Dlaczego Trump jest dobry dla Chin

Być może żadnemu krajowi nie oberwało się bardziej od Donalda J. Trumpa niż Chinom. Podczas kampanii prezydenckiej Trump brzmiał, jakby sprawienie, że Ameryka "znów będzie wielka", oznaczało pokonanie Chin.

Jednak znaczna część chińskiej opinii publicznej go popierała. A prezydent Xi Jinping był jednym z pierwszych przywódców, którzy mu pogratulowali. Xi w swoim przesłaniu do prezydenta-elekta wyraził nadzieję na porozumienie na bazie "wspólnych interesów" między dwiema największymi gospodarkami świata.

Reklama

Pekin oczekuje zmiany w Waszyngtonie. Dla Chińczyków era Obamy była najtrudniejszym okresem w historii stosunków amerykańsko-chińskich od czasu, gdy prezydent Richard M. Nixon odnowił wzajemne relacje w 1971 roku. "Azjatycki zwrot" administracji Obamy, z Hillary Clinton jako sekretarz stanu, opierał się na poskramianiu Pekinu i miał na celu wzmocnienie i powiększenie amerykańskiego systemu sojuszników w regionie Azji i Pacyfiku, przy jednoczesnym zwiększeniu tam swojej obecności wojskowej. Zwrot został wsparty programem gospodarczym - Partnerstwem Transpacyficznym (TPP), konającą dziś umową handlową stworzoną po części w zamiarze odizolowania Pekinu.

Od czasu zimnej wojny, od prezydenta Billa Clintona do prezydenta Obamy, Stany Zjednoczone próbują przekształcać świat na swój obraz i podobieństwo - budując amerykańskie imperium w imię globalizacji. Poprzez coraz większe i złożone sojusze oraz globalne instytucje, które misternie tkają USA, Waszyngton dąży do globalnej standaryzacji zasad handlu, finansów i stosunków międzynarodowych. Wykorzystuje swoją potęgę polityczną, gospodarczą i wojskową, by popychać inne kraje w kierunku demokracji wyborczej i rynkowego kapitalizmu.

Chiny się temu nie poddają. Choć Chińczycy wiele zyskali w tym okresie, to Pekin włącza się w globalizację na swoich własnych zasadach. Zyski Chin z globalizacji pomogły przemienić kraj w zaledwie jedno pokolenie z biednej gospodarki opartej na rolnictwie w potęgę przemysłową. Mimo to Pekin naciska na wzmocnienie swojego jednopartyjnego systemu politycznego i ogranicza  otwarcie własnego rynku.

To podejście sprawdza się w przypadku Chin. Gospodarka chińska rośnie zarówno w wielkości jak i technologicznym zaawansowaniu, tak szybko, że w umysłach wielu członków amerykańskiej elity jawi się jako największe zagrożenie w perspektywie długofalowej.

Jednak elity te zdają się nie rozumieć - a Trump tak - że w czasie gdy były skupione na zagrożeniu jakie Chiny miałyby stanowić dla kierowanego przez USA liberalnego porządku, rozkładowi uległy wewnętrzne amerykańskie podstawy polityczne. Skłonność amerykańskich elit do prób kształtowania świata według własnego upodobania, stworzyła konflikt w ich własnym kraju, między Amerykanami posiadającymi władzę i zwykłymi ludźmi. Amerykańskie imperium wzniesiono kosztem amerykańskiego narodu.

Globalizacja przynosiła korzyści bogatym i wpływowym Amerykanom, podczas gdy klasa średnia ulegała stagnacji lub się kurczyła. Przemysłowa podstawa kraju, gospodarczy kamień węgielny w powojennym świecie w postaci klasy średniej została zniszczona. Amerykańska infrastruktura jest w złym stanie, system edukacji radzi sobie znacznie gorzej niż się spodziewano, a amerykańska umowa społeczna znajduje się w rozsypce. Stany Zjednoczone to 4,5 proc. ludności świata i około 20 proc. globalnego produktu krajowego brutto, a mimo to odpowiadają za 40 proc. światowych wydatków wojskowych.

Możliwe że Chiny i USA czekają trudne dni z Trumpem w Gabinecie Owalnym. Choćby w obszarze stosunków handlowych.

Jednak w perspektywie długofalowej chińsko-amerykańskie relacje mogą stać się zdrowsze, ponieważ Chińczycy wolą związek ze Stanami Zjednoczonymi, które nie starają się zmieniać świata. Chińczycy wiedzą, jak konkurować i potrafią sobie radzić z konkurentami. Od zawsze jednak denerwowała ich Ameryka, która wszystkim wokół narzuca swoje wartości i standardy, i takiej się jej opierali.

Ameryka Trumpa najprawdopodobniej wyłamie się z tego schematu. Prezydent-elekt nie przejawiał do tej pory chęci, by mówić innym krajom, jak mają postępować. Chiny są rządzone przez kompetentnych przywódców, którzy są zdecydowani i pragmatyczni. Trump to stanowczy przedsiębiorca z niewielką  ideologiczną podbudową. Bez kajdan ideologii nawet najbardziej konkurencyjni rywale potrafią się dogadać. To nowy dzień dla najważniejszych stosunków dwustronnych na świecie.

Zwrot Obamy zawodzi. Nie udało mu się stworzyć bardziej pokojowego regionu Azji i Pacyfiku, i nawet najbliższy sojusznik USA w regionie - Filipiny - porzuca go. To było drogie światowe przedsięwzięcie kosztem amerykańskich interesów narodowych.   

Pekin nie żywi chęci rywalizowania ze Stanami Zjednoczonymi o światową dominację. Ale naturalnym jest, że stara się odzyskać wiodącą rolę w swoim sąsiedztwie Azji i Pacyfiku. Chiny pragną przestrzeni, by osiągnąć swoje cele rozwojowe. W tym samym czasie Ameryka z Trumpem jako prezydentem musi skupić swoją uwagę na odbudowie siebie samej.

Obecnie bardziej prawdopodobne niż w jakimkolwiek innym okresie we współczesnej historii jest, że w perspektywie długofalowej Ameryka Trumpa i Chiny będą współpracować.

Eric Li

2016 The New York Times

tłum. awt

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje