​Niemcy trzymają się centrum

Angela Merkel /PAP/EPA

Tak, to prawda, skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec (AfD) bardzo dobrze poradziła sobie w wyborach. Jednak przytłaczająca większość wyborców zdecydowanie odrzuca ich przekaz - czytamy na łamach "The New York Times".

Reklama

24 września był czarnym dniem w historii Niemiec. Po raz pierwszy w powojennej historii, skrajnie prawicowa partia zdobyła na tyle dużo głosów, aby wejść do Bundestagu. I to wcale nie o włos - Alternatywa dla Niemiec zdobyła 12,6 proc. głosów, pokonując partie takie jak Zieloni i pro-biznesowych Wolnych Demokratów, stając się jednocześnie trzecim ugrupowaniem z największą reprezentacją w parlamencie. To szok i katastrofa.

Jednocześnie 24 września był wspaniałym dniem dla Niemiec. To był pokaz stabilnej i zdrowej powojennej demokracji. To dowód, że taki system sprawdza się nawet podczas kryzysów. To był także pokaz niemieckiej dojrzałości i spokoju.

Reklama

Spróbuję wyjaśnić, jak to możliwe, że oba te scenariusze były możliwe tego samego dnia.

To był smutny dzień, ponieważ około 5,8 miliona Niemców oddało swój głos na Afd. Partia założona w 2013 przez mieszaninę ultrakonserwatystów, prawicowych ekonomistów i grup, które nadmiernie martwiły się zaangażowaniem kanclerz Angeli Merkel w sprawy strefy euro. Ugrupowanie przyjęło antyimigrancki kurs, który został podsycony przez kryzys uchodźczy w 2015 i 2016 roku.

Zarówno na swojej stronie internetowej, jak i w publicznych wystąpieniach politycy AfD coraz częściej posługiwali się rasistowskim językiem. AfD postrzega Niemców, jako spójny biologicznie organizm, zagrożony zniszczeniem ze strony imigrantów. Dąży do ochronienia endemicznej niemieckiej kultury, postrzegając jednocześnie kulturę imigrantów jako gorszą.

Alexander Gauland - jeden z dwóch liderów partyjnych, zażądał ostatnio, aby Aydan Ozogus - polityk tureckiego pochodzenia, został "zutylizowany" w Turcji. Dodał, że Niemcy mogą być dumni z "osiągnięć niemieckich żołnierzy podczas obu wojen światowych". W oświadczeniu, które wygłosił zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów, Gauland powiedział: "odbierzemy sobie nasz kraj i nasz naród".

AfD otrzyma najprawdopodobniej około 94 miejsca z 709 miejsc w parlamencie - oznacza to, że w Bundestagu pojawią się jeszcze gorsze "osobistości" niż Gauland. Będą to ludzie sympatyzujący z grupami ekstremistycznymi i miłośnikami teorii spiskowych.

Jest jeszcze inny sposób, w który można interpretować te wyniki. Zaledwie dwa lata temu do Niemiec dotarło jednocześnie 890 tysięcy imigrantów; zaledwie rok i dziewięć miesięcy temu gangi złożone z młodych mężczyzn, w większości z północy Afryki, molestowały i napastowały seksualnie kobiety podczas obchodów sylwestrowych w Kolonii; zaledwie kilka miesięcy temu doszło do serii zamachów terrorystycznych w Niemczech - z czego jeden z nich został przeprowadzony w stolicy - i mimo tego wszystkiego aż 87 procent Niemców zagłosowało na inne partie niż AfD.

Nieważne, w jaki sposób AfD próbowało przekuć te wszystkie wydarzenia na swoje zwycięstwo w ostatnich tygodniach wyścigu wyborczego, ostatnie 1,5 roku pokazuje, że Niemcy są zjednoczeni, a nie w agonii. Biorąc pod uwagę raczej stabilną naturę niemieckiej polityki, osobom postronnym może być trudno zrozumieć, jak bardzo kontrowersyjne były ostatnie dwa lata. W styczniu 2016 roku, zaraz po napaściach w Kolonii, atmosfera w Niemczech niebezpiecznie zbliżała się do punktu zapalnego. Zaufanie dla rządu gwałtownie spadło, podobnie jak poparcie dla Angeli Merkel. Niektóre sondaże dawały AfD nawet 15 procent poparcia.

Ale wtedy rządząca koalicja centrolewicowych Demokratów i centroprawicowych Chrześcijańskich Demokratów zmieniła swoją politykę. Bundestag uchwalił szereg przepisów ograniczających imigrację i dał większe uprawnienia policji i służbom wywiadowczym. Merkel - wywodząca się z chrześcijańskich demokratów - poparła umowę z Turcją w sprawie zatrzymania uchodźców w zamian za wsparcie finansowe.

Nie wszystkie tego typu decyzje są mądre. Niektóre z nich utrudnią integrację uchodźców i innych imigrantów, którzy pozostają w Niemczech. Ale wiele z nich jest rozsądnych i niezbędnych, a zasadniczo nikt nie podważa zobowiązania rządu koalicji do pomocy uchodźcom. Wynikami wyborów podtrzymano to wsparcie - i dla Merkel i dla rządu i dla polityki wobec uchodźców przebywających w kraju.

Jeśli spojrzymy na demokrację jak na rynek pomysłów i stanowisk, gospodarka polityczna Niemiec w ciągu ostatniego roku pracowała bardzo dobrze. AfD pojawiła się z powodu luki rynkowej - wówczas nie było nikogo kto chciałby surowszych przepisów imigracyjnych - jednak kiedy rządzące partie przyjęły politykę w celu wyeliminowania tej luki, ekstremistom zabrakło paliwa. Według jednego z sondaży, tylko 50 procent Niemców uważa uchodźców za "ważny problem". W tegorocznych wyborach ludzie dbali o edukację, opiekę nad osobami starszymi, o Koreę Północną. Polityka dotycząca uchodźców była ważnym tematem, ale nie dominującym.

60 procent głosujących na AfD deklarowało, że oddało na nich swój głos, ponieważ nie są zadowoleni z obecnej sytuacji na scenie politycznej. I ta odpowiedź mimo wszystko jest pocieszająca, bo niekoniecznie musi oznaczać, że wśród nas żyje 5 milionów rasistów. Taki wynik głosowania miał być jedynie wyrazem sprzeciwu, a nie przewrocie w ideologii, która panuje w kraju.


Wielu Niemców mocno krytykowało tę kampanię - jest zbyt nudna - mówili - zbyt nudna. Brakuje w niej konfrontacji. Takie komentarze mnie denerwują. Jakich wyborów chcieli? Takich, w których kandydaci obrażają się nawzajem?

24 września Niemcy mieli możliwość wyboru spośród dwóch potencjalnych i doświadczonych kandydatów, a także wielu innych z mniejszych partii, reprezentujących niemal każdy punkt widzenia politycznego. W przeważającej części są to osoby, które naprawdę dbają o kraj i mają głęboką wiedzę na temat najważniejszych kwestii.

Dwie trzecie wszystkich uprawnionych wyborców oddało swój głos. Większość z nich głosowała na liberalną demokrację. Nagłówki z 24 września były złowieszcze. Ale nie powinniśmy zapominać o tym, jak wielkie mieliśmy jednocześnie szczęście.

Anna Sauerbrey jest dziennikarką "Der Tagesspiegel".

Anna Sauerbrey/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje