Komu potrzebne jest NATO?

Pytanie o dalszy sens istnienia NATO należało postawić tuż po zakończeniu Zimnej Wojny. Dziś polityka Sojuszu staje się coraz bardziej oderwana od rzeczywistości - czytamy w "The New York Times".

Żaden Europejczyk nie powinien być zaskoczony pełnymi goryczy słowami, które w zeszłym tygodniu wypowiedział w Brukseli Robert Gates, ustępujący ze stanowiska sekretarz obrony USA. Amerykanie utyskują na niedociągnięcia swoich europejskich partnerów w NATO niemal od dnia powstania Sojuszu w 1949 r.

Reklama

"Ponieważ byli tam nasi żołnierze, Europejczycy nie wywiązali się ze swoich powinności" - powiedział swego czasu prezydent Eisenhower (odnosząc się do sytuacji na europejskich frontach II wojny światowej - przyp. tłum.). "Nie mają ochoty poświęcać się i wysyłać swoich wojsk we własnej obronie."

Na tym jednak nie koniec. O ile w relację USA-Europa w ramach NATO od początku była wpisana wątpliwa transakcja, to dawniej cel istnienia Sojusz był przynajmniej jasny.

Dziś, jeśli Amerykanie zapytają, dlaczego mają ponosić trzy czwarte kosztów związanych z funkcjonowaniem NATO, i to w dobie "politycznie dotkliwych cięć w budżecie i w zasiłkach" (by użyć słów Gatesa), Europejczycy mogą odpowiedzieć im innym, bardziej egzystencjalnym pytaniem: jaki w ogóle sens ma jeszcze ta organizacja? Komu potrzebne jest NATO?

Chwalebna przeszłość

Dawno, dawno temu odpowiedź była prosta. Celem NATO, mawiał baron generał Ismay, pierwszy sekretarz generalny Sojuszu, było "trzymać Rosjan z dala, Amerykanów jak najbliżej, a Niemców - pod kontrolą" (gdybyż tylko dzisiejsi funkcjonariusze publiczni wykazywali się taką siłą charakteru i szczerością!).

To, czy Amerykanie istotnie chcieli zostać w Europie, budziło pewne wątpliwości. Było rzeczą powszechnie zrozumiałą, że po 1945 r. wojska USA mogą wycofać się ze Starego Kontynentu, podobnie, jak po 1918 r. Nie brakowało ludzi takich, jak senator Robert Taft - wówczas jeden z czołowych polityków republikańskich - którzy sprzeciwiali się amerykańskiemu członkostwu w NATO. "Pokój, handel i uczciwa przyjaźń ze wszystkimi narodami" - radził Amerykanom Thomas Jefferson w swoim pierwszym inauguracyjnym wystąpieniu - "i żadnych wymagających zaangażowania sojuszy". A jaki sojusz, jeśli nie NATO, wymagał takie właśnie zaangażowania?

Większość Amerykanów godziło się jednak z tym, że "trzymanie Rosjan z dala" było warte swojej ceny, co oznaczało, że Stany Zjednoczone przyszło wziąć na siebie nieproporcjonalną część związanych z tym kosztów. Było to nie tylko zrozumiałe, ale też nieuniknione. Pod koniec wojny USA były zdecydowanym zwycięzcą, który w porównaniu ze zdewastowaną Europą poniósł względnie niewielkie straty w ludziach i straty materialne. Do tego doszedł niewiarygodny boom gospodarczy, wywołany postępem technicznym, jaki dokonał się w wojennych latach. Na tym tle kiepska kondycja finansowa Europy była jeszcze bardziej widoczna.

W ciągu powojennego okresu, który Francuzi nazwali "les trente Glorieuses" (trzydzieści wspaniałych lat), a Niemcy - "Wirtschaftswunder" (cud gospodarczy), Europa Zachodnia doświadczyła swojej własnej gospodarczej transformacji. Temu cudownemu rozwojowi wolnego rynku w Europie towarzyszyło powstanie silnego systemu opieki społecznej.

Według europejskich standardów, USA zapewniały swoim obywatelom świadczenia w najbardziej szczątkowej formie, i tak jest do dzisiaj. Prezydent Obama walczył o akceptację dla takiego systemu opieki zdrowotnej, który - nawet w swojej najpełniejszej formie - zostałby odrzucony przez większość konserwatywnych europejskich ugrupowań jako zbyt "prawicowy". A mimo to i tak, finansując NATO, Amerykanie bezpośrednio dotowali o wiele bardziej szczodrą opiekę społeczną w Europie.

Poźniejszy rezultat takiego stanu rzeczy był jeszcze dziwniejszy i bardziej nawet niezadowalający. Po czterdziestu latach od swojego powstania NATO zatriumfowało. Nie tylko udało się ocalić Europę Zachodnią i zapobiec przekroczeniu Łaby przez Armię Czerwoną, ale też doprowadzić do całkowitego zwycięstwa Zachodu w Zimnej Wojnie bez oddania jednego strzału. Runął Mur Berliński, Związek Radziecki rozpadł się od środka, a jego państwa satelickie w Europie Wschodniej doczekały się wyzwolenia.

Bezsensowna ekspansja na wschód

I wtedy właśnie można było postawić pytanie o sens dalszego istnienia NATO. Niestety, jak to zbyt często bywa, instytucja, której pierwotne cele zostały osiągnięte, musiała wymyślić sobie nowe zadania - jak chociażby ekspansja na wschód i włączenie w swoje struktury państw dawnego Układu Warszawskiego.

Była to zdrada pewnego przyrzeczenia złożonego Rosjanom przez Waszyngton. Strategia ta stała się również kolejnym odzwierciedleniem zgubnych skutków wewnętrznej polityki USA: impulsywną obietnicę włączenia Polski do NATO złożył Bill Clinton, przemawiając do amerykańskiej polonii w Chicago.

Generalnie ekspansja Sojuszu na wschód była doskonałym przykładem tego, co nazywamy "odpowiedzią bez pytania". Ale był to również obłudny nonsens. Niefrasobliwe włączenie Łotwy do NATO nic nie kosztowało. Ale czy ktokolwiek naprawdę wierzył, że gdyby Rosjanie przekroczyli granicę łotewską w pobliżu Karsavy, to Francja, Niemcy albo USA byłyby gotowe przelać krew za Łotyszów?

Nowe zadania, naciągane cele?

Innymi nowymi zadaniami NATO, o których nawet nie śniło się jego założycielom, stały się "interwencje" i pomoc w "budowaniu państw".

Bez względu na to, czy interwencja wojskowa w byłej Jugosławii była rzeczą pożądaną, czy nie, ciężko jest dociec, co tamtejsza sytuacja miała wspólnego z NATO. W świetle kluczowego Artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego z 1949 r., członkowie Sojuszu zgadzają się, że "jakikolwiek atak zbrojny na jedno lub więcej państw członkowskich w Europie i Ameryce Północnej będzie uznany za atak na nie wszystkie". O cokolwiek by nie oskarżać Miloszewicia i Mladicia, nie zaatakowali oni żadnego kraju członkowskiego NATO.

Potem wydarzył się 11 września. To, co stało się w Nowym Jorku, z całą pewnością było atakiem zbrojnym na członka NATO, aczkolwiek nie dokonało go żadne oficjalnie uznawane państwo. I znów zbrojna odpowiedź pod egidą NATO i przywództwem Ameryki ledwo co mogła być uzasadniona postanowieniami Traktatu. Wspomniany Artykuł 5 stanowi również, że zaatakowany kraj członkowski może spodziewać się pomocy swoich partnerów, "w tym także w zakresie użycia sił zbrojnych, w celu odbudowy i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego". Jakie geograficzne czary sprawiły, że częścią tego obszaru stały się góry Pamir w Afganistanie?

Pomijając wszystkie kompromisy, pierwotnie NATO rzeczywiście reprezentowało uczciwą równowagę interesów, ale nie można już tego powiedzieć o wojnie w Afganistanie. Jeśli Amerykanie narzekają, że muszą ponosić większą część kosztów związanych z utrzymaniem Sojuszu, Europejczycy mogą odpowiedzieć, że to jak najbardziej w porządku, jeśli NATO w ogóle ma być czymś więcej, niż amerykańską Legią Cudzoziemską.

Gruziński "szczyt absurdu"

Nowych szczytów niebezpiecznego absurdu sięgnięto, gdy wybuchł krótkotrwały konflikt pomiędzy Gruzją i Rosją. Hillary Clinton - w stylu godnym raczej kampanii wyborczej niż postawy Sekretarza Stanu - zażądała, by zarówno Ukraina, jak i Gruzja zostały włączone do NATO. Można byłoby w tej sytuacji zapytać, jak czułby się Waszyngton, gdyby Leonid Breżniew zaprosił do Układu Warszawskiego Meksyk i Kubę.

Podczas tamtego kryzysu w lecie 2008 r. swoje trzy grosze dołożył David Cameron. Przywódca konserwatywnej opozycji w Wielkiej Brytanii, który za niecałe dwa lata miał zostać premierem, poleciał do Gruzji, gdzie zaapelował o natychmiastowe włączenie jej do NATO. Ta dziwaczna sugestia - gdyby ktoś potraktował ją poważnie - mogła wręcz doprowadzić do wybuchu międzynarodowego konfliktu.

Głosem rozsądku przemówił wówczas sir Malcolm Rifkind, były szef brytyjskiej dyplomacji, który zauważył, że nierozsądnie jest rzucać pogróżki, które nie mogą być zrealizowane. Jak słusznie zauważył Rifkind, "USA, Wielka Brytania i Francja nie pójdą na wojnę z Rosją po to, by Osetia Południowa wróciła do Gruzji".

Cameron, jak się wydaje, nie odrobił jeszcze tamtej lekcji. Niedawno utorował drogę do NATO-wskiej interwencji w Libii, wspólnie z Nicolasem Sarkozym, który w 2008 r. również poleciał do Gruzji, by potrząsnąć swoją własną, lichą szabelką.

Pomijając już fakt, że - jak powtarzają najwyżsi rangą amerykańscy dowódcy - kolejna już operacja wojskowa nadweręża nasze zasoby wojskowe w sposób nie do zniesienia (które zresztą stały się obiektem zażartych cięć przeprowadzanych przez rząd Camerona), to operacja w Libii potoczyła się nie po myśli NATO w zastraszająco szybkim tempie. Równie szybko zmieniło się jej uzasadnienie. Misja, której celem była ochrona cywilów, stała się interwencją w wojnie domowej, czy też raczej kolejną wojną, której celem jest obalenie istniejącego reżimu.

Debaty o celowości istnienia Unii Europejskiej i tym, jak rozwiązać jej problemy, pochłonęły wiele energii. Te same pytania są jeszcze bardziej zasadne, jeśli chodzi o NATO. Czy naprawdę jest ono jeszcze potrzebne? A jeśli nie, czy nie byłoby mądrzej powiedzieć: "to by było na tyle"?

Geoffrey Wheatcroft

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

(śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: kim | Sens | NATO | polityka zagraniczna | USA | Europa | konflikty na świecie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje