Jesteś popularny w sieci? Możesz na tym zarobić

Dobrze, że media społecznościowe nie istniały w erze bohaterów serialu "Mad Men". Don i Peggy szybko by zbankrutowali.

Marki i reklamodawcy szukają sposobu na dotarcie do szerokiej publiczności poza ekranami telewizorów i stronami magazynów, dlatego coraz częściej zwracają się do ludzi popularnych na portalach społecznościowych, by za odpowiednie wynagrodzenie lokowali produkt na swoich profilach. Gwiazdy mediów społecznościowych przekonują się natomiast, że praca jako pośrednik między marką a internautami może być całkiem lukratywna - czasem nawet dostarczając wystarczająco dużo pieniędzy, by starczyło na utrzymanie.

Filmiki zamiast szkoły

Robby Ayala rzucił szkołę prawniczą, by skupić się na swojej karierze twórcy krótkich filmów wideo w serwisie Vine. Dziś publikuje kilka głupkowatych 6-sekundowych nagrań dziennie dla rzeszy 2,6 miliona obserwujących go internautów. Zeszłego lata skontaktowała się z nim Niche. Firma chciała zlecić mu zrobienie krótkiej reklamy dla nowej aplikacji tekstowej GroupMe i umieszczenie jej na jego profilu tak, by dotarli do niej jego subskrybenci.  

Reklama

Ayala zrobił krótki skecz, w którym sam wykorzystywał GroupMe, by przesłać znajomym tzw. "słit focię". Przyjął ofertę pracy, za którą dostał kilka tysięcy dolarów. Do tej pory ani razu nie żałował swojej decyzji.

"Zauważyłem, że mogłaby to być bardziej moja praca, a nie tylko hobby" - mówi.

Zrób nam reklamę

Ayala i jemu podobni dołączyli do długiej listy nowatorów, którzy znaleźli sprytny sposób, by stworzyć własny biznes na istniejących już portalach i platformach - często zanim jeszcze one same odkryły, jak na sobie zarabiać. Na przykład pierwsze dni iPhone’a, Facebooka i Twittera zostały ukształtowane przez aplikacje stworzone konkretnie dla tych produktów i usług.

Dziś reklamodawcy pukają do znanych osobowości w należącym do Twittera serwisie Vine, by tworzyli mikroreklamy dokładnie w takim samym duchu i stylu, który zdecydował o popularności ich profilów w pierwszej kolejności.

Ayala stał się rozpoznawalny na Vine dzięki kręceniu humorystycznych skeczy z przyjaciółmi i rodziną, które wykorzystywały jego chłopięcy wygląd i żarty sytuacyjne. W listopadzie dołączył do Niche na pełny etat jako menedżer kreatywny. Jak sam mówi, obecnie służy radą użytkownikom Vine, którzy chcą tworzyć własne nagrania, a także kręci filmiki dla reklamodawców.

Obecnie Niche łączy w sobie funkcje agencji: reklamowej i wyłapującej talenty - kojarzy gwiazdy mediów społecznościowych z marketingowcami i reklamodawcami, którzy chcą dotrzeć do młodych ludzi zamieszkujących określone rejony Internetu. Użytkownicy ci tworzą później posta - np. zdjęcie na Instagramie czy nagranie na Vine - dotyczącego danej firmy czy produktu, jak ubranka dla dzieci lub napój dla sportowców, i zamieszczają go na swoich profilach, aby obserwujący je ludzie mogli go polubić i skomentować.

Niche utrzymuje, że ma dostęp do około 3 tysięcy kont na portalach społecznościowych z ogólnym zasięgiem 500 milionów subskrybentów. Agencja współpracowała już z około 70 markami, w tym Home Depot, General Electric czy Gap Kids.

Jak zapowiedzieć film?

Liz Jones, wiceprezes zarządu ds. marketingu cyfrowego w Relativity EuropaCorp Distribution, firmy produkującej filmy pełnometrażowe i programy telewizyjne, mówi, że Niche była jednym z wielu pośredników, których używała, by zaprezentować ofertę swojej firmy - nowy film dla dzieci "Earth to Echo".

Studio zorganizowało grupie popularnych użytkowników Vine i Instagrama wiele atrakcji związanych z filmem, m.in. spotkanie z gwiazdami "Earth to Echo". Relacje z wyjazdu pojawiły się potem na ich profilach w serwisach społecznościowych.

Jones chciała dotrzeć do młodych użytkowników “w sposób właściwy dla ich świata, a nie poprzez standardowe reklamy".

Chciała się upewnić, że "Earth to Echo", w którym nie grały żadne gwiazdy z pierwszych stron gazet, nie przejdzie niezauważone przez target, do którego film jest skierowany.

"Wierzę w tzw. marketing wpływu" - mówi - "Czyli, efekt tego, że ktoś powie ci, że coś jest fajne i że powinieneś to polubić".

Wrzucane w efekcie tej akcji posty na Vine i Instagrama bezpośrednio korelowały ze szczytami odwiedzin na stronie filmu w Wikipedii i częstszym odtwarzaniem traileru na YouTube. Właśnie to Jones chciała uzyskać.

"To wszystko, co chciałam w tamtej chwili osiągnąć" - mówi - "Po prostu wzbudzić ciekawość nastolatków - żeby - jeśli wcześniej nic nie wiedzieli filmie - sprawdzili, o co chodzi i zaczęli o nim mówić".  

Fabryka reklamy

Rob Fishman, jeden z założycieli Niche, opisuje swoje usługi jako "naturalną fabrykę reklamy", ponieważ generowane w ten sposób posty - w istocie reklamowe - wyglądają dokładnie tak, jak oryginalna zawartość danego profilu.

"To nie jest odosobniony, w jakiś sposób wyszczególniony post - on sprawia wrażenie, jakby to było jego naturalne środowisko" - mówi.

Reklama natywna to najszybciej rozwijająca się obecnie gałąź reklamy, zwłaszcza na urządzeniach mobilnych. Formuła wzbudza jednak wątpliwości w szeregach federalnych agencji regulacyjnych, które próbują ustalić, jak materiał sponsorowany, który zaciera granicę między oryginalną treścią a reklamą, powinien zostać oznaczony.

Amerykański rząd już teraz wymaga, by artykuły sponsorowane, opłacone wyniki badań i promowane posty były jako takie oznaczone. Nie ma jednak na razie konkretnych wskazówek, jak takie oznaczenia miałyby wyglądać. (...)

W przypadku Niche posty zazwyczaj zawierają komentarz lub hashtag odnoszący się do firmy, którą promują. Nie ma jednak żadnej informacji, że dane wideo jest reklamą. Fishman mówi, że firma zachęca społecznościowych celebrytów, którzy uczestniczą w akcjach, by używali zwrotów typu: "współpracuję z" lub hashtagów  #sponsorowane lub #reklama.

Sieć wygrała z drukiem

35-letni Jethro Ames z San Diego zbudował swoją karierę na reklamach drukowanych i logach. Z czasem zaczął jednak robić animacje poklatkowe i umieszczać je w serwisie Vine. Ostatecznie zapotrzebowanie na autorskie, wystylizowane filmiki przerosło jego tradycyjną pracę w druku, dlatego z niej zrezygnował. Obecnie na pełny etat pracuje w mediach społecznościowych. Przerobił nawet dwustanowiskowy garaż w swoim domu na studio produkcyjne dla swoich internetowych kreacji.  

Wiele jego filmików zamieszczanych jest na profilu marek, z którymi współpracuje, m.in. Home Depot, co nie pozostawia wątpliwości, że służą promowaniu firmy.

"Ludzie nie siedzą już przed telewizorami i nie czekają, aż ktoś wyświetli im reklamy" - mówi - "To co ich interesuje oglądają przez Internet, albo nawet przez Twittersphere. Ta forma komunikacji ma moc".

Czas Dona Drapera minął

Fishman ujawnia, że kampanie reklamowe poprzez Niche mogą kosztować od 500 do nawet 50 tys. dolarów. Zazwyczaj jednak to kwota czterocyfrowa. Ames nie zdradził swojego wynagrodzenia, ale dodał, że osoby publikujące reklamy w serwisie Vine mogą zarobić rocznie nawet 300 tys. dolarów.

Samo Niche też nieźle zarabia. Firma, która od San Francisco do Nowego Jorku zatrudnia tylko kilkanaście osób, wygenerowała 1,5 miliona dolarów dochodu od czasu powstania w czerwcu zeszłego roku. Fishman szacuje, że do końca roku kwota ta wzrośnie do 4 milionów dolarów. (...)

Jak mówią założyciele Niche, firma chce tworzyć przyszłość reklamy na urządzeniach mobilnych.

Marki "nie muszą płacić Donowi Draperowi" za drogie reklamy w druku i w telewizji. "My je dla nich stworzymy" - zapowiada Fishman.

Jenna Wortham

The New York Times News Service

Śródtytuły od redakcji INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje