niczego z niej nie wyniósł, ale przyznaje, że tak wysokie wyroki działały na dilerów jak straszak."Wielu handlarzy dostało dożywocie, bez szans na warunkowe zwolnienie".

Mając dwadzieścia lat został osadzony z perspektywą wyjścia w wieku lat czterdziestu. Nalegał na rozwód, chciał by żona ułożyła sobie życie na nowo. Załamany sam sięgnął po heroinę, choć nigdy wcześniej nie brał twardych narkotyków. "Myślałem, że oszaleję. Tęskniłem za żoną i córkami. Gdy były małe mówiłem im przez telefon, że wyjechałem na obóz". Od tamtej pory Hamilton mogła liczyć tylko na zasiłek oraz pomoc najbliższych. "Chciałam pracować, ale nie mogłam pogodzić stałego zatrudnienia z wizytami w więzieniach" - mówi Hamilton. "Gdy Harris został przeniesiony do Nowego Meksyku, musiałam liczyć się z trzydniową podróżą autobusem. Zatrzymywałam się wówczas w okolicach aresztu, na miesiąc, w wynajętej przyczepie kempingowej".

Kara i jej skutki

11 lat po skazaniu Harrisa Hamilton posłuchała jego rady i wystąpiła o rozwód. Nigdy jednak nie wyszła powtórnie za mąż. Nie mogła znaleźć odpowiedniego kandydata, bowiem w jej okolicy większość mężczyzn odsiadywała wyroki. Skala tego zjawiska ma wpływ na stosunek płci - w samym Waszyngtonie są społeczności gdzie na 10 kobiet przypada 6 mężczyzn. "Ci, którzy pozostają na wolności myślą, że wszystko im wolno. Mają nawet po kilka kochanek, bo kobiety, bojąc się samotności, nie chcą od nich odchodzić".

Epidemiolodzy wskazują na zależność między wysokim odsetkiem osadzonych, a wzrostem występowania chorób  przenoszonych drogą płciową oraz liczby niechcianych ciąż. W ubogich społecznościach kobiety nie mają tak silnego wpływu na pozostających na wolności mężczyzn, by skłonić ich do bezpiecznego seksu lub zachowania monogamii. Eksperci tłumaczący większą zachorowalność na AIDS wśród czarnych niż białych, zwracają uwagę, że długoletnie pobyty w więzieniach rozbijają stałe związki i prowadzą do podejmowania ryzykownych zachowań seksualnych. Socjologowie poszukający przyczyn ubóstwa i przestępczości wśród nieletnich, wskazują na osadzonych rodziców oraz zaburzenia ekonomiczno-emocjonalne całych rodzin.

Oczywiście są rodziny, które korzystają z tego, że agresywny ojciec trafia do więzienia. Mimo to socjologowie dostrzegają upośledzenie edukacyjne i społeczne dzieci, których rodzice zostają skazani. Chłopcy pozbawieni ojców stają się agresywni. Małżonkowie osadzanych są bardziej podatni na depresję, choroby psychiczne oraz somatyczne. "Edukacja, dochody, mieszkalnictwo, zdrowie - więziennictwo ma negatywny wpływ na wszytko w rejonach ubóstwa" - twierdzi socjolog Megan Comfort z organizacji non-profit badająca tzw. "współuwięzienie" kobiet.

Wzrost przestępczości

Jeszcze przed zaostrzeniem wyroków, łączono problemy trapiące biedne społeczności ze wzrostem jedno-rodzicowych  gospodarstw domowych, a także z ruchomą demografią. Obecnie te trendy się nasilają. Jak wskazuje ekspert prawa karnego Todd R. Clear, w niektórych biednych społecznościach, niemal każdy ma w rodzinie kogoś, kto odsiaduje wyrok. Rodziny i całe społeczności ciągle doświadczają znikania i pojawiania się ludzi, którzy idą do, lub wychodzą, z więzienia. Społeczna niestabilność może mieć wpływ na wzrost przestępczości, jak uważają naukowcy. Robert DeFina i Lance Hannon z uniwersytetu Villanova zauważyli, że w społecznościach, gdzie dokonuje się znacznej ilości aresztowań , przestępczość początkowo spada, ale koniec końców jej odsetek wyraźnie wzrasta i przewyższa stan początkowy.

Wyjątkiem może być Nowy Jork, gdzie liczba przestępstw spada regularnie od dwudziestu lat. W latach 90. znacznie zmniejszono liczbę osadzonych nowojorczyków, co mogło mieć wpływ na ograniczenie swoistego efektu jo-jo. Naukowcy z uniwersytetu w Michigan odkryli, że więziennictwo przestaje mieć wpływ na ograniczenie przestępczości, gdy liczba osadzonych jest zbyt wysoka. "Gdy liczba osadzonych osiągnie punkt krytyczny, jej zwiększanie nie przynosi efektów w walce z przestępczością, przeciwnie, może spowodować jej wzrost" - mówi jeden z naukowców. Pozytywny wpływ długiej resocjalizacji jest wątpliwy, zwłaszcza w przypadku mężczyzn, którzy wychodzą na wolność w średnim wieku. Ryzyko recydywy wyraźnie spada powyżej 30 roku życia. Tak było właśnie w przypadku Harrisa, który tuż po trzydziestce postanowił zmienić swoje życie.

Na wolności


"Powiedziałem sobie, że nie urodziłem się w żadnym więzieniu, więc nie zamierzam w nim umierać" - wspomina moment, gdy rzucił narkotyki, przeszedł na Islam i powrócił do edukacji. Nadal miał do odsiedzenia 14 lat. Utrzymywał kontakt  z rodziną, codziennie rozmawiał z córkami, by w 2009 roku wrócić do nich i do żony. "Czułem się jakbym po 20 latach wyszedł z jaskini. Choć ulice były te same, to wszytko się pozmieniało. Moje córki były już dorosłe, musiały mnie uczyć jak korzystać z telefonu komórkowego, czy jak kupić bilet w automacie autobusowym". Jedyna praca na jaką mógł liczyć czekała na niego w pralni i to za połowę normalnej stawki. To normalne wśród byłych więźniów.

Mimo że państwo pomaga im w znalezieniu pracy - oficjalnie nazywa się ich powracającymi obywatelami - to wielu ma problem z zatrudnieniem ze względu na przeszłość. Dzieje się tak dlatego, że pracodawcy niechętnie zatrudniają byłych więźniów, z jednej strony przez brak doświadczenia, a z drugiej przez kłopoty z zaadoptowaniem się do życia na wolności. "W więzieniu człowieka tresuje się jak psa - uprzedmiotowienie sprawia, że z czasem przestaje się normalnie funkcjonować" - mówi Harris. "To było dla mnie największym wyzwaniem, nie zapomnieć, jak się o siebie dba  i  jak się myśli samodzielnie. Wielu chłopaków o tym zapomniało". Wielebna Kelly Wilkins spotyka takich mężczyzn codziennie, w swym kościele w Waszyngtonie, w jednej z biednych społeczności. "Wielu z nich zostało upośledzonych więzieniem" - mówi. "Zatracili instynkt samozachowawczy i uważają, że jest za późno, by zaczynać wszytko od nowa".

Trudny powrót


Pobyt za kratkami pogarsza perspektywy zawodowe, które przecież nigdy nie były różowe. "Ludzie odsiadujący wyroki i tak nie mieli szans na wysokie zarobki" - mówi Western z uniwersytetu Harvarda i autor publikacji "Kara i nierówność w Ameryce". "Mówimy o słabo wykształconych osobach, ze społeczności obciążonych dużym bezrobociem. Socjologia pokazuje, że wysokie wyroki tylko pogarszają tę sytuację". Badania wskazują, że odsiadka redukuje roczne przychody o 40% na każdego skazańca. Dokładne szacunki ekonomiczne są jednak dyskusyjne. Inni naukowcy sugerują niższe straty, ale wszyscy zgadzają się, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie mówi się chociażby o braku pensji mężczyzny dla całej rodziny.

Tak samo nie wspomina się o kosztach ponoszonych przez rodzinę oraz społeczność podczas odsiadki. A jest to przecież koszt najwyższy, jak zauważa antropolog Donald Braman, pracujący na wydziale prawa uniwersytetu Jerzego Waszyngtona, który obserwuje rodzin więźniów z Waszyngtonu. "Społeczna demoralizacja i drenaż kapitału z biednych społeczności może mieć największy wpływ na nierówności, jakie tworzy nasze państwo - mówi Braman. "Nie znam innej instytucji, która by miała takie grzechy na sumieniu". Socjologowie DeFina i Hannon szacują, że gdyby w ostatnich dziesięcioleciach nie zaostrzono wyroków, poziom ubóstwa byłby niższy o 20%. Poniżej granicy ubóstwa znajdowało by się zaś 5 milionów ludzi mniej.

Dorosłem...


Harris i Hamilton są już powyżej tej granicy. Mają szczęście. Córki skończyły liceum, obie pracują, a jedna studiuje. Hamilton jest salową w szpitalu, a Harris ochroniarzem. Dziś kieruje się zupełnie innymi wartościami. "Nie zależy mi już na drogich ciuchach" - wyznaje. Razem z żoną oszczędzają, by wreszcie kupić własny dom. "Zaczynamy żyć" - mówi Hamilton. "Gdyby nie to, że nie było go tak długo, to pewnie już dawno mielibyśmy dom, może mielibyśmy więcej dzieci. Ale staram się nie myśleć o tym, co straciliśmy". Starają się patrzeć na dobre strony, nawet jeśli chodzi o policję i więzienie. Widzą, że Waszyngton jest bezpieczniejszy odkąd z ulic zniknęli dilerzy walczący ze sobą o każda przecznicę.

Uważają, że załamanie rynku narkotykowego pomogła tak samo miastu, jak i Harrisowi. "Gdyby nie więzienie, pewnie zginąłbym na ulicy" - przyznaje Harris, a Hamilton przytakuje. "W pewnym sensie więzienie dobrze mu zrobiło" - dodaje. "To tam dorósł. Teraz jest mężczyzną". Czy trzeba było na to aż 20 lat? "Przesadzili" - mówi. "To nie musiało aż tyle trwać..."

John Tierney/New York Times News Service    

Tłum. Bartosz Rumieńczyk  

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: The New York Times | USA | ubóstwo | kara więzienia | kara

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje