Niebezpieczna miłość do operacji specjalnych

Amerykanie rozkochali się w operacjach specjalnych - pisze Mark Moyar w "NYT" /AFP

Gdy w latach 50-tych ubiegłego wieku Korea Północna parła na południe Półwyspu Koreańskiego, jej 15-osobowe jednostki przedostały się przez południowokoreańską linię obrony, żeby atakować konwoje i burzyć mosty. Amerykanie starali się odpowiedzieć, formując jednostki złożone z wyspecjalizowanych w spadochroniarstwie i sabotażu żołnierzy formacji "Rangers". I Ameryka zakochała się w tych elitarnych wojownikach.

Reklama

Jeden z reporterów napisał, że każdy ranger "to gang w jednej osobie, który potrafi przeniknąć na teren wroga, odciąć wartownikowi głowę i złapać ją, zanim spadnie na ziemię i narobi hałasu" - zauważa na łamach "The New York Times" Mark Moyar, amerykański specjalista ds. armii, zajmujący się historią sił specjalnych.

Kraj i jego prezydenci byli zachwyceni jednostkami do operacji specjalnych, od kiedy w 1942 r. prezydent Franklin Roosevelt utworzył pierwszą z nich. John F. Kennedy rozwinął siły specjalne z 2 tys. do 10,5 tys. żołnierzy i założył Navy SEALs, czyli siły specjalne amerykańskiej marynarki. Za czasów George W. Busha i Baracka Obamy, siły specjalne urosły z 38 tys. w 2001 r. do 70 tys. żołnierzy w 2016 r.

Reklama

Czy prezydent Donald Trump podąży śladem poprzedników? Już kilkukrotnie użył elitarnych grup w czasie operacji w krajach Bliskiego Wschodu. A jednostki specjalne wydają się być szyte na miarę deklaracji Trumpa, by jednocześnie zwalczać terroryzm i unikać wojny na wielką skalę.

Ale historia amerykańskich sił specjalnych zaleca ostrożność. To przede wszystkich narzędzie taktyczne, a nie opcja strategiczna. Poza tym, nie umniejszając talentom i wyszkoleniu żołnierzy, nie zdołają oni pokonać każdej przeciwności losu.

Kiedy Jimmy Carter wysłał jednostki specjalne do ratowania zakładników w Iranie, przebieg akcji był daleki od założeń i w efekcie zginęło ośmiu Amerykanów. Bill Clinton użył Delta Force, żeby "zneutralizować" somalijskiego władcę Mohameda Farraha Aidida, ale przerwał misję, gdy milicjanci pokryli ulice Mogadiszu amerykańskimi trupami. Wykorzystanie przez Baracka Obamę żołnierzy sił specjalnych USA do szkolenia syryjskiej armii rebeliantów przyniosło żałosne "czterech albo pięciu" bojowników.

Kiedy operacje specjalne udają się taktycznie - co jest częste i imponujące - rzadko same w sobie przynoszą strategiczny sukces. Bush i Obama mieli nadzieję, że precyzyjne uderzenia sił specjalnych położą kres powstaniom w Iraku i Afganistanie, ale powstańcy działali tak długo, jak długo mieli pod kontrolą terytorium i ludność.

Zabicie Osamy Bin Ladena nie sparaliżowało Al-Kaidy, za to wywołało strategicznie szkodliwe reakcje w Pakistanie. Za chlubnym wyjątkiem pokonania Talibów w 2001 r., strategiczne zwycięstwo wymagało współpracy zarówno sił specjalnych jak i konwencjonalnych oraz narodowych cywilnych agencji bezpieczeństwa.

Trudno również powiedzieć, jak istotne będą siły specjalne w następnej wojnie. Choć Trump nie wydaje się być zainteresowany zaangażowaniem w "poważną" wojnę, może mieć niewielki wybór. Lyndon Johnson wysłał amerykańskie wojska do Wietnamu w 1965 r. tuż po tym, jak w kampanii wyborczej w 1964 r. przedstawił się jako "pokojowy" kandydat. George W. Bush uwikłał się w tłumienie rewolty w Afganistanie i Iraku, pomimo wcześniejszych obietnic, że będzie trzymał kraj z daleka od takich sytuacji.

Amerykańskie oddziały sił specjalnych mogą dopaść terrorystę albo wytrenować elitarną jednostkę lepiej niż ktokolwiek inny. Jednak nie mogą zniszczyć rosyjskiej dywizji pancernej ani zająć północnokoreańskiego miasta. Jeśli armia będzie przesuwać akcenty z konwencjonalnych sił na specjalne, tradycyjne oddziały potrzebne w dużej wojnie ucierpią.

Wśród weteranów, znajdujących się w odpowiedzialnych za narodowe bezpieczeństwo kręgach Trumpa, widać ważną zaletę - zdolność do odrzucania nierealistycznych oczekiwań wojskowych nowicjuszy, grupy, która zawsze była dobrze reprezentowana wśród doradców Białego Domu. Rozmieszczenie piechoty morskiej w Syrii w zeszłym miesiącu jest zachęcającym sygnałem, pokazującym chęć przeniesienia ciężaru z jednostek specjalnych, wykorzystywanych aż nadto przez żółtodziobów z czasów Obamy, do zapominanych jednostek konwencjonalnych.

Miejmy nadzieję, że to wskazuje pewien trend. Jeśli Trump przywiązuje wagę do zdania generałów i weteranów, może być pierwszym od dawna prezydentem USA, który wykaże trzeźwość i rozwagę w wykorzystywaniu sił specjalnych.

Mark Moyar, "The New York Times"

Mark Moyar jest dyrektorem Centrum Historii Wojska i Dyplomacji i autorem książki "Oppose Any Foe: The Rise of America’s Special Operations Forces" [w dosłownym tłumaczeniu z ang.: Przeciw wszelkim wrogom: Narodziny amerykańskich sił specjalnych"] (premiera niebawem)

tłum.: jk

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje