Niemcy nie potrafią debatować na temat islamu

Jak zadbać o integrację muzułmanów ze świeckim społeczeństwem? To trudne pytanie. Jedno wiadomo na pewno - obrażanie ich nie jest odpowiedzią - czytamy na łamach "The New York Times".

Był ciepły, czerwcowy dzień w wiosce na północy Niemiec, kiedy rozmawiałem z syryjskim przyjacielem przed lokalnym sklepem. Właśnie kupiłem lody i zaproponowałem, że się z nim podzielę, ale mój przyjaciel odmówił. Przestrzegał Ramadanu, który zakłada brak jedzenia i picia aż do zachodu słońca.

Reklama

"Gdybyście znaleźli azyl na kole podbiegunowym zamiast w Niemczech - zapytałem - to jak myślisz, czy już byście głodowali?" To nie było do końca poprawne politycznie pytanie, ale w naszej wiosce na bałtyckim wybrzeżu Niemiec latem słońce nie zachodzi, aż do godziny 23.00.

Mój syryjski przyjaciel zachichotał na pytanie o Koło Podbiegunowe - gdzie letnie słońce nigdy nie znika całkowicie - ale upierał się: prawo jest prawem; a tak nakazuje Prorok Mahomet. Pytałem jednak dalej: czy prorok byłby zadowolony, gdybyś przestrzegał postu, , zgodnie z godziną, która jest, powiedzmy, w Damaszku? Mój przyjaciel zachichotał ponownie: nie, to nie o to chodzi, nie tego dotyczyły prośby słowa proroka.  

Ta wymiana zdań wywołała we mnie sprzeczne uczucia. Czułem wielki szacunek dla siły woli mojego przyjaciela i idei Ramadanu: pozbawiania się czegoś, aby pobudzić empatię wobec ubogich. Tym, co mnie przestraszyło, była jednak jego odmowa kwestionowania nakazów religijnych i przynajmniej próba dostosowania ich do rozsądku bez zmniejszania ich moralnego celu.

Niemcy jako kraj stoją przed ogromnym wyzwaniem. Dla wielu niemuzułmańskich Niemców stosunkowo wysokie znaczenie, jakie wielu muzułmanów przywiązuje do boskich praw, rodzi pytanie, komu wszyscy imigranci i uchodźcy, którzy przybyli do nas w ostatnich latach, wolą przysięgać swoją wierność i lojalność: państwu, które ich przyjęło czy Allahowi? Czy nowo przybyli są naprawdę przekonani co do błogosławieństw otwartego, liberalnego społeczeństwa, czy też są jedynie szczęśliwi, że mogą wykorzystywać jego zalety?

Nowy niemiecki minister spraw wewnętrznych, Horst Seehofer, niedawno odniósł się do tych obaw, używając słów, które miały za zadanie uspokoić jego wyborców: "Islam nie przynależy do Niemiec’.

Seehofer, który jest także przewodniczącym konserwatywnej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej, zanegował założenia z 2010 roku, autorstwa Christiana Wulffa, ówczesnego prezydenta, z którymi utożsamiała się także kanclerz Angela Merkel.

Jeden z kolegów partyjnych w Seehofera, Alexander Dobrindt, posunął się jeszcze dalej mówiąc, że: "Islam, bez względu na jego formę, nie przynależy do Niemiec".

Ta prowokacja miała na celu wywołanie sprzeciwu wobec naiwności i beztroski tych, którzy próbowali zrobić miejsce dla islamu jako części kultury niemieckiej. Co za wspaniały pomysł: przeciwdziałanie lewicowemu uproszczeniu prawicową prostotą! Jeśli istnieje jednak coś, czego brakuje oświeconemu narodowi, takiemu jak Niemcy, jest to problem z prowadzeniem debaty.

Istnieje oczywiście wyraźne napięcie między  - w dużej mierze świeckimi - liberalnymi tradycjami kultury niemieckiej a tymi formami islamu, które na przykład stawiają prawo religijne nad prawem świeckim. Ale to także kwestia sporna: muzułmanie żyją tu od lat 60., a obecnie w Niemczech jest ich 6 milionów, co stanowi około 6 procent ich populacji. Problem polega na tym, w jaki sposób Niemcy sobie z tym radzą, a właściwie... nie radzą.

Pierwszym błędem, który popełnili konserwatyści, było przekonanie, że pierwsi imigranci-robotnicy sprowadzeni do Niemiec z Turcji w latach sześćdziesiątych, aby nadrobić niedobór siły roboczej, ostatecznie wrócą do swoich domów. Kolejny błąd, ten lewicowy, polegał na tym, że z otwartymi ramionami przyjęto wszystkich cudzoziemców, bez względu na wyznawane przez nich wartości. Po 11 września obie strony popełniły trzeci błąd, nie zadając bolesnych pytań o to, jak pogodzić islam z pluralistyczną, świecką demokracją.

Apatia, iluzje i fałszywa tolerancja pozostawiły ważne kwestie nierozwiązane przez pół wieku. Teraz  poskutkowało to wrogością: wielu Niemców po prostu nie wierzy, że islam jest zgodny z zachodnimi wartościami.

A jednak fakt, że wielu liberalnych muzułmanów żyje w Niemczech, sugeruje coś wręcz przeciwnego. To są ludzie, którzy sprzeciwiają się fałszywym dogmatom, zbyt dosłownej lekturze Koranu i antyzachodnim naukom. Problemem jest ich niewielka liczba i wrogość, z jaką spotykają się tu w Niemczech.

W reprezentatywnym badaniu przeprowadzonym przez Uniwersytet w Münster w 2016 roku, 47 procent tureckich imigrantów i ich potomków stwierdziło, że ważniejsze jest dla nich przestrzeganie nakazów religijnych niż praw kraju, w którym mieszkają. Około 32 procent powiedziało, że muzułmanie powinni próbować ponownie ustanowić porządek społeczny, taki jak ten, który obowiązywał za życia proroka Mahometa. A 50 procent stwierdziło, że istnieje "tylko jedna prawdziwa religia".

Są to niepokojące dane. Chociaż dawanie pierwszeństwa boskim prawom ponad świeckimi, niekoniecznie musi oznaczać odrzucenie demokracji (wielu chrześcijan i Żydów zgodziłoby się z tym stwierdzeniem), jednak to, jak bardzo wielu muzułmanów pragnie żyć w autorytarnym, a nie otwartym społeczeństwie jest szokujące.

Ich nietolerancja dla innych wierzeń pasuje do politycznej postawy, która zaskoczyła ten kraj rok temu: spośród około 700 000 tureckich muzułmanów w Niemczech, którzy uczestniczyli w referendum konstytucyjnym w Turcji w kwietniu ubiegłego roku, 63 procent głosowało za przyznaniem prezydentowi Recepowi Tayyipowi Erdoganowi niemal hegemonicznej władzy.

Pogarda dla liberalizmu jest prawdziwym problemem, ale retoryka, taka jak w przypadku Seehofera, tylko pogarsza sytuację. Będzie to wiązało się z uczuciem, już powszechnym wśród muzułmanów, że i tak nie ma dla nich miejsca w Niemczech. Zdanie "islam nie przynależy do Niemiec" jest darem dla radykałów, którzy utrzymują obsesyjny, binarny światopogląd: Zachód kontra islam.

Co z tym dalej zrobić? Zamiast powielać błędy przeszłości, świecka większość w Niemczech powinna wyjaśnić dwie rzeczy swoim muzułmańskim obywatelom. Tak, muzułmanie tu należą - ale przynależność niesie ze sobą oczekiwania wobec nich. Bycie obywatelem oznacza przede wszystkim ochronę wartości i praw, które czynią ten kraj tak atrakcyjnym. Świecka większość musi nauczyć się, jak przekazywać te oczekiwania w jasny, ale cywilizowany sposób.

Niemcy borykają się z tym, ponieważ ze względów historycznych czują się niekomfortowo z żądaniami mniejszości religijnych. Innymi słowy, problem polega nie tylko na tym, że politycy posługują się głupimi sloganami. Jest to również większość niepopulistycznych Niemców, którzy są nieśmiali w wyrażaniu warunków uczestnictwa w społeczeństwie pluralistycznym.

(Jochen Bittner jest redaktorem politycznym w "Die Zeit" i pisarzem opiniotwórczym.)

Jochen Bittner/The New York Times

Tłum.: KK

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje