​Niemiecki problem z pierwszą damą

Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Niemczech wszyscy zadają sobie pytanie: czy pierwsza dama reprezentuje to, kim jesteśmy, czy to, kim chcielibyśmy być - pisze Anna Sauerbrey na łamach "The New York Times".

W pewnym sensie Elke Büdenbender jest całkowitym przeciwieństwem Melanii Trump. Żona Franka-Waltera Steinmeiera, nowego niemieckiego prezydenta, musiała porzucić swoją pracę sędzi w Sądzie Administracyjnym w Berlinie. Chciała poświęcić się całkowicie swojej nowej roli pierwszej damy. Melania Trump wręcz przeciwnie, nie ma ochoty poświęcać czasu na bycie pierwszą damą, zamiast tego kontynuując... nicnierobienie.

Reklama

Niemniej jednak, jakkolwiek różnią się od siebie te dwie kobiety, w Niemczech odbywa się teraz ta sama dyskusja co w Stanach Zjednoczonych: czy w XXI wieku wciąż potrzebujemy instytucji pierwszej damy? Czy "pierwsza gospodyni domowa" nadal jest odpowiednim przedstawicielem narodu? I czy reprezentuje ona taki naród, jakim chcemy być?

Jeśli chodzi o naród, jakim chcemy być, niemiecka odpowiedź na to pytanie jest dość prosta: nie. Większość Niemców lubi myśleć o równouprawnieniu kobiet jak o misji i prawdopodobnie zgodziłaby się, że model życia, który reprezentują mieszkańcy Schloss Bellevue, rezydencji prezydenta, jest już przeżytkiem.

Niemcy nigdy nie miały prezydenta kobiety, co może być powodem, dla którego nigdy nie zmodernizowano roli pierwszej pary. W Schloss Bellevue nadal trwają lata pięćdziesiąte, przekształcając je w muzeum historii społecznej, karykatury "Mad Men" ukazującej domową, patriarchalną przeszłość, w której unosi się zapach niedzielnego obiadu, stygnącego w oczekiwaniu na to, aż głowa rodziny wróci do domu.

Niemiecka pierwsza dama, w przeciwieństwie do swojej amerykańskiej odpowiedniczki jest kobietą "trwającą przy boku męża", jak ujmuje to wiele mediów. Jest aktywna, ale w rozsądny i ograniczony sposób. Taki, który spodobałby się także w powojennych Niemczech. Tradycyjnie jest patronką Müttergenesungswerk, organizacji charytatywnej, która dba o zdrowie matek, założonej przez Elly Heuss-Knapp, pierwszą kobietę pełniącą funkcję pierwszej damy Niemiec. Horst Köhler, prezydent Niemiec w latach 2004-2010, a także jego żona, Eva Luise, założyli fundację zajmującą się rzadkimi chorobami.

Pierwsza dama jest odpowiedzialna za organizację noworocznego przyjęcia u prezydenta i inne zadania, które korespondują z tradycyjnym pojmowaniem roli kobiety: opieką, pielęgnacją i przyjmowaniem gości.

Wszystko to opiera się na konwencji. Pierwsza dama nie pełni żadnej konstytucyjnej roli. Jeśli pełniłaby rolę urzędnika państwowego wyposażonego w biuro, asystenta i personel, mogłoby to budzić wiele prawnych wątpliwości - jak zauważyła Sophie Schönberger, profesor prawa konstytucyjnego Uniwersytetu w Konstancji, na łamach "Süddeutsche Zeitung". Schönberger powołała się tu na kwestię sporną dotyczącą tego, czy Melania Trump powinna otrzymywać pensję.

Jak to określił Norbert Lammert, przewodniczący parlamentu niemieckiego, podczas inauguracji Steinmeiera, zwracając się do Büdenbender: "Twoje stanowisko w świetle naszej konstytucji nie istnieje". To tak, jakby próbował streścić historię kobiet w jednym zdaniu: kobiety zawsze radziły sobie bez obejmowania urzędów, działały bez docenienia, pracowały bez wynagrodzenia i istniały poza prawem pisanym.

W Niemczech istnieje konsensus co do tego, że taki stan rzeczy musi się skończyć, pomimo ostatnich prób populistów, aby zdyskredytować feministyczne zapędy. W ciągu ostatniej dekady niemieckie rządy i niemieckie społeczeństwo obywatelskie zainwestowały znaczną część energii i pieniędzy w promowanie uczestnictwa kobiet w rynku pracy i ich widoczności w sferze publicznej. Niestety - pomimo podniesienia wydatków na przedszkola i współdzielony urlop rodzicielski - niewiele się zmieniło.

Co sprowadza nas po raz kolejny do pytania: czy nieoficjalna funkcja pierwszej damy reprezentuje Niemcy takimi, jakie są? Tu odpowiedź brzmi: tak.

Kobiety w Niemczech są bardzo dobrze wykształcone. Ale kiedy rodzi się pierwsze dziecko, zwykle ustępują pola już nigdy nie wracają. Niemcy są obecnie rządzone przez kobietę-kanclerza, a także sześć kobiet i dziewięciu ministrów płci męskiej. Jednak wszechobecność silnych kobiet w polityce jest myląca. Tylko 6,7 procent wszystkich członków zarządów firm figurujących na niemieckiej giełdzie to kobiety.

Na niższych szczeblach społecznych widzimy ten sam obrazek. Jesteśmy krajem matek przebywających na stale w domu i matek na pół etatu - szczególnie w porównaniu z naszymi sąsiadami z Europy Północnej i Wschodniej, a nawet ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie praca rozkłada się bardziej równomiernie.

Dane opublikowane w marcu przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju  pokazują, że ponad jedna piąta niemieckich kobiet w wieku od 25 do 40 lat, która ma co najmniej jedno dziecko, przebywa w domu; reszta pracuje mniej niż 30 godzin tygodniowo. Tylko 10 procent wszystkich par w tej grupie wiekowej pracuje po równo, w pełnym wymiarze godzin.

Typowa kariera niemieckiej kobiety wygląda następująco: zdobywa wykształcenie, aby pracować za niską płacę w sektorze społecznym, medycznym lub edukacyjnym, bierze wolne, aby zająć się dziećmi, wraca do pracy w niepełnym wymiarze czasu (uzyskując przy tym mniejsze uznanie niż koledzy płci męskiej, którzy pracują w pełnym wymiarze godzin), później znów bierze wolne, aby zając się swoimi rodzicami w podeszłym wieku, znów wraca do pracy w niepełnym wymiarze godzin, a kiedy odchodzi na emeryturę, zajmuje się mężem i zestresowanymi dziećmi, otrzymując przy tym grosze.

Büdenbender nie powtórzyła oczywiście tego wzorca. Jest kobietą, która wychowała dziecko i miała imponującą karierę, pomimo nieobecnego męża. Jednak jej nowa rola odzwierciedla co innego - jest "u boku" i nie może po prostu "być sobą". Jest menadżerem bez biura, pracującym bez uznania, bez wynagrodzenia i nie zapisuje się na kartach historii.

Wybór Büdenbender, aby być pierwszą damą na pełen etat boleśnie przypomina o wadach i sprzecznościach związanych z emancypacją w Niemczech, o szerokiej luce pomiędzy publicznym dyskursem a rzeczywistością społeczną, która zaczęła się tworzyć już ćwierć wieku temu.  Niezwykle interesujące będzie obserwowanie, czy będzie ona reinterpretować swoją rolę, aby tę lukę "załatać" - przynajmniej w kwestii tego, czym naprawdę jest ona sama, a tego, czym jest pierwsza dama.

Anna Sauerbrey/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje