Dlaczego wciąż żyję w Strefie Gazy?

Jabaliya, Strefa Gazy - "Czy ty ciągle tam mieszkasz?” - słyszę pytanie. "A gdzie indziej miałbym mieszkać?" - odpowiadam.

Więcej tego samego oznacza, że będzie tylko gorzej - życie w Strefie Gazy opisuje palestyński pisarz i politolog Atef Abu Saif.

Reklama

Za każdym razem odbywam tę samą rozmowę, kiedy spotykam się z tym jednym palestyńskim przyjacielem we Francji. To samo pytanie, ta sama odpowiedź. Życie w Gazie jest trudne. Potem robi się coraz gorzej i myślimy, że to już jest nie do zniesienia. Wtedy robi się jeszcze gorzej.

Według danych Banku Światowego, bezrobocie wśród młodzieży w Strefie Gazy osiągnęło w 2016 r. 58 proc., a prawie 80 proc. z 2 milionów mieszkańców otrzymało zapomogę. Organizacja Narodów Zjednoczonych ostrzegła, że strefa ta może się po prostu zawalić. Pomimo porozumienia pojednawczego na jesieni, wciąż pozostaje napięcie pomiędzy Hamasem, grupą islamistyczną, która zarządza Strefą Gazy, a Fatah, który przewodzi Autonomią Palestyńską na Zachodnim Brzegu. Na początku marca tego roku wydarzyło się coś, co wyglądało na zamach na palestyńskiego premiera podczas podróży do Gazy, za który przywódcy Fatah obwiniają Hamas.

"Musi cię kusić, żeby stamtąd wyjechać" - mówi mój przyjaciel.

Kiedy tak wiele podstawowych rzeczy jest tak całkowicie poza twoją kontrolą, czasami masz ochotę się poddać, pożegnać się z krajem i przeszłością, i pozwolić Palestynie odejść. Problem w tym, że Palestyna nie pozwoli ci odejść.

Mój młodszy brat Ibrahim studiował literaturę angielską, mając nadzieję, że zostanie nauczycielem. Minęło dziewięć lat, odkąd ukończył szkołę i nadal nie znalazł etatu w edukacji. Niedawno rozpoczął pracę w firmie zajmującej się zakładaniem telewizji po tym, jak próbował sił jako reporter, tłumacz i kasjer w supermarkecie. Większość dnia spędza na ustawianiu anten satelitarnych dla klientów w obozie dla uchodźców w Jabaliya, w którym dorastał on, ja i pozostałe ośmioro rodzeństwa, i gdzie mieszka większość naszej rodziny. "To lepsze niż nic" - mówi. Wiele osób tutaj ma podobne podejście. 

Jestem wykładowcą nauk politycznych na Uniwersytecie Al-Azhar. Na mój wprowadzający kurs  uczęszcza niekiedy nawet 200 studentów. Kiedy pytam ich, co chcą zrobić po ukończeniu studiów, mówią: "nic". Kiedy spotykam byłych studentów po latach od ukończenia studiów i pytam ich: "co teraz robicie?", też odpowiadają: "nic." Nawet ci najmądrzejsi kończą bez pracy, albo przynajmniej bez jakiejkolwiek wizji kariery.

Jeden z moich obecnych studentów jest wyjątkowo zdolny - wiem, że w innym miejscu miałby przed sobą wspaniałą karierę w środowisku akademickim. Ale do tego musiałby prowadzić badania i występować zagranicą, ale nie może wyjechać. "Gniję w Gazie" - mówi. Od pięciu lat próbuje wyjechać, legalnie, przez przejście graniczne w Rafah do Egiptu. Ale granica jest zamknięta przez większość czasu - w ubiegłym roku została otwarta w sumie na nieco ponad 30 dni - a jego nazwisko nigdy nie trafiło na krótką listę osób, które dostają pozwolenie na wyjazd (podczas ostatniego otwarcia pod koniec lutego przeszło około 660 osób, większość z nich to pacjenci na leczenie).

Druga droga opuszczenia kraju prowadzi przez Erez do Izraela, a potem dalej do Jordanii. To jeszcze trudniejsze. Znowu potrzeba pozwolenia. Do niedawna najpierw trzeba było mieć zezwolenie od Hamasu. Potem pozwolenie z Izraela. A potem jeszcze z Jordanii. Mój student nigdy nie był w stanie uzyskać nawet pierwszego z nich.

"Może powinienem uciec na łodzi?" - pyta. Oczywiście żartuje: izraelska armia patroluje morze w Strefie Gazy tak bardzo jak granicę lądową. Wie, że będzie musiał cierpliwie czekać na swój czas, a tymczasem, podobnie jak reszta z nas, oswaja się z przeznaczeniem.

Niektóre rzeczy jednak w tym choć trochę pomagają. Jak plaża. Widok na morze o zachodzie słońca. Chociaż w zeszłym roku po raz pierwszy w życiu - a mam 45 lat - nie pływałem w morzu. Fale są wciąż piękne z daleka, podobnie jak widok rybaków, którzy niepewnie wyruszają o poranku w morze. Jednak teraz wejść do wody to jakby kąpać się w odchodach. Oczyszczalnie ścieków nie działają prawidłowo, co jest wynikiem dziesięcioletniej izraelskiej blokady w Gazie, niszczejącej infrastruktury i niedoborów energii elektrycznej. Zanieczyszczenia stanowią zagrożenie dla zdrowia na około 73 proc. linii brzegowej. Abu Aseel, mój sąsiad i przyjaciel, który ma kawiarnię na promenadzie, mówi, że ma coraz mniej klientów.

Wszystko to może wydawać się starą historią, w której nic się nie zmienia. Ale sytuacja nie uległa poprawie już tak długo, że nie da się pomóc, może być już tylko gorzej. Moja babka ze strony ojca, Aisza, została wydalona z Jaffy w 1948 roku, podczas tego, co Palestyńczycy nazywają "nakbą" lub "katastrofa", i od tego czasu nasze cztery pokolenia żyją jako uchodźcy w Jabaliya. Ograniczenia w Strefie Gazy dotknęły tu każde pokolenie - nawet umarłych.

Moja przyjaciółka Donia Ismael, poetka, odwiedzała krewnych w Egipcie, kiedy jej mąż - znany aktywista Bassam Aqra - dostał ataku serca. Nie mogła wystarczająco szybko wrócić do Gazy; granica też jest zamknięta w tym kierunku. Musiała więc pożegnać się z mężem po jego śmierci, patrząc na jego zdjęcie na ekranie telefonu komórkowego trzymanego przez jedno z ich dzieci.

Pamiętam Bassama, od kiedy dorastaliśmy: był jednym z najlepszych piłkarzy w naszym obozie; był naszym Maradoną, naszym Messim, naszym bohaterem. Mecze piłkarskiej były wielkim wydarzeniem. Graliśmy na małym, brudnym podwórku za bazarem. Od tego czasu rynek został wyprzedany, podobnie jak nasze place zabaw i sady pomarańczowe.

Pewnego dnia jechałem przez Remal, w zachodniej części miasta, z pięciorgiem moich dzieci. Nagle moja 5-letnia córka, Jaffa - której imię pochodzi od nazwy miasta, z którego przybyła moja babka Aisza - krzyknęła: "Tato! Tato! Pizza! Pizza!" i wskazała na sklep po drugiej stronie ulicy. Nie była głodna; po prostu widząc kawałek pizzy narysowany na szyldzie sklepu skojarzył jej się z kreskówką, którą wcześniej oglądała. Byłem bardzo podekscytowany, widząc, jak znajduje połączenia między obrazem a słowem. Przypomniało mi to pewien moment w trakcie wojny z Izraelem w 2014 roku, kiedy Jaffa, mająca zaledwie 18 miesięcy, też wypowiedziała nowe słowo po raz pierwszy. Pewnej nocy usiadła na materacu i, wskazując na ciemne niebo, powiedziała: "księżyyyyc".

Dzieci różnią się od nas dorosłych: potrafią znaleźć we wszystkim choć trochę radości. Sądzę, że Aisza uśmiechnęłaby się, widząc swoją prawnuczkę - mimo unoszących się nad nią dronów, mimo statków wojennych ustawionych się na horyzoncie, mimo ciągłych prowokacji przywódców politycznych  - krzyczącą przez okno samochodu na kawałek pizzy, myśląc o głupiej kreskówce.

To właśnie nadzieja Jaffy sprawia, że zostanę w Strefie Gazy. Ta nadzieja należy do tego miejsca, nie gdzie indziej. Należy do Palestyny.

Atef Abu Saif jest politologiem, wykładowcą nauk politycznych i autorem książki “The Drone Eats With Me: A Gaza Diary".
"The New York Times"
tłum.: DK

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje