LSD nadzieją dla chorych na raka?

O eksperymentalnej terapii z wykorzystaniem narkotyku usłyszał od przyjaciela mieszkającego w Szwajcarii. Pomyślał, że warto zgłosić się na ochotnika, nawet jeśli oznaczało to długie, żmudne dojazdy pociągiem z Austrii – i wiązało się z realną groźbą załamania psychicznego. W końcu nie miał zbyt dużo czasu, a tradycyjna medycyna w żaden sposób nie złagodziła dolegliwości, jakie odczuwał w związku z nowotworem złośliwym kręgosłupa.

- Nigdy wcześniej nie zażywałem tego narkotyku, czułem więc... chyba właściwym słowem będzie: lęk - mówi Peter, 50-letni obywatel Austrii, na co dzień pracownik opieki społecznej. Z Peterem rozmawiałem telefonicznie - poprosił mnie, żebym zachował dyskrecję i nie ujawniał jego nazwiska. - Towarzyszył mi strach, że cały ten eksperyment nie wypali, że zafunduję sobie to coś, na co mówią "zły trip".

Reklama

***

Na początku marca na stronie internetowej magazynu "The Journal of Nervous and Mental Disease" opublikowane zostały wyniki pierwszego od ponad 40 lat kontrolowanego testu LSD jako środka stosowanego w terapii umierających. Badanie, które prowadził szwajcarski psychiatra Peter Gasser, miało na celu weryfikację działania narkotyku traktowanego jako uzupełnienie psychoterapii prowadzonej u dwunastu osób zbliżających się do kresu życia. Jednym z nich był Peter z Austrii.

Większość badanych miała raka w stadium końcowym. Część z nich zmarła w rok od rozpoczęcia badania, wcześniej jednak ludzie ci doświadczyli czegoś, co, jak się wydaje, złagodziło egzystencjalny smutek towarzyszący ich ostatnim dniom.

- Odczuwany przez nich lęk zmniejszył się i tak już pozostało - mówi dr Gasser, który osobiście prowadził terapię i przez okrągły rok po zakończeniu badania utrzymywał kontakt ze swoimi podopiecznymi.

To najnowsze doniesienia z frontu, jaki otworzyli luźno współpracujący ze sobą naukowcy i działacze społeczni, którzy chcieliby, aby psychodeliczne substancje psychoaktywne znów znalazły zastosowanie w psychiatrii głównego nurtu. Zanim w 1966 r. w USA zakazano tego rodzaju badań, tamtejsi lekarze testowali działanie LSD w różnych przypadkach, w tym także u osób zmagających się z lękiem przed bliską i nieuchronną śmiercią.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat mogliśmy obserwować powrót tego swoistego trendu. Psychiatrzy, amerykańscy i nie tylko, we współpracy z właściwymi instytucjami państwowymi i komisjami etyki prowadzili eksperymentalne terapie z wykorzystaniem ecstasy, w których uczestniczyły osoby cierpiące na stres pourazowy. Obecnie w toku jest jeszcze kilka innych eksperymentów badających właściwości terapeutyczne psychodelicznych substancji psychoaktywnych.

- Inicjatywy te mają zarówno polityczne, jak i naukowe podłoże - wyjaśnia Rick Doblin, dyrektor Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies, fundacji finansującej wiele tego typu badań. - Chcemy, by substancje te przestały być kojarzone wyłącznie z kontrkulturą, i aby na powrót zawitały do laboratoriów, zwiastując renesans terapii psychodelicznej.

***

Przed zażyciem LSD dwunastu pacjentów, których objęło badanie prowadzone przez dra Gassera, spotkało się z nim w jego gabinecie. Na każdego badanego przypadły co najmniej dwie sesje "zapoznawcze". Eksperyment zakładał poddanie się dwóm cyklom terapeutycznym ze wspomaganiem narkotykowym. Pomiędzy cyklami obowiązywała dwutygodniowa przerwa.

Działanie LSD utrzymywało się do 10 godzin. Następnie pacjent układał się do snu na leżance w gabinecie lekarza. Cały czas był przy nim dr Gasser lub jeden z jego asystentów.

- Poinformowałem pacjentów, że każda sesja będzie odbywać się u mnie, w bezpiecznym otoczeniu, i że będę w niej uczestniczył - wyjaśnia Gasser. - Powiedziałem: "Nie mogę państwu zagwarantować, że nie będziecie odczuwali silnej rozpaczy, ale zapewniam, że ona minie".

Tak też było. Rzeczywiście, silne emocje, które targały badanymi, w końcu opadły, choć nie zawsze działo się to szybko. Wielu płakało, większość wiła się na leżance. 67-letni uczestnik eksperymentu wyznał, że spotkał się ze swoim od dawna nieżyjącym ojcem, z którym nie utrzymywał bliskich stosunków. Spotkanie miało nastąpić gdzieś w przestrzeni kosmicznej, a jego ojciec miał kiwać głową z aprobatą, patrząc na syna.

Wszyscy uczestnicy rozmawiali z Gasserem, który był dla nich niczym kotwica w czasie burzy, ale też wspólnie z nimi badał ten nieznany teren, starając się dotrzeć do źródła odczuwanych przez nich emocji. Używając lekarskiego żargonu: terapia była zorientowana na pacjenta; nie zakładano osiągnięcia żadnych konkretnych celów; była też integratywna, czyli koncentrowała się zarówno na  odczuciach pacjentów w danej chwili, jak i na ich wspomnieniach z dzieciństwa.

- Przeżyłem coś, co można nazwać mistycznym doświadczeniem. Trwało to przez jakiś czas. Doświadczenie było zdominowane przez czyste cierpienie spowodowane przywołaniem wspomnień, które na wiele dziesięcioleci udało mi się wyprzeć - opowiada Peter z Austrii. - Ból, żal, lęk przed śmiercią... Pamiętam, że przez długi czas czułem przenikliwe zimno. Trząsłem się i pociłem jednocześnie. To było zimno, które odczuwałem w moim umyśle, wspomnienie zaniedbania...

Peter doświadczył czegoś jeszcze. Było to coś, czego właściwie nigdy nie robił: mówił o tych wszystkich odczuciach. - Zaskoczyło mnie to - przyznaje. - Nie wiedziałem, że wydobywam z siebie słowa, dopóki dr Gasser nie pozwolił mi się zorientować, że tak jest.

Po około dwóch miesiącach takiego eksperymentu ośmiu uczestników, którym podano pełne dawki LSD, zostało poddanych standardowym testom sprawdzającym poziom odczuwanego przez nich lęku. Ich wyniki poprawiły się o 20 procent. Czterech uczestników, którym podano słabsze dawki narkotyku, osiągnęło gorsze wyniki w teście (później pozwolono im spróbować terapii z zastosowaniem pełnych dawek). U osób, które żyły jeszcze przez rok po zakończeniu eksperymentu, regularnie powtarzano test sprawdzający poziom lęku. Wyniki były zawsze takie same jak tuż po terapii z użyciem LSD.

***

- Przeprowadzony eksperyment objął zbyt małą liczbę uczestników, by płynące z niego wnioski można uznać za w pełni miarodajne - zastrzega dr Gasser, któremu w badaniu pomagali: Rick Doblin z fundacji Multidisciplinary Association for Psychedelic Studies, dr Dominique Holstein ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu i dr Rudolf Brenneisen z Uniwersytetu w Bernie. Zdaniem badaczy, można je jednak uznać za dobry początek.

LSD nie wywołało u uczestników żadnych poważnych skutków ubocznych za wyjątkiem czasowego odczucia silnego cierpienia, co zresztą miało swoją wartość terapeutyczną.

Uczestnicy pozytywnie ocenili swój udział w terapii i uznali, że poddanie się jej było warte ich czasu. - To potwierdzenie użyteczności tego rodzaju koncepcji - mówi Rick Doblin. - Dowiedzieliśmy się, że tego rodzaju eksperymenty można przeprowadzać bezpiecznie, i że warto jest je przeprowadzać.

Peter, uczestnik z nowotworem kręgosłupa, zgadza się z powyższym: - Po udziale w badaniu stałem się bardziej emocjonalny. Nie zawsze oznacza to dobry nastrój. Ale chyba lepiej jest odczuwać rzeczywistość w sposób intensywny i żyć, a nie tylko funkcjonować.

Benedict Carey

© 2014 New York Times News Service

Tłum. Katarzyna Kasińska

Dowiedz się więcej na temat: LSD | narkotyki | leczenie | leczenie raka | nowotwory | substancje psychoaktywne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy