​Łodzie dla uchodźców i afrykański kapitalizm

Europa jest w stanie zmniejszyć napływ imigrantów poprzez pobudzenie na kontynencie gospodarki rynkowej - czytamy na łamach "The New York Times".

Jeszcze miesiąc temu na chińskiej platformie handlowej Alibaba można było zamówić gumowe "łodzie dla uchodźców". Były dostępne za kilkaset dolarów i - zgodnie z tym, co twierdzili sprzedawcy na stronie sklepu internetowego - miały "dobrą zdolność do zapobiegania zatopieniu, nawet, gdy były całkowicie wypełnione wodą".

Reklama

Jest lato i kolejny wysoki sezon dla handlarzy ludźmi z Afryki Północnej, którzy co roku wysyłają przez Morze Śródziemne do Europy dziesiątki tysięcy migrantów. Zabierają ich na łodzie bardzo różniące się od tych, które znajdowały się w ofercie platformy Alibaba. Wiele z nich zatapia się, zabijając tysiące osób każdego roku.

Co najmniej 2,3 tys. migrantów utopiło się w pierwszej połowie 2017 roku, a liczba próbujących przeprawić się przez morze ciągle rośnie. Według danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM), w ciągu jedynie ostatniego tygodnia czerwca do Włoch przypłynęło ponad 10 tys. migrantów z Afryki, a łącznie przedostało się już około 100 tys. osób. Amnesty International obawia się, że rok 2017 stanie się "najbardziej śmiertelnym rokiem na najbardziej śmiertelnym szlaku migracyjnym świata".

Unia Europejska, której nie udało się znaleźć kompleksowego rozwiązania kryzysu migracyjnego, podjęła stopniowe kroki. Jednym z nich było osiągnięte w lipcu porozumienie, zakładające zakaz eksportowania do Libii pontonowych łodzi i silników okrętowych. W tym samym czasie z portalu Alibaba zniknęły wspomniane wcześniej oferty sprzedaży.

Unijny zakaz eksportu łodzi jest śmieszny, biorąc pod uwagę główne przyczyny napływu ludności z południa w kierunku północy: wojny, bezrobocie, niepokoje społeczne, terroryzm, prześladowania religijne i warunki pogarszające się w Afryce ze względu na rosnący wskaźnik liczby urodzeń. Bezrobocie młodych już obecnie wynosi tam około 50 procent. Ze średnią wieku wynoszącą 18 lat i liczbą mieszkańców, która do 2050 roku ma się jeszcze podwoić, kontynent potrzebuje około 20 milionów nowych miejsc pracy rocznie - alarmuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Europa ma tendencję do potępiania nie tych rzeczy, co trzeba. Upatruje się przyczyny afrykańskich problemów w eksploatacji Zachodu, nieuczciwym handlu i kapitalizmie. Takim podejściem odwraca uwagę od tego, co jest bardzo mile widziane przez skorumpowane afrykańskie rządy. Wielu przywódców z Afryki doskonale przecież wie, jak bezbłędnie czerpać korzyści na niekończącej się biedzie i nędzy swoich obywateli.

W rzeczywistości, Afryka nie potrzebuje mniej kapitalizmu, tylko więcej.

Europa ma oczywiście historyczny dług wobec Afryki, co realizuje m.in. poprzez pomoc na kontynencie i hojną politykę migracyjną. Jeżeli jednak po obu stronach wciąż będzie dominować mentalność, w której Europa ma poczucie winy, a Afryka czuje się ofiarą, 60-letni łańcuch rozczarowań, zwany "pomocą rozwojową", będzie kontynuowany.

Głównym powodem tak złego stanu Afryki jest to, że wielu przywódców nie jest w stanie lub po prostu nie chce zapewnić fundamentów gospodarki rynkowej: edukacji, praw własności, zasad prawnych, rzetelnych systemów podatkowych, odpowiedniego sektora bankowego.

Spójrzmy na Egipt. Europejscy dyplomaci w Kairze powiedzieli mi niedawno, że obawiali się, że ich kraj jest na skraju upadku. Liczba ludności - 92 miliony osób "upchniętych" na obszarze wielkości Holandii, która ma tylko 17 milionów obywateli - wzrasta o około 2,5 miliona rocznie. Energia i woda są niewystarczające, a ceny żywności wciąż rosną. Tylko 74 procent obywateli jest wykształconych, a kraj potrzebuje dodatkowych 90 tysięcy nauczycieli, by nadążyć za wzrostem liczby mieszkańców.

Korupcja i niepewność prawna stwarzają wrogi klimat biznesowy. "Wiele kobiet poślubia młodych mężczyzn i zachodzi w ciążę, zanim nawet zdąży pomyśleć o antykoncepcji" - powiedział mi jeden z pracowników pomocy medycznej w egipskiej wsi. Sytuację pogarszają prawo spadkowe i kultura dająca przywileje męskiemu potomstwu. "Rodzina, która ma trzy córki, oczywiście chce mieć jeszcze syna" - dodał.

Afrykański rolnik, który nie potrafi czytać ani nie posiada ziemi na własność, nie będzie mógł otrzymać pożyczki na zakup ciągnika, a bez niego nigdy nie będzie w stanie zostać eksporterem. Europejski protekcjonizm czy narzucanie przez Zachód liberalizmu są na ogół drugorzędnym problemem.

W książce pt. "Dlaczego narody przegrywają" (ang. Why Nations Fail) Daron Acemoglu i James A. Robinson określili zasadniczą różnicę pomiędzy społecznościami Europy i Ameryki Północnej, a Afryki i Ameryki Łacińskiej. Te pierwsze tworzą instytucje globalne, które nagradzają inicjatywę i wydajność, podczas gdy drugie kurczowo trzymają się firm wydobywczych, które okradają ludzi z owoców ich pracy.

"Liderzy narodów afrykańskich, którzy byli poniewierani przez ostatnie pół wieku m.in. poprzez niepewne prawo majątkowe i instytucje gospodarcze, doprowadzili do ubóstwa większą część swojej populacji" - piszą autorzy. "Zrobili to, ponieważ mogli uciec i wzbogacić się kosztem reszty" - dodają. Innymi słowy, systemy polityczne krajów Afryki bardzo często nie stawiają podstawowego warunku dla rozwoju produktywności - nie motywują, by uczynić kraj bogatym i dobrze prosperującym.

Oto powód, dlaczego pomoc rozwojowa była często tak skuteczna, jak wlewanie wody do wiader pełnych dziur.

Niemiecki rząd proponuje obecnie ogólnoeuropejski "plan Marshalla dla Afryki", który obejmowałby między innymi przesunięcie funduszy w ramach pomocy rozwojowej na zabezpieczenie prywatnych inwestycji i podjęcie pierwszych kroków w kierunku zniesienia barier handlowych. Byłoby to również korzystne dla tych państw, które wprowadziły reformę, dając silny bodziec dla regionalnych przywódców, aby wzięli się w garść.

W najlepszym możliwym scenariuszu to podejście wyrwie Europę z jej własnego uzależnienia od pomocy rozwojowej postrzeganej jako moralne lekarstwo i jednocześnie łatwe rozwiązanie złożonego i trudnego problemu. Trudno przewidzieć, czy Niemcy rzeczywiście zjednoczą swoich europejskich kolegów wokół wolnorynkowego, inwestycyjnego podejścia. Jednak nawet, jeśli się to nie uda, to widać, że wciąż są w Europie ludzie, którzy wiedzą, że muszą się zmienić.

(Jochen Bittner jest redaktorem politycznym tygodnika Die Zeit i publicystą).

Jochen Bittner /© 2017 The New York Times

Tłum. JM

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje