Jak Ebola zmienia życie w Nigerii?

Ostatnio nie podajemy sobie dłoni. Nasz rząd radzi tego nie robić. W kraju, gdzie brak zwykłego "dzień dobry" jest poczytywany za niegrzeczność, a forma przywitania się jest rozbudowana i uzależniona od wieku, statusu społecznego, a nawet pogody - to poważna sprawa. Jeszcze miesiąc temu, po odbyciu zwyczajowych rytuałów powitalnych, długo ściskaliśmy swoje dłonie. Teraz, niekoniecznie. Strach przed Ebolą zmienia obyczaje.

Pierwsze ostrzeżenia przed uściskiem dłoni usłyszałem w kościele, trzy niedziele temu. Było to niedługo po tym, jak 20 lipca Patrick Sawyer, Liberyjczyk, wylądował w Lagosie, poszukując lepszej opieki medycznej w Nigerii. Zmarł pięć dni później, podczas gdy inni już byli zarażeni, a rząd Nigerii ogłosił, by unikać fizycznego kontaktu z chorymi na Ebolę, dbać o higienę i zostawić pochówek zmarłych przeszkolonym ekipom.

Rządowe ostrzeżenia zostały przekazane przez niemal każdą radiostację w kraju. Dodatkowo władze poprosiły o pomoc w informowaniu kościoły i meczety. Większość Nigeryjczyków jest głęboko religijna i nawet niewierzący uczęszczają na msze.

Reklama

Pracując z listą pasażerów i szpitalnymi informacjami na temat pacjentów władze szybko ustaliły, z kim miał styczność Sawyer i wysłały odpowiednio przeszkolone ekipy medyczne do osób zagrożonych zarażeniem. Dwieście osób zostało poddanych obserwacji przez 21 dni, czyli tyle, ile trwa okres inkubacji Eboli.

Bez chaosu i paniki

Władze dołożyły wszelkich starań, aby uniknąć chaosu i paniki, jaka wybuchła w Liberii. I mimo że rzadko mam okazję chwalić nigeryjski rząd, to muszę przyznać, że tempo i skuteczność reakcji w Lagos były wzorcowe. Wydaje się, że w 20 milionowej stolicy kraju Ebola została opanowana. Francuska agencja prasowa France-Presse podała, że 320 osób podejrzanych o kontakt z wirusem zostało wypisanych do domu, a pod obserwacją znajduje się nadal 41 osób.

Jednak stolica, jak i całym kraju, pozostaje w niepewności. Mimo środków ostrożności, jedna z pielęgniarek opiekujących się zarażonym Sawyerem opuściła słabo strzeżony oddział zakaźny i wyjechała na południe kraju, do Enugu. Jej nazwisko nie zostało podane do publicznej wiadomości, podobnie jak powody, dla których wyszkolona pielęgniarka nagle uciekła. Władzie miasta Enugu jednak zareagowały błyskawicznie. Ponad 20 osób, z którymi pielęgniarka mogła mieć styczność podczas podróży, zostało umieszczone pod obserwacją. Chociaż pielęgniarka, która najwyraźniej nie wiedziała, że jest zakażona, zmarła, to jak dotąd żadna z osób, mających z nią kontakt, nie zachorowała.

Mieszkańcy Port Harcourt - stolicy naftowej na południu kraju - nie mieli tyle szczęścia, a to z powodu innej zarażonej osoby, która opuściła oddział zakaźny w Lagos. W przeciwieństwie do pielęgniarki, ten pacjent najprawdopodobniej wiedział, że jest chory.  Według Światowej Organizacji Zdrowia lekarz, który się nim zajmował, zmarł 22 sierpnia. Jego żona, wraz z 3 miesięcznym dzieckiem, przyjechała do Lagos na leczenie i również zmarła - losy dziecka na razie są nieznane. Władze twierdzą, że człowiek, który opuścił szpital w Lagos, może być sądzony za zabójstwo. WHO potwierdza trzy przypadki zarażenia Ebolą w mieście, a 200 osób poddano obserwacji.

Kąpiele w słonej wodzie

Panika wywołana Ebolą, na którą nie znamy lekarstwa, jest zrozumiała. Obcokrajowcy z państw dotkniętych epidemią są traktowani z wysoką ostrożnością. Ostatnio policja w Lagos dokonała nalotu na hotel, po doniesieniu przez zaniepokojonych sąsiadów, i zatrzymała 39 osób, z czego 35 pochodziło z Republiki Demokratycznej Kongo, reszta z Senegalu i z Sierra Leone.

Pojawiły się także lekarstwa - placebo, takie jak tradycyjne zioła oferowane przez znachorów. Szczególnie osobliwym przypadkiem jest informacja, która podbiła lokalny internet, jakoby picie słonej wody i kąpanie się w niej było doskonałym środkiem prewencyjnym. Zaskakująco duża liczba osób dała temu wiarę. Jak na razie potwierdzono dwa przypadki zgonów wywołanych nadmiernym spożycie słonej wody, a dwadzieścia osób trafiło do szpitali.

Należy jednak przyznać, że ludzie zachowują względny spokój, chociaż są ostrożni. Często noszą ze sobą środki dezynfekujące ręce. Ostatnio oferowano mi taki środek w banku oraz w lokalnej kawiarence.

Ludzie nadal się boją

Bez wątpienia szybka reakcja władz rozbudziła rzadkie jak dotąd w Nigerii poczucie społecznej odpowiedzialności. Nawet rząd federalny, na co dzień pogrążony w korupcji i nie radzący sobie z rosnącym zagrożeniem islamistami, staje na wysokości zadania. Podczas obserwacji, jak władze radzą sobie z powstrzymaniem wirusa, w narodzie sceptyków pojawia się nadzieja, że rząd, który nie cieszy się zbyt wielkim zaufaniem, może rządzić dobrze, pod warunkiem, że chce.

Mimo to ludzie nadal się boją, że Ebola może wymknąć się spod kontroli. W tym tygodniu potwierdzono kolejny przypadek śmierci, tym razem w uniwersyteckim szpitalu w Lagos. Mówi się, że pracownicy medyczni, którzy zajmowali się pacjentem, nie przestrzegali specjalnych środków ostrożności.

Takie informacje burzą spokój. Co prawda Narody Zjednoczone publicznie chwalą Nigerię za opanowanie Eboli, jednak minister zdrowia przyznaje, że może pojawić się "kilka" nowych przypadków. W międzyczasie wszyscy trzymamy kciuki, smarujemy się środkami dezynfekującymi i jakoś dajemy sobie radę. A satyrycy prześcigają się w pomysłach na najlepszą alternatywę dla tradycyjnego uścisku dłoni.

Adewale Maja Pearce/© 2014 The New York Times

Tłum.: br


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje