Matka wszystkich bomb

"Wyruszyłem w podróż do afgańskiej wioski, na którą prezydent Donald Trump zrzucił największą z bomb" - pisze na łamach "The New York Times" Ali M. Latifi. "Przyszłość mojej ojczyzny stała się niepewna jak nigdy dotąd" – dodaje afgański pisarz.

Wieczór 13 kwietnia spędziłem z kuzynką i dwiema ciotkami w zamożnej dzielnicy Kabulu, Wazir Akbar Khan. Moje ciotki rozmawiały głównie o swojej beztroskiej, wczesnej młodości w latach sześćdziesiątych wśród kabulskich elit. Kiedy czekaliśmy na podjeździe do garażu, moja kuzynka powiedziała mi o eksplozji w Nangarhar, wschodniej prowincji Afganistanu, skąd pochodzi nasza rodzina. Szybko przeglądaliśmy internet w telefonach. Gdy w końcu wyjechaliśmy, stało się już jasne, że nie był to początek tzw. wiosennej ofensywy talibów.

Reklama

Około godziny 20.00 czasu lokalnego w Afganistanie, Stany Zjednoczone zrzuciły ważącą niemal 10 ton i wartą 16 mln dolarów bombę na malutką wioskę Asad Khel, położoną między dwoma zalesionymi wzgórzami. USA zaatakowały istniejący od dziesięcioleci system tunelów, który był używany przez bojowników z tzw. Państwa Islamskiego.

Wieczna wojna

Afganistan już prawie od czterdziestu lat jest w stanie wojny. Nasza ludność przeżyła sowiecką okupację i wojnę, w której mudżahedini walczyli przeciwko ZSRR, mając poparcie Stanów Zjednoczonych. Wolność od radzieckiej okupacji została jednak splamiona brutalną wojną domową między ugrupowaniami mudżahedinów, co spowodowały straszliwe straty w ludziach.

Nastąpiły rządy talibów. Patrzyliśmy, jak uciekali i byli bombardowani po ataku z 11 września 2001 roku. Potem mogliśmy cieszyć się kilkoma latami względnego spokoju. Talibowie powrócili jednak do siły i wzniecili długie, krwawe powstanie, które trwa po dziś dzień. Widzieliśmy zmęczenie świata z powodu naszej wiecznej wojny i to, jak powoli o nas zapominano.

Teatralny pokaz siły

Przez wszystkie lata wojny Afganistan wielokrotnie był okrzykiwany tym "pierwszym" - pod względem okrucieństwa, wojskowych zwycięstw lub porażek, używanej broni, nieprawdopodobnego ocalania życia. Eksplozja "matki wszystkich bomb" z 13 kwietnia 2017 roku stała się kolejnym, imponującym dodatkiem na liście tych "pierwszych" rzeczy.

Hillary Clinton i Donald Trump prawie w ogóle nie wspominali o Afganistanie podczas długiej kampanii prezydenckiej w 2016 roku w Stanach Zjednoczonych. Mimo to prezydent Trump zdecydował się na użycie najpotężniejszej nieatomowej broni na świecie właśnie w odległej, afgańskiej wiosce.

Afganistan stał się prostu dogodnym miejscem, w którym Trump mógł dać zdumiewający, teatralny pokaz swojej siły. Pomimo tego, że jestem dziennikarzem i przeżyłem te wszystkie lata wojny, ogarnęło mnie dziwne poczucie niepokoju. Patrzyłem, jak mój kraj jest opisywany jako "krajobraz odhumanizowany", gdzie wybuchła największa, nienuklearna bomba. "Co daje im prawo, żeby zrzucali taką broń właśnie na nas, czy gdziekolwiek indziej?" - zapytałem mojego kuzyna.

"Jakby wszyscy ludzie przestali istnieć"

Obserwowałem, jak prowincja Nangarhar jest zaznaczana na mapach Afganistanu tak, jak nie była domem dla ponad 1,5 miliona ludzi. Jakby wszyscy ci ludzie przestali istnieć na samą wzmiankę o broni wojskowej. Dystrykt Achin był w wiadomościach opisywany jak nic innego, tylko "obszar zamieszkiwany przez bojowników Państwa Islamskiego".

Bomba stała się swojego rodzaju "bobo" - potworem, przed którym ostrzega się dzieci, bo może czaić się za rogiem. Pochłonęła ludzi, życie w Achin. Cywile, którzy przez trzy lata cierpieli z powodu brutalności dżihadystów, przestali dla świata istnieć, byli nieistotni. Liczyli się tylko terroryści, ich tunele i wielka, przerażająca bomba.

Podróż do zbombardowanej wioski

Tamtej nocy poszedłem spać z ogromnym smutkiem. Zdałem sobie sprawę, że moja ojczyzna wciąż jest tylko terenem, na którym obce narody demonstrują swoją siłę. W piątek rano (14 kwietnia) obudziłem się i zobaczyłem, że Kabul postanowił zachować spokój. Nikt nie protestował przeciwko decyzji o zrzuceniu "Madar-e Bamb-Ha", co w tłumaczeniu z języka dari oznacza "matkę wszystkich bomb".

Wyruszyłem w podróż do Nangarhar. Wyjazd z Kabulu może być momentami niebezpieczny. Jeśli podróżujesz na południe miasta, każda mila po drodze grozi spotkaniem z talibami, albo najechaniem oponą na śmiertelną, przydrożną bombę.

Na szczęście, jechałem na wschód do Dżalalabad, jednego z największych, afgańskich miast. Podróżowałem przez trzy godziny przez tunele wykute w górskich zboczach, mijając strumienie płynące obok zalesionych gór. Po południu byłem już w Dżalalabad. Miejsce, na które zrzucono "matkę wszystkich bomb", było oddalone o dwie godziny drogi. Miasto nie zdradało żadnych oznak niepokoju. Riksze dźwięcznie kursowały od ronda do ronda, na chodnikach sprzedawano kebab, kobiety i mężczyźni wypełniali targi, robiąc zakupy przed piątkową modlitwą.

Niektórzy afgańscy urzędnicy z Dżalalabad zabrali grupę dziennikarzy do dystryktu Achin, około 40 mil na południe. My pojechaliśmy przez dystrykty Bati Kot i Shinwar, gdzie znaczącą pozycję osiągnęło w 2014 roku tzw. Państwo Islamskie.Uciekły stamtąd tysiące mieszkańców, szukając schronienia m.in. w Dżalalabad i Kabulu (...).

(...)

Kilka mil przed Asad Khel - zbombardowaną wioską - droga przekształciła się w górzysty odcinek pełen skał, brudu i żwiru. Rynek, na którym znajdowało się około 200 sklepików, był całkowicie porzucony. W ciągu trwających kilka tygodni operacji wojskowych przeciwko bojownikom Państwa Islamskiego, sklepy zostały doszczętnie zniszczone. Pozostały tylko fundamenty pokryte dachem, a na ziemi leżały kawałki poszarpanych tkanin.

Niedaleko ruin rynku spotkałem dwóch chłopców: 11-letniego Safiullah i 13-letniego Wajeda. Opisali eksplozję jako "bardzo głośną", ale uparcie twierdzili, że ich nie przeraziła. Safiullah trzymał się swojego niesfornego kozła, z którym wracał do domu. "Przyzwyczaiłem się do tego" - powiedział. "Słyszałem już tyle bombardowań" - dodał.

Wajed, który przybył na policję, żeby zabrać wodę, przytaknął koledze. Powiedzieli też, że ucieszyli się, gdy bojownicy Państwa Islamskiego zginęli. Safiullah miał czasem kontakt z dżihadystami podczas wypasu kóz. Pewnego razu powiedzieli mu: "Nie uprawiaj maku i nie gol brody".

Wreszcie dotarliśmy do wzgórza, z którego rozpościerał się widok na zieloną dolinę obok Asad Khel. Znajdowało się na nim skupisko zamieszkanych lepianek. Co jakiś czas przechodziło obok nas jakieś dziecko. Nie widzieliśmy żadnych dorosłych.

Nadleciały helikoptery amerykańskie. Widok na zbombardowany obszar utrudniały nam dwa wzgórza. Minęły trzy godziny, ale nie mogliśmy podejść bliżej. Urzędnicy radośnie mówili między sobą o sukcesie i precyzji wykonanej operacji.

Za każdym razem, kiedy prosiliśmy o pozwolenie, żeby podejść bliżej, odmawiali nam, wymyślając kolejne wymówki: "operacja trwa!", "wciąż jest tam Daesh (tzw. Państwo islamskie), "bojownicy są na wolności", "tam są miny". Wreszcie obwieścili: "obszar został wyczyszczony, a żaden cywil nie został ranny".

Nie pozwolili nam jednak dotrzeć do zbombardowanej wioski. Powiedziano nam jedynie, że zabito około 94 dżihadystów.

Był głośny wybuch, a potem głośna cisza

"Madar-e Bamb-Ha" przypomina gwiazdę groteskowego reality show. Wiemy, jaki to model, ile waży, ile kosztuje, jaką ma siłę uderzenia. Nie wiemy natomiast nic o ludziach, których zabiła, oprócz tego, że mieli oni być nieznanymi, bezimiennymi i ukrywającymi się w siatce tunelów bojownikami tzw. Państwa Islamskiego.

Był głośny wybuch, a potem głośna cisza. To tylko kolejna bomba, która spadła na afgańską ziemię, ale przyszłość mojej ojczyzny stała się niepewna, jak nigdy dotąd.

Ali M. Latifi/© 2017 The New York Times

Tłum. JM

(Ali M. Latifi jest pisarzem mieszkającym w Kabulu w Afganistanie).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje