Niemiecki pacyfizm do poprawki

Niemcy wciąż żyją w poczuciu winy, którego źródłem jest rola, jaką odegrały w dwóch wojnach światowych. To dlatego boją się udziału w interwencjach militarnych i pielęgnują źle pojmowany pacyfizm – pisze niemiecki dziennikarz, Jochen Bittner.

Czy współczesne Niemcy zechciałyby pospieszyć ze zbrojną pomocą Niemcom w roku 1944? Nie trzeba podsłuchiwać telefonu Angeli Merkel, by udzielić odpowiedzi na to pytanie. Brzmi ona: "Nie".

Reklama

Niemcy to europejska superpotęga, nie mająca obecnie żadnej konkurencji. To również gospodarczy i polityczny lider na Starym Kontynencie. A jednak - o ile można przyjąć za jakiś wyznacznik działania podejmowane przez Berlin w odpowiedzi na globalny kryzys, czy też ogólną postawę niemieckich polityków i obywateli - wydaje się, że nic nie byłoby w stanie skłonić niemieckiego rządu do podjęcia interwencji militarnej w jakiejkolwiek sprawie: ani brak wątpliwości natury prawnej; ani wzgląd na bezpieczeństwo własnego kraju; ani nawet obowiązek moralny.

Takie niewzruszone stanowisko jest wręcz dla Niemców powodem do dumy. Szef niemieckiej dyplomacji, Guido Westerwelle, z upodobaniem używa sformułowania "kultura militarnej powściągliwości", wiedząc, że wyraża tym samym odczucia ogółu społeczeństwa.

Czym w istocie jest ta "kultura"? Czy najpotężniejsze państwo Europy rzeczywiście postanowiło zostać "Szwajcarią świata"?

Kronika bezczynności

Zacznijmy od prześledzenia imponującej kroniki przypadków niemieckiej bezczynności. Konflikt, który rozgorzał w Libii w 2011 r., spełniał wszystkie podręcznikowe kryteria kwalifikujące go do operacji humanitarnej. Walczący o wolność cywile byli atakowani przez siły powietrzne podległe psychotycznemu dyktatorowi. Rada Bezpieczeństwa ONZ zaaprobowała interwencję, podobnie zresztą jak Liga Arabska. Jednak mimo iż działania militarne (których osią było egzekwowanie zakazu lotów nad Libią) nie niosły ze sobą większego ryzyka dla państw-uczestników operacji, Niemcy nie tylko nie wysłały nad Afrykę Północną swoich myśliwców, ale nawet wycofały stamtąd swoje załogi obsługujące NATO-wskie samoloty zwiadowcze AWACS.

Niedługo później, kiedy islamiści opanowali północną część Mali, Berlin stwierdził, że w interesie Europy leży zapobieżenie scenariuszowi, w którym Mali stałoby się "afrykańskim Afganistanem" - ale, koniec końców, to na barki Francuzów złożono obowiązek realizacji tej misji. A jeśli chodzi o Syrię, to nawet użycie broni chemicznej przez reżim Baszara al-Assada przeciwko jego własnym obywatelom nie wywołało żadnej debaty w parlamencie kraju, który przecież nigdy (i słusznie) nie uchylał się od historycznej odpowiedzialności za Holokaust.

Defensywnie nastawieni politycy w Berlinie buntują się przeciwko takiemu przedstawianiu sprawy, utrzymując, że powojenne Niemcy uczestniczyły w licznych operacjach wojskowych. A Kosowo? A Afganistan?! Przecież to były ważne misje!

Nie dajmy się jednak zwieść. Dziś widać wyraźnie, że tamte interwencje to potwierdzające regułę wyjątki, wyraźnie odcinające się od ogólnego tła, jakim jest specyficzne podejście do polityki zagranicznej kultywowane w Niemczech od 70 lat - wygodne i świętsze w swej naturze od samego papieża.

Cień mrocznej przeszłości

Niemcom nie wolno nigdy zapomnieć o swojej militarnej historii, jakże katastrofalnej w skutkach. Ale jednocześnie współczesne Niemcy to inny kraj niż ten z 1914 czy 1939 roku. Trudna historia stała się dziś dla nich wymówką, stosowaną w sytuacjach, w których trzeba wytłumaczyć, dlaczego nie postąpiło się w sposób słuszny.

Niemcy uparcie rozpamiętują swoją mroczną przeszłość, a przecież reszta świata już dawno zostawiła te demony za sobą. Żadne z państw sąsiadujących z Niemcami nie wzywa do ograniczenia ich potencjału militarnego. Jest wręcz przeciwnie: Europejczycy, a także Amerykanie, chcieliby, żeby Niemcy były w stanie sprostać oczekiwaniom wiązanym z silną międzynarodową pozycją, jaką cieszą się od kilkunastu lat.

Nie chcę przez to powiedzieć, że postawa niemieckich przywódców jest wybitnie cyniczna. To po prostu pacyfizm, który zapuścił korzenie zbyt głęboko. Sądzę, że winę za posianie tego ziarna ponoszą Stany Zjednoczone. Po 1945 r. rozpoczęto reedukację niemieckich obywateli. Przyniosła ona aż za dobre skutki. Pacyfizm, nierzadko podszyty hipokryzją, wpisał się w kod genetyczny Niemców.

Postawę tę wzmocniły jeszcze nasze doświadczenia z okresu zimnej wojny. Ja sam wychowywałem się w Niemczech Zachodnich, niedaleko Fuldy. Znajdował się tam punkt - tzw. Fulda Gap - przez który, zdaniem NATO-wskich ekspertów, przeszłyby armie Układu Warszawskiego w wypadku inwazji na Europę Zachodnią. Wszyscy więc spodziewali się, że ewentualna trzecia wojna światowa rozpocznie się właśnie w tym miejscu. To dlatego przez siedem dni w tygodniu krążyły nad nami bombowce, ćwicząc zrzucanie bomb atomowych.

Każdemu uczniowi wpajano w tamtym czasie cztery prawdy: wojna to najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć; my, Niemcy, zdradzamy skłonność do wszczynania wojen; to my rozpętaliśmy obie wojny światowe; gdyby doszło do trzeciej wojny światowej, Niemcy zginą jako pierwsi.

Naszym nauczycielom kazano zagłębiać się w grozę obozów koncentracyjnych, wyzwolonych przez Amerykanów. Ci sami nauczyciele przekazywali nam później światopogląd, według którego wojna nigdy, przenigdy nie może być rozwiązaniem. W żadnej sytuacji.

Jest to w pełni zrozumiałe. Ale też nie jest to prawdą. Na przykład - wszyscy zapomnieli o fakcie, że to właśnie za pomocą środków militarnych położono kres zbrodniom Holokaustu.

Czy wojna zawsze jest zła?

Niektórzy spośród naszych przywódców zdawali sobie sprawę z tego paradoksu. "Mówiliśmy "nigdy więcej wojny", ale zawsze dodawaliśmy "nigdy więcej Auschwitz"" - powiedział w 1999 r. nasz ówczesny minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer. Większość zignorowała jednak jego słowa.

Prawda tymczasem jest taka, że nawet Niemcy muszą wybierać pomiędzy złem - i złem. Przez pewien czas po zakończeniu zimnej wojny tak rzeczywiście było. W drugiej połowie lat 90., postawieni przed takim właśnie wyborem, zdecydowaliśmy, że weźmiemy udział w bombardowaniach Serbii, a w 2002 r. - że wyślemy naszych żołnierzy do Afganistanu.

To już jednak odległa przeszłość. Patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że to właśnie Fischer, wykorzystując do tego swój autorytet, musiał przekonać Niemców, że w jednym i drugim przypadku akcja militarna była konieczna. Nikt inny nie potrafiłby złamać tego tabu. A i jemu udało się zmienić nasz sposób myślenia tylko na krótki czas.

Dziś tego rodzaju debaty raczej nam nie grożą. Obecny prezydent Niemiec, Joachim Gauck, powiedział niedawno, że nie wyobraża sobie, by jego kraj "pomniejszał swoją rolę w celu uniknięcia ryzyka i solidarności". Ale to tylko wątły, osamotniony głos, pozbawiony realnej siły.

W poszukiwaniu drogi wyjścia z tego pata powróciliśmy do prostej formuły z czasów zimnej wojny: niech inni się tym zajmą. Albo - niech inni się tym nie zajmują. W najbliższej przyszłości nie liczcie na nas, Niemców. To my będziemy liczyć na was.

Jochen Bittner *

© The New York Times 2013

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

*Autor jest dziennikarzem niemieckiego tygodnika "Die Zeit"

Dowiedz się więcej na temat: Niemcy | konflikty zbrojne | konflikty na świecie | wojsko

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje