Najnowszy podstęp birmańskiej junty

Poniedziałek, 15 listopada 2010 (10:01)

Nie należy się łudzić - zwolnienie Aung San Suu Kyi z aresztu domowego nie zapoczątkuje demokratycznych przemian w Birmie - pisze w "New York Times" Bertil Lintner, wybitny znawca dalekowschodniej sceny politycznej.

Zdjęcie

Zwolniona z aresztu domowego Aung San Suu Kyi przemawia do swoich zwolenników/AFP /New York Times/©The International Herald Tribune
Zwolniona z aresztu domowego Aung San Suu Kyi przemawia do swoich zwolenników/AFP
/New York Times/©The International Herald Tribune
Pani Aung San Suu Kyi bywa nazywana azjatyckim Nelsonem Mandelą i, podobnie jak on, cieszy się powszechnym szacunkiem jako symbol nadziei i zmiany. Wielu zagranicznych komentatorów zastanawia się dziś, czy jej zwolnienie z aresztu domowego stanie się dla Birmy takim właśnie "momentem Mandeli" - początkiem końca represji i pierwszym rzeczywistym krokiem w kierunku narodowego pojednania.

Tej analogii brak jednak równoległości. Między przejściem do rządów większości w RPA i walką Birmy o demokrację istnieją fundamentalne różnice.

Reklama

Uwolnienie Nelsona Mandeli w lutym 1990 roku wpisywało się w proces politycznych reform, które zapoczątkowało jego pierwsze spotkanie z przedstawicielami reżimu apartheidu pięć lat wcześniej. Utorowało ono drogę dla dialogu, który ostatecznie doprowadził do pierwszych wolnych i powszechnych wyborów w kwietniu 1994 roku. Wygrał je Afrykański Kongres Narodowy, a w maju tego samego roku Mandela został zaprzysiężony na pierwszego popieranego przez większość prezydenta w historii swojego kraju.

W Birmie nie obserwujemy żadnych takich reform - ani żadnej chęci zaangażowania w autentyczny dialog z opozycją ze strony rządzących. W ciągu minionych lat doszło do kilku mocno nagłaśnianych spotkań (często z udziałem zagranicznych gości) pomiędzy panią Aung San Suu Kyi i reprezentantami wojskowej dyktatury. Organizowano je jednak wyłącznie dla celów wizerunkowych - i taki jest też cel sobotniego zwolnienia słynnej opozycjonistki z aresztu domowego.

Birmańska junta znana jest z tego, że interpretuje prawo według własnego widzimisię. Generałowie mogli przetrzymywać Suu Kyi w areszcie tak długo, jak chcieli. Postanowili jednak uwolnić ją tydzień po tym, jak w kraju odbyły się wielce kontrowersyjne wybory. Prawdopodobnie przewidywali, jaka będzie reakcja międzynarodowej społeczności: potępienie i brak uznania dla przesądzonego z góry wyniku. Jedynie Chiny i partnerzy Birmy z ASEAN, Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej, okrzyknęli listopadowe wybory "znaczącym, pozytywnym krokiem naprzód".

Nie jest zaskoczeniem, że kilka opozycyjnych ugrupowań i organizacji reprezentujących liczne mniejszości etniczne Birmy już domaga się spotkań z Suu Kyi, by nakreślić wspólną strategię dla przyszłości kraju. Partiom działającym na niektórych obszarach zamieszkanych przez wspomniane mniejszości zakazano uczestnictwa w wyborach z 7 listopada - a te, którym na to zezwolono, otwarcie mówią dziś o popełnionych oszustwach. Jednak nawet jeśli opozycja zdoła utworzyć jakiś zjednoczony front, będzie musiała opracować własny, bezkompromisowy plan działania, z którym stawi czoła generałom.

By jednak birmański reżim dokonał jakichkolwiek znaczących ustępstw na rzecz demokratycznej i etnicznej opozycji, musiałyby zostać zmienione fundamentalne zasady zawarte w konstytucji kraju, "zaakceptowanej" przez 92 procent elektoratu - odsetek godny czasów Stalina. Artykuł 121 ustawy zasadniczej w praktyce uniemożliwia pani Aung San Suu Kyi objęcie jakiegokolwiek politycznego stanowiska, ponieważ jest żoną obcokrajowca, ponieważ jej dwaj synowie są "obywatelami obcego państwa" - i ponieważ, czytamy w klauzuli, "została skazana (...) za popełnienie wykroczenia".

Z kolei Artykuł 396 tejże konstytucji - oprócz tego, że przyznaje wojskowym jedną czwartą wszystkich miejsc w dwuizbowym parlamencie - stanowi, iż posłowie-elekci mogą zostać skreśleni z listy deputowanych przez Związkową Komisję Wyborczą - której poczynania pośrednio kontroluje junta - za "niewłaściwe zachowanie". A jeśli "demokratyczna" sytuacja naprawdę wymknie się spod kontroli, jest jeszcze Artykuł 413, który daje prezydentowi prawo przekazania władzy wykonawczej w ręce głównodowodzącego sił zbrojnych.

Na kilka tygodni przed listopadowymi wyborami obserwatorzy donosili, że generałowie chcą "uwiarygodnić" je poprzez spreparowanie wyników wykazujących 70-procentową frekwencję i 80-procentowe poparcie dla ich własnej partii, Związku Solidarności i Rozwoju. Istotnie, taki też był oficjalnie ogłoszony rezultat. Dlaczego zatem junta, albo nowy "cywilny" rząd, którego uformowanie spodziewane jest w niedługim czasie, miałby chcieć rozpisać kolejne, wolne i uczciwe wybory, satysfakcjonujące opinię publiczną w kraju i za granicą?

Należy również pamiętać, że pani Aung San Suu Kyi nie po raz pierwszy została zwolniona z aresztu domowego w atmosferze wielkich nadziei na zmianę i demokratyczny progres. Pierwszy areszt domowy nałożono bowiem na opozycjonistkę w lipcu 1989 roku. Zakończył się on sześć lat później. Po początkowym okresie cieszenia się względną swobodą, Suu Kyi otrzymała od junty zakaz podróżowania po kraju. We wrześniu 2000 roku znów stała się więźniem we własnym domu, by w maju 2002 roku znów zostać zwolnioną z aresztu. Ale już po upływie dwunastu miesięcy ponownie została nim objęta - "dla jej własnego bezpieczeństwa". Stało się to po tym, jak w wiosce Depayin na północy kraju doszło do sterowanego przez generałów ataku na nią samą i towarzyszących jej działaczy. W wywołanych tym sposobem zamieszkach zginęło wielu jej zwolenników.

Przez wszystkie te lata jeden po drugim odwiedzali Birmę wysłannicy ONZ - próbując doprowadzić do "dialogu", który nigdy nie przybrał realnych kształtów i nigdy ich nie przybierze. Sama Aung San Suu Kyi po raz pierwszy zaapelowała o podjęcie rozmów w sierpniu 1988 roku. Nic jednak nie wskazuje na to, że junta kiedykolwiek rozważała zaangażowanie się w poważną dyskusję z opozycją.

Dlaczego więc tym razem miałoby być inaczej? Czy międzynarodowa społeczność nie nauczyła się niczego, analizując birmańską historię najnowszą? Wybory 7 listopada zaaranżowano po to, by usankcjonować istniejący porządek. Zwolnienie pani Aung San Suu Kyi odwróciło uwagę świata od sfałszowanych wyników. Zmiana nastąpi dopiero wtedy, gdy ktoś z kręgów rządzących zwróci się przeciwko najwyższemu przywództwu - tak, jak na Filipinach w 1986 roku, gdy Ferdinand Marcos stracił poparcie wojskowej elity; jak w Indonezji w 1998 roku, kiedy generał Wiranto odmówił przeprowadzenia szturmu na siedzibę parlamentu w Dżakarcie, okupowaną przez demokratycznych działaczy; jak w Korei Południowej w 1979 roku, gdzie machinę demokratycznych przemian wprawił w ruch udany zamach na prezydenta Parka Chung-hee.

Czas pokaże, co zamierza pani Aung San Suu Kyi - i jak władza zareaguje chociażby na jej prośbę o przeprowadzenie śledztwa w sprawie sfałszowania wyników wyborów. Suu Kyi nie będzie jednak w stanie skutecznie działać na rzecz demokracji bez poparcia przynajmniej kilku osób należących do wojskowych struktur. Taka jest gorzka rzeczywistość, której trzeba będzie stawić czoła, gdy opadnie już euforia po uwolnieniu opozycjonistki.

Bertil Lintner

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Artykuł pochodzi z kategorii: The New York Times

New York Times/©The International Herald Tribune
Więcej na temat:zwolnienia | Nie | Aung San Suu Kyi