Niezamężne, po trzydziestce i... dumne!

Przez wiele lat chińskie singielki, które ukończyły 25. rok życia, a nie przekroczyły jeszcze trzydziestki, musiały zmagać się z etykietką „sheng nu”, czyli „niechcianych kobiet”. Terminem tym ochoczo posługiwali się ich bliscy, państwowe media – w zasadzie całe społeczeństwo. Komunikat był wyraźny: jeśli nie znajdziesz sobie męża przed 25. urodzinami, później twoje szanse na zamążpójście będą bliskie zeru.

Coraz więcej Chinek zaczyna jednak walczyć z tym stereotypem.

Reklama

- Nie akceptuję tej definicji - mówi 34-letnia Li Yue, pracująca na co dzień w organizacji pozarządowej w Pekinie. - To niedorzeczne. Kto decyduje o tym, że jestem niechciana? I niby przez kogo mam być niechciana? Wcale się tak nie czuję. Przeciwnie, mam poczucie, że prowadzę takie życie, jakie mi się podoba.

- Bardzo mnie to denerwuje - dodaje Wang Man, 31-letnia pracownica innej pekińskiej organizacji pozarządowej, zajmującej się walką z ubóstwem. - Obecnie jednak coraz mniej mnie to obchodzi, bo wyczuwam w tym zwyczajny spisek. Taka terminologia służy temu, by karcić kobiety; by mówić im, co mają robić, gdzie i kiedy. Chodzi o to, by zmusić nas do poświęcenia, do rezygnacji z siebie, do opieki nad mężem, dziećmi, starszymi osobami...

Rynek matrymonialny w Chinach

W całych Chinach liczba kawalerów przed trzydziestką aż o 20 milionów przewyższa liczbę niezamężnych kobiet w tym samym wieku. W głównej mierze jest to efekt tak zwanej selektywnej aborcji, która pozwalała na pozbywanie się żeńskich płodów - z możliwości tej korzystała większość chińskich rodziców, pragnących męskiego potomka. Dlaczego więc problem "niechcianych kobiet" jest tak powszechny? Czy zdesperowani młodzi mężczyźni nie powinni raczej walczyć o względy panien?

Niekoniecznie. W Chinach utarło się, że mężczyzna powinien zarabiać więcej niż kobieta. W praktyce oznacza to, że wiele chińskich singielek - w miarę, jak ich zarobki rosną - jest poza zasięgiem swoich rówieśników uczestniczących w rynku matrymonialnym.

Z kolei coraz wyraźniejszy sprzeciw wobec stygmatyzującej i dla wielu wciąż bardzo bolesnej etykietki "niechcianych kobiet", przejawiany przez młode Chinki pokroju Li Yue czy Wang Man, doprowadził do wykształcenia się nowej postawy. Postawę tą można określić mianem inteligentnej riposty na "sheng nu". Tak, jesteśmy "sheng nu" - mówią kobiety - ale "sheng" oznacza tutaj nie "niechciane", a "zwycięskie".

Stan wolny - sukces czy porażka?

By zrozumieć tę woltę, trzeba przeanalizować pewną grę słów. "Sheng nu" dosłownie oznacza "kobiety, które pozostały". Jednak słowo "sheng" w języku chińskim może przyjmować różne znaczenia, w zależności od kształtu pisanego znaku graficznego (ta cecha chińskiego stwarza nieograniczone możliwości zabaw słownych, które w Chinach są niezwykle popularną rozrywką). Tym samym "sheng nu" można interpretować jako "kobiety zwycięskie" - albo, jak wolą niektórzy, "kobiety, które odniosły sukces".

Do spopularyzowania nowego znaczenia terminu "sheng nu" przyczynił się emitowany od lipca 2012 r. serial telewizyjny, którego tytuł można przetłumaczyć jako "Cena bycia kobietą sukcesu". Główna bohaterka, Lin Xiaojie - w którą wciela się popularna tajwańska aktorka, Chen Qiao En - jest singielką przeżywającą liczne miłosne perypetie. Angażuje się w kolejne znajomości z atrakcyjnymi mężczyznami, ale jednocześni konsekwentnie buduje swoją zawodową pozycję.

Zdaniem niektórych, serial jest dosyć naiwny. Nie zmienia to jednak faktu, że dzięki niemu pojęcie "zwycięskiej kobiety", czy też "kobiety sukcesu", stało się alternatywą dla "kobiety niechcianej", wpływającą pozytywnie na morale chińskich singielek, jak również na ich poczucie własnej wartości.

W internetowym serwisie iQiyi.com, poświęconym chińskim produkcjom filmowym i telewizyjnym, czytamy: "Metamorfoza głównej bohaterki serialu, Lin Xiaojie, która z "niechcianej kobiety" staje się "kobietą zwycięską", dowodzi, że także na płaszczyźnie zawodowej bardziej opłaca się być silną i niezależną, niż pozwalać innym na to, by to oni decydowali o naszej przyszłości". Na tej samej stronie znajdziemy dziesięć praktycznych porad adresowanych do młodych pracujących kobiet: "Nie bądź nieprzyjemna, ale nie bądź też zbyt miła dla innych. Nie pozwól, by twoi współpracownicy wpływali na twoje decyzje. Nie zakochaj się w swoim szefie" - i tym podobne.

Ewolucja poglądów

Nawet państwowe media, które tradycyjnie prawiły młodym Chinkom ponure morały na temat niebezpieczeństw związanych ze staropanieństwem, powoli przekonują się do tej nowej retoryki. Przykładem może być oficjalny mikroblog redaktorów "Dziennika Ludowego", w którym niedawno można było przeczytać, że "niechciane kobiety" nie powinny popadać w rozpacz.

"Sheng nu, nie dramatyzujcie!" - napisał autor postu. "W Chinach jest o 20 milionów więcej kawalerów przed trzydziestką niż panien w tym samym wieku. Dlaczego więc jest aż tak wiele "niechcianych kobiet"? Może dlatego, że nie są to kobiety "niechciane", ale "kobiety sukcesu", które mają bardzo wysokie wymagania wobec potencjalnych partnerów? To kobiety wolne, które potrafią same o siebie zadbać. W dobie szybko postępującej modernizacji Chin termin "sheng nu" może stracić swoje pejoratywne znaczenie."

Li Yue, pracownica pekińskiej organizacji pozarządowej, zgadza się, że lepiej być kobietą "zwycięską" niż "niechcianą". Wolałaby jednak nie opowiadać się za żadnym z tych znaczeń. - To pozytywny termin, ale zarazem trochę dziwny. Nigdy nie myślałam o swojej sytuacji życiowej w kategoriach zwycięstwa albo jakiejś walki - mówi. - Powinnyśmy mieć prawo wyboru w kwestii tego, co chcemy w życiu robić. Czy naprawdę potrzebujemy aż tak silnie nacechowanego słowa, by opisać najnormalniejszą sytuację pod słońcem?

Między tradycją a nowoczesnością

Opinię tę podziela Wang Man. - Słyszałam o nowym znaczeniu terminu "sheng nu"; podoba mi się ono. Nie sądzę jednak, że jest to kwestia zwycięstwa lub porażki.  To po prostu styl życia, na jaki zdecydowała się dana kobieta. Ale, oczywiście, gdybym miała wybierać, skłaniałabym się ku interpretacji "zwycięska". Cała ta dyskusja trochę mnie jednak męczy.

Tymczasem w Chinach wciąż nie brakuje młodych kobiet, które ukończyły już 25. rok życia i doświadczają na co dzień presji ze strony otoczenia oczekującego od nich zmiany stanu cywilnego. Tradycyjny światopogląd odcisnął na ich psychice piętno na tyle silne, że są przekonane, iż szanse na znalezienie męża są w ich przypadku znikome. W Chinach dolna granica wieku do zawarcia związku małżeńskiego to dla kobiet 20 lat - tak więc te singielki, które chcą uniknąć społecznego napiętnowania, nie mają zbyt wiele czasu. Dla takich kobiet termin "sheng nu", nawet z podwójnym znaczeniem, jest, w najlepszym przypadku, neutralny.

- Nie jestem dumna z tego, że jestem jedną z "sheng nu" - mówi 27-letnia Zhou Wen, niezamężna sekretarka zatrudniona w pekińskim oddziale amerykańskiej agencji marketingowej - ale przynajmniej jest to neutralne określenie. Nie mam z nim problemu.

Didi Kirsten Tatlow

© 2013 The International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje