​Dziel i rządź

Donald Trump /PAP/EPA

Poprzez krótkie, ale intensywne sprzeczki z ludźmi na Twitterze, Donald Trump i inni populistyczni liderzy zyskują kapitał polityczny - czytamy na łamach "The New York Times".

Reklama

Prezydent Stanów Zjednoczonych jest obecnie "naczelnym hejterem" kraju. Uderzanie w ludzi jest tym, co wychodzi mu najlepiej i sprawia mu największą radość. Jego ulubioną i najbardziej groźną bronią jest Twitter. Używa go obrażania ludzi i mediów.

Całkiem niedawno, bo 5 października Trump użył Twittera, aby skrytykować Komisję do spraw Wywiadu Senatu Stanów Zjednoczonych za to, że prowadzi przeciwko niemu śledztwo, zamiast śledzić działalność mediów. Wcześniej prezydent USA uderzył w burmistrz San Juan w Portoryko, Carmen Yulín Cruz, za to, że jest "słabym przywódcą". Przed kilkoma dniami obraźliwe tweety były kierowane do piłkarzy i właścicieli zespołów. Wcześniej był to jeszcze Stephen Colbert, przedtem senator John McCain, a na początku Sen Mitch McConnell. Lista jest długa.

Sprzeczki z ludźmi, którzy są na świeczniku, to de facto bardzo sprytna polityczna taktyka. Pogłębia ona bowiem polaryzację w kraju. A to działa na korzyść prezydenta. Te seanse nienawiści wobec różnego rodzaju gwiazd są częścią jego planu gry.

Reklama

Głównym celem hejtu jest podburzenie krytyków, tak, aby nienawidzili cię jeszcze bardziej. Obelgi zazwyczaj wywołują silne i stanowcze reakcje. W rezultacie Trump z powodzeniem wzbudza emocje i u swoich obrońców i u tych najbardziej zagorzałych przeciwników.

Wykorzystanie nienawiści jako taktyki prowokacyjnej może nie było dotąd zbyt popularne wśród amerykańskich prezydentów, jednak inni lubią takie rozwiązania. Szczególnie słyną z nich prezydenci wywodzący się z marksistów.

Jeśli chodzi o wojnę klas, prezydenci marksistowscy w istocie przyjmują politykę nienawiści do jednego sektora społeczeństwa, sektora prywatnego. Jeśli sektor prywatny reaguje, walcząc, prezydenci marksistowscy wygrywają politycznie, ponieważ mogą teraz przedstawić dowód na to, o co kłócą się przez cały czas - że kapitaliści są wstrętni.

Do siania nienawiści często uciekają się także prezydenci populistyczni. Populiści na swój cel obierają zawsze jakiś autorytet. Nie musi być to jednak kapitalista. Może to być ktoś z elit: starsi politycy, szanowani dziennikarze, renomowani profesorowie, członkowie duchowieństwa, guru polityki, gwiazdy, sportowcy zawodowi i - bo przecież dlaczego nie? - burmistrzowie z małych wysp.

Niektórzy z najbardziej znanych na świecie populistów w ostatniej dekadzie byli mistrzami w tej grze nienawiści. Recep Tayyip Erdogan w Turcji, Wiktor Orban na Węgrzech i Hugo Chávez w Wenezueli wykorzystywali lub wykorzystują nienawiść jako sposób polaryzacji, co zapewnia im wytrwanie na piastowanym przez siebie stanowisku.

Każdy z ich trójki zaliczał spadki w notowaniach. I wtedy właśnie sięgali do radykalizacji. Co to jest radykalizacja? W tym wypadku oznacza antysekularyzm w Turcji, postawy antyeuropejskie na Węgrzech i zakaz pluralizmu w Wenezueli. Ale oznaczało to również obrzucanie obelgami kluczowych postaci w ich krajach, w tym szanowanych postaci publicznych i gwiazd. Ataki miały za zadanie zaktywizować także opozycję i przeciwników, tak, aby oni też się zradykalizowali.

Chodzi o to, że kiedy opozycja przyjmuje skrajne stanowiska, paradoksalnie, może w ten sposób wpłynąć na rozbudowanie elektoratu prezydenta - dołączają do niego wtedy ci nieprzekonani. Zagorzali zwolennicy przyjmują wówczas narrację, która mówi: "Może i nasz prezydent ma jakieś wady, ale w porównaniu z ekscesami drugiej strony, to nic takiego". Umiarkowani, widząc poruszenie i skrajne postawy u opozycji, zaczynają zagorzałym zwolennikom wierzyć.

Normalny prezydent powiedziałby wówczas swoim najbardziej zagorzałym zwolennikom: "hej, wyluzujcie", ale "polaryzujący" prezydent potrzebuje tego ich szaleństwa i gniewu. Może wtedy ofiarować się jako ich obrońca. Ważne jest więc, aby zawsze łączyć swoje cele z ideologią wroga. Więc kiedy Trump zaatakował burmistrz Cruz, upewnił się, aby do wiadomości publicznej dotarła także informacja, że jest sterowana przez Demokratów.

Trump odkrył, jakie korzyści niosą za sobą utyskiwania opozycji. A ponieważ, wie, że jego elektorat jest mocno oparty nastrojach antyestablishmentowych, rozumie, że dostał swego rodzaju legitymację, aby stać się czołowym ikonoklastą Ameryki. Im bardziej wprowadza zamęt między ludzi i instytucje, tym bardziej jego twardy elektorat będzie zadowolony. To paliwo dla każdej populistycznej koalicji.

Z drugiej strony polaryzacja powoduje silne animozje, co jest ryzykowne dla każdego prezydenta. W obliczu tego ryzyka prezydent może dokonać zmiany kursu politycznego lub kultywować konflikt. Trump wybierze tę ostatnią opcję.

Ta narracja wymaga ciągłego podkreślania tego, jak głębokie są podziały. Dlatego prezydent w swoich nienawistnych tweedach lubi używać przekazu, za którym kryje się jedno zdanie: "jak śmiesz!".

W przypadku burmistrz Cruz Trump zastanawiał się, jak śmiała skrytykować, chociaż pracownicy jego administracji tak wiele zrobili dla Portoryko. Z kolei w sytuacji, kiedy doszło do sprzeczki z graczami NFL, przypomniał im, jak wielki przywilej mają, że zarabiają tak wiele pieniędzy.

Biorąc pod uwagę, że strategia przetrwania Trumpa opiera się na wprowadzaniu podziałów między ludzi, jego krytycy muszą nauczyć się starannie dobierać słowa. Muszą przyjąć jasne stanowisko, a jednocześnie unikać emocjonowania i taktyki eskalacji prezydenta, aby nie przyjmować w sporze roli, którą prezydent próbuje im przypisać.

Wiadomo jednak, że panowanie nad sobą jest bardzo trudne. W pewnym momencie niektóre z jego celów zrobią również coś nierozsądnego, a nawet ekstremalnego. Jeśli tak się stanie, zwycięzcą najprawdopodobniej będzie Trump.


(Javier Corrales, profesor nauk politycznych w Amherst College, jest współautorem książki "Smok w tropikach: dziedzictwo Hugo Cháveza w Wenezueli").

Javier Corrales/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy