Matki na odległość

Paryż. Kiedy Maridel Sagum zostawiła swoje córki bliźniaczki na Filipinach, by móc pracować we Francji jako niania, dzieci miały 8 lat . Były pełnymi energii dziewczynkami, które wdrapywały się nad ranem do jej łóżka, by się wtulić w jej ramiona.

Dwanaście lat to jakieś 100 tys. euro lub 140 tys. dolarów - pieniądze skrupulatnie gromadzone. Miesięczne wypłaty - ziarnko do ziarnka. Bliźniaczki są teraz młodymi kobietami, ukończyły college, a 47-letnia pani Sagum już wkrótce je zobaczy. Po raz pierwszy od 1998 roku.

Reklama

- Opiekuję się dziećmi innych ludzi, by zapewnić swoim własnym lepszą przyszłość - mówi, wpatrując się w portret córek, które zdominowały wynajmowany przez nią w Paryżu pokój. - To była dla mnie najtrudniejsza decyzja. Ale to była dobra decyzja - dodaje.

Na całym świecie miliony matek decydują się na takie poświęcenie - rezygnują z życia w pobliżu dzieci, by stworzyć im lepsze warunki do życia. Te kobiety pracują z dala od rodzinnego domu, często w niepewnej rzeczywistości pracy na czarno. W efekcie stają się zakładnikami państw, do których przyjeżdżają.

Często większość zarobionych podczas sześciodniowej harówki pieniędzy wysyłają do domu. Teraz, w erze cyfrowych udogodnień, mówią swoim dzieciom "dobranoc" przez Skype'a lub inne komunikatory.

To nie tylko opowieść o emocjonalnych trudnościach, ale także o walce kobiet o swoje prawa. Podczas gdy kobiety w bogatych krajach stanowią pokaźną część zatrudnionych i uczących się, te z krajów biednych stanowią większość wyjeżdżających do bogatszych państw. Wysyłają też większą część dochodów w postaci przekazów, które trafiają do krewnych.

W zeszłym roku całkowita łączna kwota przekazów wyniosła 325 bilionów dolarów. Kobiety, które uprzednio emigrowały głównie jako "osoby towarzyszące" mężczyzn, coraz częściej decydują się na samodzielne wyjazdy i stają się głównymi żywicielami rodziny - modyfikując dotychczasowe role przypisane płci.(...)

- Te kobiety mają ogromny wkład , ale ich poświęcenie nie jest widoczne w oficjalnych danych i zbyt często je ignorujemy - mówi Purnima Mane, zastępca dyrektora United Nations Population Fund.

Edna Pena zostawiła swojego syna Marka Jaycee na Filipinach, gdy chłopiec miał zaledwie roczek. W przeciwieństwie do dwójki dzieci, którymi opiekowała się w Paryżu - 6-letniego Oscara i 8-letniej Olivii - nigdy nie widziała, jak jej syn stawia pierwsze kroku, mówi pierwsze słowa czy idzie pierwszy raz do szkoły.

Kiedy po 14 latach od wyjazdu wróciła na Filipiny, jej syn właśnie kończył szkołę średnią. Ale dzięki temu, że co miesiąc wysyłała do domu 700 euro, była w stanie wysłać go do najlepszych prywatnych szkół w okolicy. Ostatnio kupiła mu nawet mieszkanie w pobliżu kampusu uczelni, na której studiuje inżynierię komunikacyjną. Opłaca mu pokojówkę - taką, jaką sama jest w Paryżu.

Po ponad 16 latach spędzonych we Francji ta zagorzała katoliczka, która chodzi do kościoła w Paryżu, nie ma żadnych skrupułów, żeby powiedzieć swojemu synowi i jego dziewczynie o konieczności zabezpieczania się przed niechcianą ciążą. - Mówię mu: "Czy sądzisz, że ludzie we Francji mają dzieci już w wieku 18 lat? Skończ najpierw studia - opowiada.

Podczas swoich podróży migrujące matki także zajmują stanowiska w społecznych sprawach. W Niemczech koalicja imigrantek z Turcji lobbowała, by rząd uznał, że zmuszanie do zawierania małżeństw jest nielegalne. We Francji afrykańskie kobiety założyły sieć stowarzyszeń, które pomagają nowo przybyłym zintegrować się z francuskim społeczeństwem i uczą je wysyłać pomoc do państw, z których pochodzą.

Mary Lou Hardillo-Werning prowadzi niemiecki oddział stowarzyszenia Babaylan, do którego należą filipińskie kobiety. - Babaylan, tłumaczy, były mądrymi Filipinkami, uzdrowicielkami i kapłankami, które demonizowano i często zabijano, uważając je za czarownice. Hardillo-Werning podróżuje po Europie I opowiada tę historię imigrantkom z Filipin.

- Staramy się utrzymać pamięć o tych silnych kobietach - mówi Hardillo-Werningm która również ma filipińskie korzenie. Wyszła za mąż za prominentnego niemieckiego eksperta od Filipin.

Filipinki, które spotyka, są bardzo silne. To one trzymają rękę na pieniądzach, a ich praca zapewnia im poczucie pewności siebie. Nie tylko określają się mianem feministek, ale po prostu nimi są - dodaje. (...)

Filipiny są czwartym największym na świecie odbiorcą przekazów gotówkowych - po Indiach, Chinach i Meksyku. W zeszłym roku otrzymały 21 bilionów dolarów.

Kobiety zwykle zarabiają mniej niż mężczyźni I dlatego wysyłają średnio mniej pieniędzy - wynika z badań. Ale mają tendencje do wysyłania większej części zarobionych kwot. Przekazy te są w ich przypadku częstsze, bardziej regularne i solidne - nawet w czasach kryzysu.

- Zawsze istniało przekonanie, że to mężczyźni wysyłają pieniądze do domu, ale w wielu przypadkach właściwie robią to kobiety - mówi Leon Isaacs z International Association of Money Transfer Networks. Koniec końców kobiety przekazują tyle samo, a być może więcej niż mężczyźni.

Wydatkowe priorytety także się różnią. Podczas gdy mężczyźni przeciętnie są bardziej skłonni inwestować w ziemię i anteny satelitarne, kobiety skupiają się raczej na potrzebach takich jak jedzenie, opieka zdrowotna i edukacja. Większość z dowodów na tę tezę ma charakter anegdotyczny. Ale tych anegdot nie brakuje...

Kobiety, które pracują za granicą, wspominają o częstych różnicach zdań między nimi a mężami. Z dziesiątek wywiadów przeprowadzonych we Francji i Niemczech wynika, że matki starają się zapewnić swoim dzieciom edukację na najwyższym poziomie. Mężczyźni często lobbują za kupieniem ziemi lub nieruchomości. Wiele narzeka, że ich mężowie trwonią cenne zarobki na alkohol i "inne kobiety".

Natasa Bucanovic z Serbii, która pracuje we Frankfurcie, wspomina, że jej mąż był wściekły, kiedy wydała w ciągu miesiąca 500 euro na rozmowy telefoniczne z córką Danijelą, którą zostawiła, gdy dziewczynka miała zaledwie 7 lat. Córka uczy się teraz w serbskiej szkole medycznej. - Każdego miesiąca wyrzucasz przez okno nowy telewizor - mówi mi mąż. A ja na to: "Muszę wiedzieć, co się dzieje u córki. To jedyny sposób, w jaki mogę być jeszcze matką - mówi Bucanovic.

Kiedy jesteś tysiące kilometrów od domu, czy wciąż możesz być matką? - Wiele z tych dzieci tak naprawdę nie zna swoich mam - są dla nich tylko "aniołami przysyłającymi pieniądze" - mówi Hardillo-Wernin.

Zanim pojawił się Skype, Sagum była w stanie dzwonić do domu tylko raz w miesiącu. Tak bardzo bała się, że córki zapomną jej głos, że wysyłała im mailem nagrania. Pena uśmierza ból związany z rozłąką naklejając swoje zdjęcie na fotografię przedstawiającą męża I syna.

Bucanovic, która widzi się z córką dwa razy w roku, wciąż martwi się, że córka nigdy nie była tak szczęśliwa jak pozostałe dzieci. Córka powiedziała mi: "Mamo, za innymi dziećmi stoją zawsze rodzice; za mną - dziadkowie". - Czasami boję się, że straciłam szansę na bycie matką. Mogę dać dziecku pieniądze, ale nie mogę dać mu miłości - mówi.

Jeśli zyski związane z migracją kobiet nie są trudne do oszacowania, to właśnie tak wyglądają ich ukryte koszty. Na Filipinach emigrację określa się mianem "filipińskiego rozwodu". Część badań wykazała, że dorastanie bez matki wiąże się z większą skłonnością do popełniania przestępstw i nadużywania narkotyków przez młodzież.

Matki-emigrantki to wiedzą. - Miałam szczęście, że moje dzieci były dobre - mówi Sagum, która poza bliźniaczkami ma jeszcze trójkę dzieci.

Jej rodzina nadal płaci wysoką cenę za edukację, jaką ufundowała swoim dzieciom, I za staw rybny, który kupiła dla męża. Podczas trwającej 12 lat nieobecności przegapiła pogrzeb własnego ojca i narodziny trójki wnucząt. Ostatnio walczy z bólem stawów związanym ze zbyt dużą liczbą godzin spędzonych na ciężkiej pracy.

Najbardziej martwi fakt, że choć wszystkie jej dzieci przodowały w nauce i zdobyły tytuły, tylko troje z nich ma pracę. Jedna z jej bliźniaczek, która ma dyplom z zarządzania, ale nie ma zatrudnienia, zapytała ostatnio, czy może pracować z matką w Paryżu. - Powiedziałam jej: "Po co chcesz przyjechać do Paryża? Żeby pracować jako pokojówka? - wspomina Sagum. Powiedziała jej, że się na to nie zgadza.

To wszystko zdarza się za często - mówi Arlie Hochschild, profesor socjologii na University of California. - Same przekazy nie się rozwiązaniem dla krajów trzeciego świata. Jeśliby były, Filipiny wyglądałyby obecnie jak Korea Południowa - mówi. - Te kobiety dbają o edukację swoich dzieci, ale później nie ma dla nich pracy. Często kończą jako sprzątaczki, które zostawiają własne dzieci, by pracować za granicą. To się staje regułą - dodaje.

Rządy mogłyby pomóc zmniejszyć koszty migracji kobiet. Bogate państwa, które wykorzystują pracę imigrantek, powinny wprowadzić legalną i socjalną ochronę, a także ułatwić uzyskiwanie pozwoleń na pracę. To ułatwiłoby kobietom zabieranie ze sobą dzieci lub regularne widywanie ich. Obniżenie prowizji za transfery gotówkowe, która obecnie - według informacji Banku Światowego - wynosi średnio 8,7 proc. wysyłanej kwoty, obniżyłoby koszty wysyłanych często przekazów.

- Musimy skończyć z postrzeganiem tych kobiet w kategorii ofiar, a zacząć uznawać ich wkład i pomagać im go zwiększać - uważa Mane z U.N. Population Fund. - Te kobiety zrobiły bardzo wiele, by się usamodzielnić. Powinniśmy dołożyć małą część od nas i pomóc im wzmacniać się jeszcze bardziej - podsumowuje.

Katrin Bennhold/The International Herald Tribune/The New York Times Syndicate

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: W.E.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy