Największy prezent od mojego ojca

"Wracam myślami do dzieciństwa. Przywołuję wspomnienia, ponieważ zostałem bez ojca w dniu jego święta. Zmarł kilka dni temu, w wieku 91 lat" - pisze Nicholas D. Kristof na łamach "New York Times".

Kiedy miałem 12 lat mój ojciec przyszedł do szkoły i przemawiał przed moją klasą. Pamiętam, jaki byłem dumny. Moja wiejska szkoła była pod wrażeniem wizyty akademickiego profesora. Ale mam również w pamięci uczucie wstydu związane z silnym słowiańskim akcentem mojego taty, jego przeszłością uchodźcy, jego "odmiennością"...

Reklama

Wracam myślami do mojego dzieciństwa i rodzinnego domu i przywołuję te wszystkie wspomnienia, ponieważ nagle zostałem bez ojca w dniu jego święta. Mój tata zmarł kilka dni temu, w wieku 91 lat.

Wiem, że wygrałem los na loterii, ponieważ miałem kochających i troskliwych rodziców. Jest jeszcze inny powód, dla którego czuję się dłużnikiem mojego ojca i ma to związek z tamtymi, wprawiającymi mnie niegdyś w zakłopotanie, zagranicznymi fragmentami jego biografii. Jestem mu wdzięczny za umiejętność porzucenia wszystkiego, co znane, w poszukiwaniu nowego świata, który zapewni przyszłość nawet dzieciom uchodźców.

Mój ojciec, Ormianin, urodził się w kraju, który już nie istnieje, w Austro-Węgrzech. Żył w sposób niespotykany już w obecnych czasach. Rodzina miała szlacheckie korzenie i żyła na majątku liczącym tysiące hektarów- a później przyszła II wojna światowa.

Był więziony przez hitlerowców za szpiegowanie militarnej obecności nazistów w Polsce. Dał łapówkę, żeby wydostać się z więzienia, ale inni krewni zmarli w Auschwitz za szpiegostwo. Później ZSRR zagrabił ten region i włączył go do Ukrainy. Pozostali krewni zginęli w obozach pracy na Syberii.

Uciekł konno do Rumunii, bez grosza w kieszeni, ale zorientował się, że ten komunistyczny kraj nie zapewni przyszłości jemu, ani jego dzieciom. Więc skierował się na Zachód, przepływając Dunaj w bezksiężycową noc. Po jugosławiańskiej stronie rzeki został złapany i wysłany do obozu koncentracyjnego, a następnie do kopani azbestu i na wycinkę lasu. Po dwóch latach udało mu się uciec do Włoch i później do Francji.

Tam ojciec zrozumiał, że mimo tego, że płynnie mówił po francusku i miał wyższe wykształcenie, jako uchodźca nie został przyjęty zbyt serdecznie. Nawet dzieci imigrantów były traktowane jak "niepełni Francuzi".

Więc wsiadł na statek w 1952 roku i popłynął do Stanów Zjednoczonych, kraju wielkich możliwości, chociaż na liście siedmiu języków, którymi władał, nie było angielskiego. Pierwszą rzeczą, jaką kupił w USA, była kopia "Sunday New York Times", z której zaczął się uczyć ósmego języka. Przyjechał jako Vladislav Krzysztofowicz, ale żaden Amerykanin nie mógł tego wypowiedzieć. Więc skrócił swoje imię i nazwisko do Ladis Kristof.

Po pracy przy wycince lasu w Oregonie, gdzie zatrudnił się, żeby zarobić trochę pieniędzy i nauczyć się języka, wrócił na uniwersytet. Miał wtedy 34 lata. Zrobił doktorat na Uniwersytecie Chicago. Tam poznał moją matkę, Jane. Po czterdziestce zaczął swoją karierę jako profesor nauk politycznych.

Ponieważ nigdy nie zapomniał, co to znaczy być w potrzebie, zawsze troszczył się o innych ludzi. To było denerwujące. Zabierał wszystkich autostopowiczów i potrafił zjechać ze swojej drogi i wozić ich bardzo daleko. Jeśli potrzebowali miejsca do spania, oferował im naszą kanapę.

W poszukiwaniu echa dawnych czasów, mój tata znalazł nam farmę. Były na niej traktory i nadzwyczajna, licząca 30 tys. książek biblioteka.

W wieku 80 lat mój ojciec wciąż rąbał drewno tak szybko, jak ja. Gdy był blisko 90, każdej wiosny wspinał się na najwyższe drzewo na farmie, żeby zrobić zdjęcie kwitnącego wiśniowego sadu. W wieku 90 lat nadal polował.

Wiem, że takie długie i bogate życie powinno być świętowane, a nie opłakiwane. Wiem, że jego wartości i poglądy przetrwają, ponieważ są wplecione w moje życie. Ale serce wciąż strasznie boli.

Gdy dorastałem, nauczyłem się podziwiać i postrzegać zagraniczne doświadczenia mojego ojca jako symbole daru złożonego przez każdego emigranta swojemu dziecku. Kiedy byłem w szkole średniej, przepisałem jego wypowiedź:

"Wojna, niedostatek i obozy koncentracyjne, ucieczka z domu i ojczyzny, to sprawiło, że nienawidzę konfliktów między ludźmi. Te doświadczenia nie pozbawiły mnie jednak wiary w przyszłość ludzkości. Jeśli człowiek jest zdolny do tworzenia sztuki, nauki i cywilizacji, dlaczego miałby nie być zdolny do kreowania sprawiedliwości, równości i pokoju?"

Nakleiłem to na ścianę w moim pokoju w akademiku, ale mu o tym nie powiedziałem. Uznałem, że to niezręczne. A teraz jest za późno.

Więc moje przesłanie na Dzień Ojca jest proste: trzeba doceniać wartości, które daruje ojciec w prostszy, głębszy i prawdziwszy sposób, niż wypisywanie wersu na kartce papieru. Lepiej porozmawiać z nim i serdecznie go uściskać - póki jest jeszcze na to czas.

Nicholas D. Kristof/New York Times News Service

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy