Mogliśmy powstrzymać tę epidemię. I ocalić ludzkie życia

Pod koniec maja na oddział położniczy szpitala w Kenemie, w Sierra Leone, trafiła kobieta po poronieniu. Dyrektor szpitalnego laboratorium diagnostycznego i mój współpracownik Augustine Goba przeprowadził serię dokładnych badań molekularnych i zdiagnozował pierwszy przypadek Eboli w szpitalu oraz pierwszy potwierdzony przypadek w kraju.

Lekarze, pod przewodnictwem doktora Sheika Humarra Khana, wiodącego wirusologa Sierra Leone, odizolowali pacjentkę i przedsięwzięli takie środki ostrożności, jak używanie masek i rękawiczek podczas leczenia. Pacjentka wyzdrowiała i nikt inny nie został zarażony.

Reklama

Gdyby to był pierwszy przypadek Eboli w zachodniej Afryce, błyskawiczna reakcja szpitala i profesjonalne postępowanie mogłyby powstrzymać wybuch epidemii. Niestety w maju epidemia rozprzestrzeniała się od sześciu miesięcy, a zakażonych w sąsiedniej Gwinei i Liberii były setki.

Gdy ekipa medyczna dotarła do wioski pacjentki, odkryła 14 przypadków zakażeń dwoma rodzajami wirusa. Z każdym tygodniem liczba zakażonych zwiększała się najpierw do 31, następnie do 97 i 147, aż wirus opanował niemal każdy rejon kraju.

"Wybuch epidemii Eboli niestety pokrzyżował nasze plany"

Szpital w Kenemie potrafił uporać się z przypadkiem Eboli, bazując na doświadczeniu w walce z innym zabójczym wirusem - gorączką Lassa, przy której pracowałam w 2008 roku. Z uwagi na swą reputację szpital stał się miejscem docelowym dla pacjentów z dziwnymi przypadkami gorączek. Błyskawicznie stawiane diagnozy nie tylko pomagały w leczeniu pacjentów, ale także umożliwiały odkrywanie nieznanych patogenów wśród ludności i pozwalały na ostrzeganie przed wybuchami epidemii, zanim stawały się one globalnym zagrożeniem.

Na kilka tygodni przed pojawieniem się Eboli w Sierra Leone wraz z doktorem Khanem i innymi kolegami z całego świata, zainaugurowaliśmy otwarcie nigeryjskiego centrum doskonalenia badań  nad chorobami zakaźnymi, które postawiło sobie za cel monitorowanie niebezpiecznych mikrobów w zachodniej Afryce. Wybuch epidemii Eboli niestety pokrzyżował nasze plany. Tuż po powrocie doktora Khana szpital w Kenemie był przeładowany. Khan wraz z pielęgniarkami musiał zajmować się ponad 80 pacjentami, pracując po 16 godzin dziennie.

Wraz z kolegami w Stanach Zjednoczonych usiłowaliśmy zdobyć dla niego pomoc i pozyskać nowe metody leczenia, pracując jednocześnie nad sekwencją genotypu wirusa. Niestety pomoc nie dotarła na czas. Badając próbki wirusów z Kenemy, odebraliśmy druzgocące wiadomości. Siedmiu z naszych kolegów zostało zarażonych Ebolą.

Ciągły napływ nowych pacjentów uniemożliwił stosowanie niezbędnych środków bezpieczeństwa przez szpitalny personel. W przeciągu kilku miesięcy około czterdziestu pracowników medycznych zostało zarażonych wirusem, w tym pracująca od 25 lat przełożona pielęgniarek Mbalu Fonnie i sam doktor Khan. W połowie lata oboje zmarli.

"Dopuszczono do wymknięcia się wirusa poza granice pierwszej wioski"

Sprawy mogły się potoczyć inaczej. Gdyby narzędzia diagnostyczne, którymi dysponuje szpital w Kenemie były powszechnie dostępne, wirus mógłby zostać zneutralizowany zaraz po pojawieniu się. Wystarczyło wysłać, powiedzmy, 50-osobową grupę specjalnie wyszkolonych pracowników medycznych na miejsce wybuchu pierwszego ogniska epidemii, która zostałaby na miejscu 50 dni po ostatniej infekcji.

Współpracując z lokalną społecznością, odizolowaliby chorych i poddali ich odpowiedniemu leczeniu, pochowali zmarłych, zachowując specjalne środki ostrożności, prześledzili kontakty zarażonych osób w okresie inkubacji wirusa, zapewnili pomoc, edukację i wyżywienie potrzebującym, jednocześnie odpowiednio zabezpieczając się przed zakażeniem. Mając wirusa w jednej wiosce metoda 50-50 byłaby skromną inwestycją dla całego świata.

Niestety  dopuszczono do wymknięcia się wirusa poza granice pierwszej wioski, a następnie za granice czterech krajów. Utrata tej szansy kosztowała życie wielu ludzi, w tym także moich kolegów. Niepowstrzymanie wirusa na czas będzie katastrofalne w skutkach. Według szacunków WHO w sierpniu doszło do większej liczby zakażeń niż w poprzednich miesiącach łącznie. WHO szacuje, że Ebola może dotknąć aż 20 tysięcy osób do zakończenia epidemii, ale tylko jeżeli  świat odpowiednio zareaguje. W przeciwnym razie musimy liczyć się z 40 tysiącami, następnie 80 i więcej. Co więcej wirus ewoluuje i, przechodząc od człowieka do człowieka, staje się coraz bardziej zakaźny.

Wraz z opanowywaniem kolejnych wiosek i coraz większych miast potrzeba całkowitego powstrzymania wirusa staje się coraz bardziej paląca. Rządy oraz międzynarodowe organizacje muszą jak najszybciej wysłać odpowiednio wyszkolone zespoły działające w myśl zasady 50-50 we wszystkie aktywne ogniska choroby.

Ebola na Facebooku

Jednocześnie musimy szukać nowych metod działania. Narodowe instytuty zdrowia i firmy farmaceutyczne, jak np. Mapp Biopharmaceutical - twórca szczepionki ZMapp, przyspieszają procesy testów klinicznych nowych szczepionek. Nasz zespół udostępnił wyniki sekwencjonowania genotypu wirusa tak, aby różne grupy mogły pracować nad udoskonalaniem diagnozowania, szczepienia i leczenia. Nigeryjscy celebryci biorą udział w kampaniach informacyjnych na temat Eboli i przekazują wiedzę na temat choroby przez Facebook. Potrzebujemy więcej takich kampanii.

Musimy powstrzymać tę chorobę w imieniu tych, którzy zmarli i dla dobra tych, którzy mogą zachorować. Następnie będziemy mogli pracować nad tym, aby taka epidemia się nie powtórzyła. Gdyby nie Ebola, Goba i doktor Khan spędziliby to lato ze mną, pracując na Harwardzie i w instytucie Broad nad zaawansowaną diagnostyką.

Jednak doktor Khan nie żyje. A Goba jest na pierwszej linii frontu w Kenemie. I właśnie zdiagnozował u Mambu Momoha - utalentowanego, młodego naukowca i swojego współpracownika - Ebolę.   

Pardis Sabeti/© 2014 The New York Times

Tłum.: br

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje