​Jak funkcjonalność Facebooka obróciła się przeciwko niemu

W 2007 roku młody Mark Zuckerberg stanął na scenie w San Francisco i ogłosił, że Facebook otwiera na oścież swoje drzwi - przypomina na łamach "The New York Times" Kevin Roose.

"Facebook nie będzie już dłużej zamkniętym oprogramowaniem, jak każda inna sieć społecznościowa. Zamiast tego stanie się otwartą platformą i zaprosi deweloperów do tworzenia aplikacji i programów" - powiedział.

Reklama

"Chcemy uczynić z Facebooka coś w rodzaju systemu operacyjnego" - dodał w rozmowie z reporterami.

Niewzruszeni użytkownicy

W tamtym czasie jego oświadczenie nie zwróciło większej uwagi osób spoza świata programowania. Deweloperzy szybko zaczęli pracować nad zabawnymi i dziwacznymi aplikacjami, które podłączono do Facebooka - wśród nich na przykład "Rendezbook" - aplikacja podobna do popularnego "Tindera", która pozwalała użytkownikom dopasowywać się nawzajem według "losowych rzutów", czy "CampusRank", dzięki której studenci mogli nominować swoich kolegów do nagród danego rocznika.

Później pojawiły się popularne gry jak "FarmVille", a aplikacje takie jak "Tinder" i "Spotify" zaczęły pozwalać swoim użytkownikom na logowanie się przy użyciu danych z Facebooka. W pewnym sensie był to uczciwy handel. Facebook wniknął głębiej w nawyki internetowe użytkowników, a zewnętrzni twórcy aplikacji uzyskali dostęp do dużej grupy odbiorców i cennych danych o swoich użytkownikach. Ogółem stworzono miliony aplikacji z otwartymi narzędziami platformy Facebooka.

Skandal wokół Cambridge Anlytica

Użytkownicy Facebooka pozostawali w obliczu tego w większości niewzruszeni. Oczywiście, aplikacje zbierały dane o ich życiu. Wydawało się to jednak wygodne i nieszkodliwe i - naprawdę - nikt nie przypuszczał, że coś mogłoby pójść nie tak.

Dzisiaj, ponad dekadę później, konsekwencje leseferystycznego podejścia Facebooka stają się jasne. W marcu "The New York Times" poinformował, że brytyjska firma doradczaa Cambridge Analytica nieprawidłowo przejęła prywatne dane na temat około 50 milionów użytkowników Facebooka i wykorzystała je do wpływania na wyborców podczas kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa w 2016 roku.

To, co stało się z Cambridge Analytica, z technicznego punktu widzenia nie było naruszeniem ochrony danych, ponieważ ta skarbnica informacji osobowych nie została skradziona z serwerów Facebooka. Przeciwnie, została swobodnie przekazana twórcy aplikacji z quizem osobowościowym na Facebooku nazwanym "thisisyourdigitallife" (tłum. to twoje cyfrowe życie).

Aplikacja opracowana przez profesora Uniwersytetu w Cambridge, zebrała dane o na temat 270 tysięcy osób, które ją zainstalowały, wraz z danymi o ich znajomych z Facebooka. Łącznie dotyczyło to 50 milionów osób. Profesor Alexander Kogan przekazał następnie zebrane dane do Cambridge Analytica.

Formalnie, tylko ten ostatni krok naruszył zasady Facebooka, które zabraniają sprzedaży lub przekazywania danych zebranych przez aplikacje firmom trzecim. Reszta to zwyczajny biznes. Aplikacje firm trzecich zbierają codziennie ogromne ilości szczegółowych informacji osobistych na temat użytkowników Facebooka, w tym dane dotyczące ich wieku, lokalizacji, stron, które polubili i grup, do których należą. Użytkownicy mogą zrezygnować z udostępniania określonych informacji, ale nie wiadomo, ilu z nich to robi.

Ten rodzaj szerokiego gromadzenia danych jest nie tylko dozwolony, ale również wspierany przez Facebooka, który chce utrzymać zadowolenie deweloperów budujących na platformie. Jak to mówią, pobłażliwość to cecha, nie błąd.

Jednak w obliczu incydentów takich, jak wyciek danych do Cambridge Analytica, niektórzy kwestionują koszty pobłażliwej polityki na wpływowej platformie z 2,2 miliardami zarejestrowanych użytkowników.

"To wydaje się po prostu szalone, że można podjąć przypadkowe decyzje dotyczące danych tak wielu osób" - powiedział Can Duruk, konsultant ds. technologii i inżynier oprogramowania. Dodał, że zasady Facebooka był "zbyt luźne jak na to, jakiego rodzaju dane pozwalali ludziom dostać".

Wiceprezes Facebooka przyznaje się do błędu

W poście z 19 marca Andrew Bosworth, wiceprezes Facebooka, przyznał, że takie myślenie mogło być błędem.

"Myśleliśmy, że każda aplikacja może być społeczna" - napisał Bosworth. "Twój kalendarz powinien zawierać wydarzenia i urodziny twoich znajomych, twoje mapy powinny wiedzieć, gdzie mieszkają twoi znajomi, a książka adresowa powinna pokazywać ich zdjęcia. To była rozsądna wizja, ale nie zmaterializowało się tak, jak się spodziewaliśmy" - dodał.

Pierwszy trop

Początkowy trop dotyczący możliwości niewłaściwego wykorzystania zewnętrznych narzędzi programistycznych Facebooka pojawił się w 2010 roku, kiedy moja koleżanka Emily Steel poinformowała na łamach "The Wall Street Journal", że firma śledząca ludzi w sieci - RapLeaf - zbierała dane zgromadzone przez aplikacje Facebooka tworzone przez firmy trzecie i i odsprzedawała je firmom marketingowym i konsultantom politycznym.

W odpowiedzi Facebook odciął dostęp do danych RapLeaf i powiedział, że "dramatycznie ograniczy" niewłaściwe wykorzystanie danych osobowych swoich użytkowników przez strony zewnętrzne.

Uniemożliwienie korzystania ze skarbnicy informacji przez "głodnych" danych programistów wciąż stanowiło jednak ogromne wyzwanie.

W 2015 roku Facebook, powołując się na zachowanie prywatności, usunął możliwość, dzięki której niezależni programiści mogli gromadzić szczegółowe informacje o znajomych użytkowników, którzy zainstalowali dną aplikację. Dane zebrane przez Cambridge Analytica, które zawierały tego typu informacje, zostały zebrane w 2014 roku, jeszcze przed zmianą. Facebook zabrał również narzędzia używane przez programistów do tworzenia gier i quizów, które "atakowały" użytkowników irytującymi powiadomieniami.

Podstawowe funkcje otwartej platformy Facebooka pozostają jednak nienaruszone. Wciąż istnieje wiele aplikacji firm trzecich, jak na przykład wspomniana "thisisyourdigitallife", zbierających intymne dane o użytkownikach Facebooka. Te dane nie znikają, a Facebook nie ma realnych możliwości powstrzymania przed dostaniem się ich w niepowołane ręce.

"Są w twoim domu, w twojej pracy, w twoim samochodzie"

Nie wszystkie otwarte dane są wykorzystywane nieodpowiedzialnie. Naukowcy i organizacje pozarządowe wykorzystały zewnętrzne narzędzia programistyczne Facebooka do reagowania na klęski żywiołowe. Wiele funkcji, na których internauci polegają - na przykład możliwość importowania swoich cyfrowych książek adresowych do nowych aplikacji obsługujących wiadomości - są możliwe tylko dzięki narzędziom umożliwiającym tworzenie ich przez strony trzecie znane jako interfejsy programowania aplikacji (ang. application programming interfaces, API).

"Wszystko, od czego jesteśmy zależni, korzysta z API" - powiedział Kin Lane, inżynier oprogramowania, który prowadzi stronę internetową o nazwie API Evangelist. "Są w twoim domu, w twojej pracy, w twoim samochodzie. W ten sposób platformy wprowadzają innowacje i robią fajne, ciekawe rzeczy" - dodał.

W przypadku Facebooka, pobłażliwa polityka w zakresie użytku danych była również dobra dla biznesu. Zewnętrzni deweloperzy stworzyli miliony aplikacji na Facebooku, dając użytkownikom więcej powodów do spędzania czasu na platformie i generowania większych przychodów z reklam. Ograniczenie dostępu do danych zmniejszyłoby przydatność Facebooka dla programistów i mogłoby zachęcić ich do tworzenia na konkurencyjnej platformie.

W tym kontekście jeszcze mniej zaskakujące jest to, że Alexander Kogan i Cambridge Analytica byli w stanie użyć głupiego quizu osobowości w celu zebrania informacji o milionach Amerykanów. Koniec końców, z jakiego innego powodu miałby istnieć ten quiz?

Kevin Roose / © 2018 New York Times

Tłum. JM

Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia Fakty.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje