​Jak Martin Schulz może pokonać Angelę Merkel

Przejął już kontrolę nad niemiecką lewicą. Czy będzie w stanie wysadzić z siodła także kanclerz Merkel?

Niemcy nigdy nie były w lepszej sytuacji. To jeden z najbardziej zdrowych i pławiących się w dobrobycie narodów na świecie. Zatrudnienie i eksport są na rekordowych poziomach. Wzrost zaufania konsumentów i pracowników jest wysoki. Kraj żąda szacunku na scenie globalnej, nie ze względu na swoją militarną potęgę, ale na ekonomiczną i moralną siłę, a kanclerz jest podziwiana.

Reklama

Więc jak człowiek z "lewej strony", którego agenda opiera się na ekspansywnym państwie opiekuńczym, a jego hasło brzmi zasadniczo: "Make Germany Fair Again" - nagle może mieć realną szansę na pokonanie kanclerz Angeli Merkel w wyborach powszechnych we wrześniu?

Martin Schulz, przeciwnik Merkel, ożywił partię socjaldemokratów w Niemczech niemal dosłownie w jedną noc. Nawet kilka miesięcy temu, zanim ogłosił swoją kandydaturę, partia miała około 20 procent poparcia i otrzymywało się ono na podobnym poziomie przez większość dekady. Dzisiaj jest to ponad 30 procent - to poważna manifestacja siły w rozdrobnionym krajobrazie politycznym, w którym skrajna prawica coraz bardziej się buntuje. Jeśli wybory miałyby się odbyć dziś, Schulz tylko o włos pokonałby Merkel.

Na pierwszy rzut oka jego sukces może być owiany tajemnicą. Schulz zadebiutował za granicą, jako członek, a ostatecznie szef Parlamentu Europejskiego - jednej z brukselskich instytucji, którą wielu Niemców uważa za elitarną.

Ale odpowiedź nie jest trudna do zrozumienia. Być może dlatego, że jest stosunkowo świeżą twarzą na krajowej scenie politycznej, był w stanie poruszyć dwie palące kwestie, na które politycy nie mieli wcześniej zbyt wiele czasu.

Po pierwsze, pomimo niesamowitych wyników gospodarczych w ciągu ostatnich 20 lat, wielu Niemców martwi się, że nie wszyscy na równi na tym skorzystali. Niemcy, dużo bardziej niż obywatele krajów anglo-amerykańskich, postrzegają rozwój kraju jako wspólne dobro narodowe. A to, co państwo musi zapewnić swoim obywatelom, jest sprawiedliwie rozprowadzane.

I to jest druga kwestia. Czy państwo nadal służy swoim obywatelom i chroni ich interesy?  

Te idee były pewnikiem jeszcze dwie dekady temu. Niemcy były nadzorowane przez dwie dominujące partie polityczne, które w szerokim porozumieniu zgodziły się, że potrzeba silnego państwa, pomocy społecznej i zazwyczaj dostarczały te dobra.

Tego już nie ma. W oczach wielu, siły napędowe, które odpowiadały za wzrost w epoce neoliberalnej po upadku muru berlińskiego, były chciwe, egoistyczne i społecznie nieodpowiedzialne. Te wady zaczęły najbardziej doskwierać w trakcie kryzysu finansowego. Łatwo przeoczyć wpływ, jaki miał on na Niemcy, ponieważ przez poprzednie kryzysy przeszły one płynnie i bez szwanku.

Jednak Niemcy nie były zbyt szczęśliwe. Choć rząd wykupił banki krajowe z pieniędzmi podatników, bankierzy, którzy spowodowali kryzys, otrzymali premie. Straty zostały spersonalizowane, a zyski sprywatyzowane.

Niemcy jeszcze nie zdążyli tego przetrawić, gdy Merkel podjęła kolejny krok: decyzję o przyjęciu miliona uchodźców i migrantów w 2015 roku. Decyzje motywowana była hojnością, altruizmem i odpowiedzialnością społeczną - wszystko to jest oczywiście bardzo szlachetne, ale zrobiono to bez wyraźnego powodu.

Dla przeciętnego obywatela sytuacja ta sprowadza się do jednego pytania: kiedy we wszystkich tych latach państwo tak naprawdę chroniło też moje interesy?

Niemiecki instytut Allensbach udowodnił, że od lat osiemdziesiątych wyraźnie spadła liczba osób, które optymistycznie oceniają przyszłość. Obniżyła się ona od 60 do zaledwie 34 procent. Badacze uważają, że brak optymizmu wynika z trudności związanych z przyjęciem tak dużej ilości uchodźców naraz.

Obawy, jak twierdzą psycholodzy, mają tendencję do uogólnienia. Jeśli martwisz się zbytnio obcokrajowcami, prawdopodobnie będziesz też obawiać się kryzysu gospodarczego.

Dla jasności - to nie oznacza, że Niemcy są ksenofobami, czy anty-Europejczykami. Ale dlatego program Schulza i socjaldemokratów trafił w czuły punkt.

"Ludzie zaczęli postrzegać zjawisko globalizacji i problem uchodźców jako ataki na ich własne życie i wartości" - wyjaśnia jeden z socjaldemokratów. "Spodziewaj się kampanii wyborczej emocjonalnej, skupiającej się na sprawiedliwości, miłości i uczuciach" - dodał.

To właśnie w taki sposób polityka społeczna miesza się polityką tożsamości. Moralność ma znaczenie. Tym większe, im bogatszy staje się naród. Im więcej nierówności zostanie rozwiązanych i wyeliminowanych, tym bardziej uwypuklają się pozostałe nierówności.

Merkel również zaczęła mówić o tych wyzwaniach, ale idzie w ślady Schulza. Zmagała się ze swoimi wcześniejszymi decyzjami politycznymi i wrażeniem, że jest jedynie pragmatyczna i gotowa do zmiany kierunku wtedy, gdy tak dyktują sondaże.

Schulz, jako człowiek z Brukseli, nie ma takiego bagażu, ani też nie zmagał się z dużą konkurencją wśród przywódców socjaldemokratycznych, z których wielu było skazanych na rolę partnerów, którzy niewiele mają do powiedzenia w koalicji z Chrześcijańskimi Demokratami Merkel.

I choć dla niektórych jego służba w Parlamencie Europejskim może zaburzyć jego wizerunek,  Schulz jest w stanie przekroczyć cienką granicę.

Większość Niemców nadal wierzy w europejską jedność - po prostu chcą być poprowadzeni przez kogoś, kto zadba o ich interesy. "Martin" i "Donald" nie mogliby się różnić bardziej  charakterami, ale w tym względzie Schulz z pewnością wyciągnął lekcję z niedawnych wyborów w Stanach Zjednoczonych.

Schulz jest "serdecznym Europejczykiem" i  broni integracji europejskiej jeszcze bardziej emocjonalnie niż Merkel. Jednocześnie dąży do tego, aby ludzie poczuli się w swoim własnym kraju jak w domu.

Tak, część poglądów Schulza może wydawać się nacjonalistyczna. Ale może to być także socjaldemokracja wyjęta z zamrażarki, gdzie została umieszczona przez neoliberalną lewicę w latach 90. XX wieku.

Główną przesłanką Merkel z minionych lat było: "Będę bronić innych", hasło kampanii Schulza brzmi: "Będę bronił nas".

(Jochen Bittner jest redaktorem politycznym tygodnika Die Zeit i publicystą).

Jochen Bittner/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy