Marku Zuckerbergu, moja demokracja nie jest twoim laboratorium

Najpotężniejsza na świecie firma z branży mediów społecznościowych sądzi, że może przeprowadzać eksperymenty na kim tylko zechce – pisze o Facebooku na łamach "The New York Times" Stevan Dojcinovic.

Mój kraj, Serbia, stał się bez zapytania laboratorium dla eksperymentów Facebooka na temat zachowań jego użytkowników, a niezależna organizacja non-profit, zajmująca się dziennikarstwem śledczym, w której jestem redaktorem naczelnym, jest jednym z niefortunnych szczurów laboratoryjnych.

Reklama

W zeszłym miesiącu zauważyłem, że nasze historie przestały pojawiać się na Facebooku. Byłem oszołomiony. Nasze największe pojedyncze źródło ruchu, odpowiadające za ponad połowę naszych miesięcznych wyświetleń strony, zostało sparaliżowane.

Pomyślałam, że to z pewnością jakaś usterka. Niestety, okazało się, że nie.

Facebook dokonał niewielkiej, ale druzgocącej zmiany. Posty "stron" - w tym wpisy organizacji takich, jak moja - zostały usunięte ze zwykłego kanału informacyjnego, czyli domyślnego ekranu wyświetlanego użytkownikom, gdy logują się na stronie społecznościowej. Zostały teraz posegregowane w osobnej sekcji o nazwie "eksploruj kanał" (ang. Explore Feed), którą użytkownicy muszą najpierw wybrać, zanim zobaczą nasze historie. Nic dziwnego, że nie dotyczyło to płatnych postów.

Nie tylko w Serbii Facebook postanowił przeprowadzić eksperyment, w którym strony nie wyświetlały się w kanale najnowszych wiadomości. Inne małe kraje, które rzadko pojawiają się w nagłówkach zachodnich gazet, m.in. Gwatemala, Słowacja, Boliwia i Kambodża, również zostały wybrane przez Facebooka do testów.

Niektóre strony branżowe podały, że funkcja może ostatecznie zostać udostępniona użytkownikom Facebooka również w innych częściach świata. Ale tak naprawdę nikt nie ma żadnej możliwości, by dowiedzieć się, co tak naprawdę robi Facebook. Nie mamy też żadnego sposobu, aby pociągnąć firmę do odpowiedzialności, poza mówieniem na głos o jej działaniach. Być może właśnie dlatego Facebook zdecydował się eksperymentować z nową funkcją w małych krajach, daleko od obaw większości Amerykanów.

Takie zmiany mogą być jednak dla nas katastrofalne. (...) To egzystencjalne zagrożenie nie tylko dla mojej organizacji i innych nam podobnych, ale także dla obywateli we wszystkich krajach objętych eksperymentami Facebooka. Chodzi bowiem o zdolność odkrycia prawdy o społeczeństwach i przywódcach.

Serbia jest doskonałym przykładem tego, dlaczego polityczny kontekst eksperymentów na Facebooku ma ogromne znaczenie. Serbia uniknęła dyktatury Slobodana Milosevica w 2000 roku, ale kraj nie rozwinął się w pełni funkcjonującą demokrację. Jedna partia, kierowana przez prezydenta Aleksandra Vucica, kontroluje nie tylko parlament, ale także cały system polityczny. Nasz kraj nie ma tradycji kontroli i równowagi. Vucić przedstawia się obecnie jako postępowy i proeuropejski, ale pełniąc funkcję ministra informacji w rządzie Milosevica, był odpowiedzialny za cenzurowanie doniesień medialnych.

Dziś cenzura w Serbii ma łagodniejszą formę. Lojalne wobec rządu media są uprzywilejowane i lepiej finansowane z budżetów lokalnych i centralnych. Ci, którzy zbaczają z linii, są niespodziewanie wizytowani przez inspektorów podatkowych.

Serbia nie jest łatwym miejscem do bycia niezależnym dziennikarzem. Od 2015 roku moja śledcza organizacja non-profit - KRIK - zajmuje się historiami, których nie podejmują media głównego nurtu. W zamian za to byliśmy już szpiegowani i grożono nam, a na głównych stronach krajowych tabloidów pojawiły się straszne fałszerstwa dotyczące naszego prywatnego życia.

W ubiegłym roku KRIK opublikował wyniki śledztwa dotyczące Zlatibora Loncara, który jest obecnie ministrem zdrowia. Gdy był młodym chirurgiem, zawarł umowę z gangiem, by zabić jednego z jego wrogów. Potwierdzają to zeznania złożone przez świadków chronionych przez sąd. Można by pomyśleć, że historia przyszłego ministra, który podał komuś truciznę przez kroplówkę, zrobi sensację. Mainstreamowe media jednak całkowicie to zignorowały.

Przejście na stronę KRIK to jedyny sposób, by serbscy obywatele mogli poznać prawdę o tej historii i wielu innych. Do ubiegłego miesiąca większość naszych czytelników trafiła na naszą stronę właśnie za pośrednictwem Facebooka.

Facebook pozwolił nam ominąć mainstreamowe kanały i zanieść nasze historie setkom tysięcy czytelników. Ale teraz, nawet gdy twierdzi, że rozprawia się z "fałszywymi wiadomościami", jest na granicy rujnowania nas.

To dlatego arbitralne eksperymenty Marka Zuckerberga są tak niebezpieczne. Główne kanały telewizyjne, gazety głównego nurtu i przestrzenie zorganizowanych przestępstw nie będą miały problemu z kupowaniem reklam na Facebooku lub znajdowaniem innych sposobów dotarcia do odbiorców. Ucierpią na tym małe, alternatywne organizacje, takie, jak moja.

My, dziennikarze, również ponosimy za to odpowiedzialność. Korzystanie z Facebooka w celu dotarcia do czytelników zawsze było dla nas wygodne, więc inwestowaliśmy czas i wysiłek w budowanie naszej obecności na platformie, pomagając jej w tym, by stała się potworem, jakim jest dzisiaj.

Ale co się stało, to się nie odstanie - prywatna firma, która nie jest odpowiedzialna przed nikim, przejęła światowy ekosystem medialny. Poprzez wybieranie do swoich eksperymentów małych krajów o chwiejnych instytucjach demokratycznych, wykazuje cyniczny brak troski o to, w jaki sposób jego decyzje dotykają najsłabszych.

Teraz, gdy zobaczyliśmy, co Facebook robi ze swoją władzą, musimy wymyślić, jak możemy to kontrolować. Twitter jest drugą najczęściej używaną platformą społecznościową w Serbii (jednak na bardzo odległym drugim miejscu). Prawdopodobnie zaczniemy polegać na nim bardziej niż dotychczas. Być może przyszedł również czas na to, by rozważyć korzystanie z innych, bardziej zdecentralizowanych platform.

Zawsze pociągały mnie alternatywne sceny. W latach dziewięćdziesiątych prowadziłem mały, niezależny magazyn punkowy. Teraz, jako redaktor i reporter śledczy, chcę zapoznać się z historiami, których opowieści nie podejmują się duże, ale płochliwe instytucje. W kraju takim jak Serbia niezależne strony, takie, jak moja i kilka innych, które przetrwało, są jedynymi miejscami, w których ludzie mogą poznać prawdę.

Facebook mógł być narzędziem, dzięki któremu właśnie takie alternatywne strony mogły rozkwitnąć. Zamiast tego - przynajmniej w Serbii - istnieje ryzyko, że staną się po prostu kolejnym placem zabaw dla potężnych i wpływowych.

Stevan Dojcinovic / © 2017 The New York Times 

Tłum. JM

(Stevan Dojcinovic jest redaktorem naczelnym KRIK).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje