Jak rezygnujemy z prywatności w sieci

Powiedzmy, że natknęłaś się w sieci na wyprzedaż ręcznie szytych, doskonałych na wiosnę espadryli. Zaczynasz więc od założenia konta na stronie sklepu, podając swój adres mailowy - jednak zanim skończysz, dzwoni twój telefon. Sms. Czytasz go i odpowiadasz. Potem wracasz na stronę sklepu, podajesz swoją datę urodzenia, zaznaczasz “K" dla kobiety, zgadzasz się na regulamin serwisu i wreszcie kupujesz upragnione buty.

Ale chwila: na co się przed chwilą zgodziłaś? Czy naprawdę chciałaś ujawnić informacje tak krytyczne, jak data urodzenia i adres mailowy?

Większość z nas podejmuje tego typu decyzje codziennie. Jesteśmy popędzani i rozpraszani, i nie przykładamy należytej uwagi do tego, co robimy. Często przekazujemy własne dane w zamian za ofertę, której nie jesteśmy się w stanie oprzeć.

Niepokojące wyniki badań

Reklama

Alessandro Acquisti, ekonomista behawioralny z Carnegie Mellon University w Pittsburghu, bada, w jaki sposób dokonujemy tych wyborów. Dzięki serii prowokacyjnych eksperymentów dowiódł, że bez względu na to, jak bardzo twierdzimy, że cenimy sobie ochronę naszej prywatność, mamy skłonność do niekonsekwencji w tej kwestii.

Acquisti jest pionierem w tym dopiero kształtującym się obszarze badań. Wyniki jego eksperymentów są często niepokojące: obecnie bada, w jaki sposób serwisy społecznościowe ułatwiają pracodawcom nielegalną dyskryminację podczas rekrutacji nowych osób.

40-letni badacz uważa się za obserwatora trzymającego lustro, w którym odbijają się te nasze wady, których sami często nie widzimy.

“Czy ludzie powinni się niepokoić? Nie wiem" - mówi wzruszając ramionami - "Moja rola nie polega na mówieniu ludziom, co mają robić. Moja rola to wyjaśnianie, dlaczego robimy pewne rzeczy i jakie mogą być tego konsekwencje. Każdy musi decydować za siebie".

Ci, którzy śledzą jego pracę, mówią, że ma ona istotne, polityczne znaczenie z punktu widzenia prawodawców w Waszyngtonie czy Brukseli, którzy analizują sposoby, w jakie przedsiębiorstwa wykorzystują dane osobowe zgromadzone od użytkowników. Wyniki badań interesują także firmy prywatne: Microsoft Research i Google zaoferowały Acquistiemu stypendia naukowe.

Nie zawsze działamy w swoim interesie

Ogólnie jego eksperymenty dowodzą, że gdy chodzi o kwestie prywatności, prawodawcy powinni dokładniej rozważyć rzeczywiste zachowania ludzi. Z badań wynika bowiem, że nie zawsze działamy w naszym najlepszym interesie. Łatwo nas zmanipulować, choćby tym, w jaki sposób prosi się nas o dane osobowe. Nawet coś tak niewinnego, jak zabawnie zaprojektowana strona internetowa, może nas skłonić do ujawnienia większej ilości informacji na nasz temat niż ta, która wygląda poważniej.

“Jego praca pomaga nam dowiedzieć się jak irracjonalni jesteśmy, gdy podejmujemy decyzje związane z ochroną prywatności" - mówi Woodrow Hartzog, adiunkt prawa na Samford University w Birmingham - "Okazuje się, że pokładamy zbyt dużą wiarę w naszą zdolność decydowania".

To być może najistotniejszy wkład Acquistiego do debaty na temat prywatności. Próby naprawy naszego nieszczelnego systemu ochrony danych mają tendencję do skupiania się na przejrzystości i kontroli - przekonaniu, że naszą największą nadzieją jest wiedza, w jaki sposób wykorzystywane są nasze dane i możliwość wyboru, czy chcemy w tym uczestniczyć. Jednak badania rzucają wyzwanie tej powszechnej mądrości. Danie użytkownikom kontroli może być istotnym krokiem naprzód, ale może być także jedynie iluzją. (...)

Technologia inwigilacji

Acquisti opisuje siebie jako fana technologii. Był wczesnym i oddanym użytkownikiem Friendstera i Second Life. Ale podczas gdy sieć dojrzewała i ulegała komercjalizacji, on z coraz większym niepokojem patrzył na usługi internetowe, które wymagały podania prawdziwych danych. Kwestionował zasadę, że firmy muszą śledzić zachowanie użytkowników w sieci, by móc przypisać im odpowiednie reklamy.

Dość szybko zdał sobie sprawę z tego, że choć klienci utrzymują, że chcą, by ich prywatność była chroniona, nie chcą za to płacić. Dlatego, by jasno myśleć o prywatności, technolodzy muszą lepiej zrozumieć ludzkie zachowanie.

“Siedzący we mnie technolog kocha wszystkie te rzeczy, które możemy robić dzięki internetowi" - mówi - "Natomiast indywidualista, któremu zależy na wolności, jest zaniepokojony możliwością przemiany technologii - z technologii wolności na technologię inwigilacji".

Dwa dolary za zawartość koszyka

Próbując dowiedzieć się, jak klienci określają wartość własnej prywatności, Acquisti wysłał grupę studentów do centrum handlowego na przedmieściach Pittsburgha. Części klientów studenci oferowali kartę rabatową na 10 dolarów plus dodatkową na dwa dolary w zamian za dane na temat ich zakupów. Połowa zrezygnowała z bonusowej oferty - najwyraźniej nie mieli zamiaru ujawniać zawartości swojego koszyka z zakupami za jedyne dwa dolary.

Drugiej części klientów studenci proponowali inny wybór: kartę rabatową o wartości 12 dolarów i możliwość jej wymiany na 10-dolarową, jeśli chcieliby zachować dane na temat swoich zakupów w tajemnicy. Co ciekawe, tym razem 90 procent kupujących zdecydowało się wziąć kartę rabatową o wyższej wartości, nawet jeśli oznaczało to udostępnienie informacji o tym, co przed momentem kupili.

Dzięki eksperymentowi Acquisti zidentyfikował sztuczki, które robi nasz mózg. Jeśli coś posiadamy - w tym przypadku prawo własności naszych danych - jesteśmy bardziej skłonni to cenić. Jeśli jednak nie mamy czegoś na samym początku, jest mało prawdopodobne, że poniesiemy dodatkowe koszta, by to zdobyć. Kontekst ma znaczenie.

Znaczenie ma także to, jak definiujemy ochronę prywatności. Obowiązująca wersja opiera się na idei, że klienci dokonują inteligentnych wyborów. Na niedawnej konferencji w San Francisco Erin Egan, odpowiadająca za politykę prywatności w Facebooku, zdefiniowała ją jako "rozumienie tego, co dzieje się z twoimi danymi i posiadanie zdolności kontrolowania tego procesu".

Acquisti uważa jednak, że posiadanie kontroli to fałszywe pocieszenie. "To, co mnie niepokoi" - mówi - "to fakt, że przejrzystość i kontrola są pustymi słowami, które są wykorzystywane, by przepchnąć odpowiedzialność na użytkownika za problemy, które stwarza ktoś inny".

Tracimy kontrolę nad własnym zachowaniem

Poza tym poczucie kontroli może być podważane na różne sposoby, głównie przez rozpraszacze - to one płatają naszemu mózgowi największe figle.

W kolejnym badaniu Acquisti podzielił wybranych studentów Carnegie Mellon na dwa zestawy, po dwie grupy każdy. Wszystkie grupy poproszono o ocenę profesorów oraz rozdano dodatkowe pytania na temat ściągania. Połowie badanych z pierwszego zestawu powiedziano, że ich odpowiedzi zobaczą jedynie inni studenci. Natomiast drugiej połowie, że odpowiedzi zobaczą nie tylko inni studenci, ale także członkowie wydziałów. Jak można się było spodziewać, pierwsza grupa była bardziej otwarta i szczera w swoich odpowiedziach niż druga. Uczestnicy badania z pierwszego zestawu wydawali się zatem zwracać uwagę na to, kto przeczyta ich odpowiedzi.

Drugiemu zestawowi studentów Acquisti dał identyczny kwestionariusz, ale tym razem zdecydował się na pewną sztuczkę. Po ponownym wytłumaczeniu reguł i procedur zadał niezwiązane z tematem pytanie: czy studenci chcieliby otrzymywać informacje z serwisu uczelni? Ten mały rozpraszacz miał duży wpływ - tym razem obie grupy były praktycznie tak samo otwarte przy udzielaniu odpowiedzi.

Czy rozpraszacz sprawił, że zapomnieli o regułach? Nie. Podczas końcowych wywiadów doskonale pamiętali zasady, ale zachowali się tak, jakby ich nie pamiętali.

“Gdzieś w mózgu plącze ci się o tym informacja" - tłumaczy Acquisti - “Ale jakoś nie zwracasz na nią uwagi".

Skomplikowane kompromisy

Nieustannie jesteśmy zmuszani do podejmowania decyzji dotyczących prywatności wśród mnóstwa rozpraszaczy - maili, powiadomień z Facebooka czy smsów. Jeśli Acquisti ma rację, mogą one utrudniać nam obronę prywatności.

Nasze nawyki przeglądania stron internetowych, to, czego szukamy w sieci, komunikacja mailiowa ujawniają skrawki informacji, które mogą być gromadzone przez firmy zajmujące się zbieraniem danych, zazwyczaj w celu określenia, które produkty najprawdopodobniej kupimy. Facebook może być szczególnie cenny także dla złodziei tożsamości, zwłaszcza gdy data urodzenia użytkownika jest ogólnie widoczna.

Czy to oznacza, że fejsbookowicze powinni kłamać na temat tego, kiedy się urodzili (i łamać tym samym regulamin Facebooka)? Acquisti zaprzecza. Mówi tylko, że potrzebne są “skomplikowane kompromisy".

“Na swoim profilu ujawniam datę urodzenia i miejsce zamieszkania. Jaki może być tego skutek? Złodziei może odtworzyć mój numer ubezpieczenia społecznego i ukraść moją tożsamość. Ale może być też tak, że ktoś po prostu wyśle mi wiadomość z życzeniami na urodziny, która sprawi mi przyjemność".

Somini Sengupta

New York Times News Service

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: internet

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje