Niewidzialny mur wciąż dzieli Niemcy

Chociaż zbudowany pół wieku temu mur berliński już dawno runął, Niemcy wciąż dzieli niewidzialna ściana, a we wschodnich landach przeważa poczucie frustracji i braku perspektyw - pisze w "International Herald Tribune" Judy Dempsey.

13 sierpnia, w 50. rocznicę początku budowy muru berlińskiego, w północnowschodnim landzie Meklemburgia - Pomorze Przednie, odbędzie się zjazd działaczy regionalnych struktur niemieckiej partii Die Linke (Lewica). Delegaci - wśród których znajduje się wielu dawnych komunistów ze Wschodnich Niemiec, ale też wielu ludzi młodych - będą debatować nad złożonym przez kilku członków ugrupowania niecodziennym wnioskiem o uznanie budowy muru berlińskiego za konieczność, której nie sposób było uniknąć.

Reklama

Jeśli okoliczność ta pozostawia jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do nostalgii, z jaką Die Linke myśli o murze, który przez niemal 30 lat więził 17 milionów ludzi, oto wyniki sondażu przeprowadzonego w tym miesiącu przez dziennik "Berliner Zeitung": 75 proc. stołecznych zwolenników tego ugrupowania uważa, że wzniesienie muru było uzasadnione lub częściowo uzasadnione.

Niebezpieczna nostalgia

Poparcie dla idei muru nie ogranicza się tylko do Die Linke. Ze wspomnianego sondażu wynika również, że aż jedna trzecia mieszkańców Berlina jest zdania, że istnienie długiej na 155 kilometrów betonowej konstrukcji oddzielającej Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego (nie wspominając o ciągnącej się przez 1400 km silnie strzeżonej granicy pomiędzy NRD i RFN) było przynajmniej częściowo usprawiedliwione.

Respondenci stwierdzili, że mur był konieczny, by powstrzymać eksodus wykwalifikowanych pracowników masowo uciekających na Zachód z Niemieckiej Republiki Demokratycznej (w latach 1945 - 1961 opuściło ją ok. 2,5 mln ludzi), a także by ustabilizować polityczną sytuację w rejonie Berlina i na całym terytorium obecnych Niemiec w dobie Zimnej Wojny.

Arnold Schoenenburg, członek Die Linke i współautor wniosku przygotowanego przez działaczy z Meklemburgii - Pomorza Przedniego, mówi wręcz, że bez muru nie udałoby się zbudować socjalizmu we Wschodnich Niemczech.

Taka postawa jest kpiną z setek ludzi, którzy zginęli podczas prób ucieczki na Zachód i tysięcy innych, którzy aktywnie sprzeciwiali się reżimowi oraz znienawidzonej, wszechobecnej tajnej policji Stasi, będącej podporą komunistycznej dyktatury.

- To niezwykle smutna rocznica - mówi Hope M. Harrison, która jako profesor nadzwyczajny wykłada historię i stosunki międzynarodowe na George Washington University w Waszyngtonie. W ciągu swojej wieloletniej pracy, prof. Harrison miała dostęp do moskiewskich i berlińskich archiwów dokumentujących genezę budowy muru i jej przebieg. - A w świetle wyników tego sondażu, ten smutek jest podwójny. Dowodzą one bowiem, że w umysłach wielu ludzi mur berliński wciąż istnieje - dodaje prof Harrison.

Komunistyczny "raj"

To kultywowanie pamięci o murze ma związek z poczuciem braku bezpieczeństwa w wymiarze ekonomicznym, silnego zwłaszcza wśród kobiet, które w dniu zburzenia muru, w listopadzie 1989 r., znajdowały się u schyłku czwartej lub na początku piątej dekady swojego życia. - U takich osób dominuje uczucie rozczarowania - wyjaśnia Everhard Holtmann, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Marcina Lutra w Halle i Wittenberdze.

W komunistycznych Niemczech Wschodnich kobiety cieszyły się szczególnie uprzywilejowaną pozycją. NRD wypracowało doskonały system państwowej opieki nad dziećmi, dzięki czemu po urodzeniu dziecka matki miały możliwość powrotu do pracy w pełnym wymiarze godzin lub w systemie elastycznym. Zachodnioniemieckie środowiska konserwatywne twierdzą, że dzięki tego rodzaju udogodnieniom komunistyczny reżim mógł bez przeszkód indoktrynować młode pokolenia. A jednak takich właśnie rozwiązań poszukują dzisiaj młode matki zw zachodnich landach.

Kiedy w 1990 r. doszło do zjednoczenia Niemiec i ogromne, niekonkurencyjne zakłady przemysłowe dawnej NRD zostały zamknięte, pracę straciły miliony osób. Ówcześni czterdziestokilkulatkowie - zarówno kobiety, jak i mężczyźni - dziś nie znajdują się już nawet w oficjalnych rejestrach bezrobotnych. Żyją z zapomóg, a dla statystyk są niewidoczni, mówią analitycy.

Kolejni przegrani to dawna nomenklatura partyjna, w tym również Stasi. Wielu spośród tych, którzy tworzyli niegdyś aparat Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, wciąż nie może uwolnić się od wspomnień o murze - po części dlatego, iż nadal wierzą, że NRD była lepszym państwem, a po części z uwagi na fakt, że ogromna większość nie ma już w zjednoczonych Niemczech żadnej władzy ani nie piastuje wysokich stanowisk.

Taka postawa służy interesom Die Linke, która jest politycznym spadkobiercą Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec. Od czasu reunifikacji Die Linke (wywodząca się z Partii Demokratycznego Socjalizmu) konsekwentnie zdobywa ok. jednej czwartej głosów we wschodnich landach, dzięki czemu posiada mocną pozycję w parlamencie federalnym, Bundestagu.

Stracone pokolenie?

Tymczasem analitycy podkreślają, że największym powodem do niepokoju związanym z rocznicą 13 sierpnia jest ślad, jaki istnienie muru berlińskiego pozostawiło na młodym pokoleniu.

Po upadku muru nastąpiła swoista migracja talentu na Zachód. Fakt ten zaowocował radykalną transformacją demograficzną, wyjaśnia Steffen Kroehnert z Berlińskiego Instytutu Badań nad Ludnością i Rozwojem. W latach 1989 - 2005 ponad 1,6 mln obywateli dawnych Niemiec Wschodnich przeniosło się do landów, które tworzyły dawną RFN. - Wpływ, jaki migracja ta wywarła na wschodnie kraje związkowe, był ogromny - mówi Kroehnert.

Wyjechali głównie ludzie młodzi, zmotywowani i dobrze wykształceni. W ponad 60 proc. były to osoby w wieku poniżej 30 lat, przy czym nieproporcjonalnie wysoki odsetek stanowiły kobiety.

- Kobiety widziały, co stało się z ich matkami - mówi Steffen Kroehnert. - Wiedziały, że perspektywy znalezienia dobrej pracy są mgliste. Kończyły więc studia i emigrowały. I odkładały decyzję o macierzyństwie.

Statystyki pokazują, że niewielu z tych wewnętrznych emigrantów zdecydowało się na powrót. W efekcie liczba młodych ludzi w dawnych Niemczech Wschodnich drastycznie spadła. W 1989 r. osoby poniżej 20 roku życia stanowiły 25,5 proc. populacji dawnej NRD. W 2008 r., w następstwie spadku liczby urodzeń i emigracji wewnętrznej, odsetek ten zmalał do 15, 5 proc. Na terenie dawnych Niemiec Zachodnich w analogicznym okresie wyniósł on tymczasem 19,9 proc.

Konsekwencje tego drenażu mózgów są oczywiste. Na wschodzie kraju straszą opustoszałe wioski i miasteczka, przede wszystkim w Meklemburgii - Pomorzu Przednim i Brandenburgii. Ci, którzy pozostali, to emeryci lub osoby długotrwale bezrobotne. Młodzi nie mają zbyt wielu możliwości.

Socjologów niepokoją głównie rzesze bezrobotnych samotnych mężczyzn, którzy często ulegają retoryce reprezentujących skrajną prawicę ugrupowań, zwłaszcza, jeśli chodzi o oskarżanie sąsiadów z Europy Wschodniej o rzekome zabieranie im miejsc pracy.

- To swoisty mentalny mur - mówi prof. Everhard Holtmann. Ci młodzi ludzie rzadko podejmują bowiem decyzje o wyjeździe czy przekwalifikowaniu, jak wynika z danych Federalnej Agencji Zatrudnienia. Tym samym zasilają oni szeregi niewykwalifikowanej siły roboczej we wschodnich landach.

I tak tragiczna historia się powtarza. Dokładnie taki sam drenaż mózgów skłonił 50 lat temu wschodnioniemieckich przywódców do budowy muru berlińskiego i przekształcenia Niemieckiej Republiki Demokratycznej w gigantyczne więzienie. Na szczęście dziś nawet najbardziej radykalni działacze Die Linke nie sugerują, że odbudowanie muru miałoby zbawienne skutki. Nie zmienia to faktu, że partia ta wciąż jeszcze nie zostawiła za sobą tego rozdziału niemieckiej historii.

Judy Dempsey

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: W.E. | Mur Berliński | Niemcy | NRD | historia | komunizm

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy