Jak Europa może pomóc USA. I się obronić

Dotychczasowa reakcja Niemiec na wybór Donalda Trumpa była do przewidzenia: politycy i eksperci trajkoczą o tym, jak to Europa powinna wzmocnić swoje zdolności obronne. Coś o czym mówią już od lat.

Katastrofiści mają oczywiście trochę racji. Prezydent-elekt Trump wielokrotnie poddawał w wątpliwość artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego - obietnicę, że atak na jedno z państw członkowskich NATO zostanie potraktowany jak atak na wszystkich. I żądał od Europy i reszty amerykańskich sojuszników, by zaczęli więcej płacić za parasol ochronny jego kraju.

Jednak nie on pierwszy to powiedział. Ważni politycy amerykańscy niejednokrotnie mówili swoim europejskim odpowiednikom, że dni amerykańskiej hojności w ponoszeniu kosztów obronnych niedługo się skończą.

Reklama

Mówił to Barack Obama. Mówiła to Hillary Clinton. W przemówieniu z 2011 w Brukseli Robert M. Gates ówczesny sekretarz obrony mówił: "przyszli przywódcy USA - ci, dla których zimna wojna nie była tak kształtującym doświadczeniem, jak dla mnie - mogą uznać, że inwestycja Stanów Zjednoczonych w NATO się nie opłaca".

Bo dlaczego Amerykanie nie mieliby zmienić zdania na temat swoich zobowiązań? Różnice w wydatkach są ogromne - w 2015 roku państwa Unii Europejskiej z ich 550 milionami obywateli wydały 217 miliardów dolarów na obronę, podczas gdy USA z ich 320 milionami obywatelami wydały 560 miliardów dolarów. Nawet kryzys ukraiński i możliwość rosyjskiej ekspansji w kierunku Europy Wschodniej doprowadziły do jedynie niewielkich wzrostów w europejskich wydatkach na obronę. Niedawne zobowiązanie Niemiec do wydania dodatkowych 8,6 miliarda dolarów na armię do 2019 roku podnosi obronne wydatki Berlina do poziomu zaledwie 1,2 proc. produktu krajowego brutto - daleko od wymogu NATO, by kraje członkowskie przeznaczały na obronę 2 proc. ich PKB.

Jednak mimo tego całego powyborczego gadania w Berlinie i innych stolicach Starego Kontynentu prawdą jest, że w najbliższym czasie nie dojdzie tutaj do większych inwestycji obronnych. Europa po prostu nie jest w nastroju - ani gospodarczym, ani politycznym.

Na domiar złego w centrum przyszłorocznych kampanii wyborczych w Niemczech i Francji będą stosunki z Rosją. Będą one polem bitwy między domniemanymi miłośnikami pokoju i rzekomymi nieodpowiedzialnymi prowokatorami Putina.

Niemieccy socjaldemokraci będą próbowali skapitalizować strach przed wojną, domagając się zbliżenia z Rosją. We Francji nacjonalistka Marine Le Pen posunie się nawet dalej, wzywając do kulturowego sojuszu z imperium Putina jako formy wyzwolenia spod rządów brukselskiego establishmentu.

Pomijając względy polityczne, nawet jeśli Europejczycy zdecydowaliby się dokonać znacznych inwestycji w okręty wojenne, samoloty i technologię wojskową, skompletowanie całego wyposażenia zajęłoby dekady.

Dlatego musimy rozważyć inne sposoby na samoobronę. W rzeczywistości najlepszą opcję mamy tuz pod nosem: dzierżawę sprzętu od Stanów Zjednoczonych. Wyposażenie jest już na naszym terenie w postaci baz morskich, lotniczych i piechoty rozrzuconych po całej Europie. Zamiast pozwalać Amerykanom na ich wycofanie i zastępować własnymi, dlaczego by ich nie wynająć?

Ameryka dysponuje globalną siecią baz wojskowych, zaawansowanymi technicznie siłami specjalnymi, dronami i najnowocześniejszymi satelitami. Nie wspominając o 5 flotach  i 11 lotniskowcowych grupach uderzeniowych. Tylko czy potrzebuje tego wszystkiego? I czy ją na to wszystko stać? A może w ostatnich 15 latach USA zainwestowały zbyt dużo w potęgę stali? Najprawdopodobniej tak.

Dla porównania Europa ma tylko jeden klasyczny lotniskowiec, francuski Charles de Gaulle. Ale mogą z niego operować jedynie francuskie myśliwce. Włochy i Hiszpania mają po jednym okręcie desantowym, jednak ich pokłady przystosowane są tylko do startów pionowych. Wielka Brytania buduje dwa lotniskowce, ale do czasu gdy będą gotowe, kraj opuści zapewne Unię Europejską.

Czy Europa potrzebuje więcej stali, jeśli chce wesprzeć swoją "miękką siłę" siłą wojskową? Czy to może być powód, dla którego kontynent nie jest nawet stroną w genewskich negocjacjach na temat sytuacji w Syrii? Oczywiście, tak.

Europa pożyczała już amerykańskie muskuły wcześniej. W 1941 roku, po tym jak Winston Churchill zwrócił się o pomoc w walce z nazistowskimi Niemcami, Franklin D. Roosevelt podpisał Lend-Lease Act.

Na mocy tego porozumienia USA zaopatrywały Wielką Brytanię i innych aliantów w statki, samoloty bojowe i broń wszelkiego rodzaju. W zamian Waszyngton otrzymał prawo do korzystania z baz wojskowych tych krajów, zwłaszcza kontrolowanych przez Brytyjczyków terytoriów w Europie, Afryce i Azji. Ta polityka pomogła aliantom wygrać wojnę, a Stany stały się następcą Imperium Brytyjskiego.

Oczywiście, Europa nie ma dziś do zaoferowania imperium. Ale mogłaby zaproponować USA pieniądze i trochę przestrzeni. Ameryka pragnie wytchnienia od roli jedynego światowego policjanta i chciałaby wydawać więcej na inwestycje publiczne w infrastrukturę i edukację.

Stany Zjednoczone dźwigają krańcowo niesprawiedliwy ciężar wojskowy, jednocześnie wpędzając swoją młodzież w system kredytów studenckich. To nie jest ani sprawiedliwe, ani przyszłościowe. Czy nie moglibyśmy zawrzeć nowej umowy? Nazwijmy ją: Porozumienie Stal za Szkołę.

Jochen Bittner

2016 The New York Times

tłum. awt

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje