Niszczycielska moc igrzysk

W kulturze owładniętej fałszywą religią sportu - w której baseballowe stadiony pełnią rolę świątyń, zawodnicy cieszą się statusem półbogów, transfery i powołania zyskują rangę obrzędu, a fani organizują się w grupy wyznawców - łatwo jest zapomnieć, że sport wciąż kryje w sobie pierwiastek prawdziwego sacrum. By go dojrzeć, trzeba usunąć zeń warstwę korupcji, dopingu i żądzy krwi. Nie zmienia to faktu, że sport przynależy do tego, co czyste i dobre w skomplikowanym i coraz bardziej upodlonym świecie.

Już za kilkanaście dni ci z nas, którzy kochają sport, ale nienawidzą towarzyszącej mu otoczki, będą musieli ścierpieć kolejną orgię bluźnierczej rywalizacji, czyli Zimowe Igrzyska Olimpijskie Vancouver 2010. To doskonała okazja do tego, by stanąć twarzą w twarz z kryzysem, którego konsekwencje sięgają daleko poza sportowe areny.

Reklama

Spektakl ten nie tylko niszczy wszystko, co kochamy w igrzyskach czy w szerzej pojętym świecie sportu, ale też niweczy naszą zdolność do odczuwania spontanicznej radości, stanowiącej o naszej ludzkiej naturze.

Zacznijmy od ceremonii otwarcia igrzysk, którą oglądają miliardy widzów, ale która tak naprawdę nie cieszy nikogo. Oto w zdumiewającej bezcelowości wirują akrobaci, migają pompony, szczudła i makijaże mimów; sportowcy uśmiechają się i machają - w zasadzie do nikogo; w wielkim zniczu za dotknięciem ręki znanej osobistości zapala się olimpijski płomień.

Chyba tylko nazistowskie Niemcy i komunistyczne potęgi dobrze czuły się w tej stylistyce. Uroczyste zapalanie olimpijskiego znicza wymyślili Niemcy przy okazji olimpiady w Berlinie, w 1936 roku, a trasa pierwszej sztafety niosącej płomień z Olimpii biegła przez kraje, które wkrótce miały ulec Trzeciej Rzeszy. Siedemdziesiąt dwa lata później totalitarny rząd w Pekinie zademonstrował światu umiejętność koordynowania 15 tysięcy ludzkich ciał w ramach pedantycznie obmyślonej synchronizacji - co w równej mierze wzbudzało podziw, jak i grozę.

Dyrektor wykonawczy ceremonii otwarcia igrzysk w Vancouver, David Atkins, wie, że dorównanie tamtemu poziomowi masowej kontroli to zadanie z gatunku niemożliwych. W rozmowie ze mną określił ceremonię w Pekinie mianem "ostatniego show Elvisa": - Nikt w ciągu lat, które nadejdą, nie poważy się z nią rywalizować - powiedział.

Bez wątpienia ma rację, bo, o ile mi wiadomo, jedyną dziedziną, w której z powodzeniem można skoordynować działania 15 tysięcy Kanadyjczyków, jest narzekanie na Stany Zjednoczone. To oczywiście komplement pod adresem Kanady - wyreżyserowane masowe widowiska są nie tylko nieludzkie, ale też nudne - i dlatego właśnie internetowe transmisje olimpijskie takich konkurencji, jak narciarstwo biegowe czy łyżwiarstwo szybkie, urzekają o wiele bardziej niż wszystkie te otępiające telewizyjne relacje na żywo z rywalizacji łyżwiarzy figurowych. Są one tak przemyślnie skonstruowane i konwencjonalne, jak pierwszy z brzegu odcinek "Zagubionych". Cała spontaniczność - zarówno sportowców, jak i publiczności - musi ustąpić w nich miejsca niekończącym się przerwom reklamowym.

Powyższe obserwacje dotyczą nie tylko igrzysk olimpijskich. Każdy, kto w ostatnim czasie wybrał się na sportową imprezę, wie aż za dobrze, że widowisko przyćmiewa dziś każdą dyscyplinę. Bilet wstępu na mecz to także bilet na ciąg ohydnych scen, do oglądania których nie powinno się zmuszać nikogo. To taneczne układy kościstych nastolatek, wykonywane do "oldskulowego" hip-hopu, to koszulki rzucane w tłum ludzi gotowych rozszarpać się nawzajem, to czworonogi skaczące w przerwie przez obręcze ku uciesze dzieciaków z ADHD.

Los Angeles Dodgers oferują swoim kibicom zajęcia z jogi na stadionie. Na mecze drużyn grających w Major League Baseball przychodzi się dziś z zestawem do robótek ręcznych, by wprawiać się w machaniu igłą w ramach projektu "Stitch N'Pitch". Z wyjątkiem kilku zaledwie miejsc, jak Wrigley Field - bez wątpienia jednego z najsłynniejszych sportowych obiektów w Ameryce Północnej, którego przyszłości zagroziło niedawne bankructwo Chicago Cubs - nowe stadiony buduje się w taki sposób, aby zmaksymalizować liczbę trybun honorowych i tandetnych barów.

Mimo to moja wiara w świętość sportu nie gaśnie. I nie jest to wyrażenie robocze ani metafora. Sport jest święty. Majowie i Aztekowie podczas swoich najważniejszych świąt religijnych zawsze rozgrywali mecz piłkarski, czasem zresztą kończący się obrzędem składania ofiar z ludzi.

Dla starożytnych Greków zawody sportowe były okazją do zademonstrowania "areté" - termin ten, w zasadzie nieprzetłumaczalny, oznacza żywiołowe przodownictwo, witalność, doskonałość istoty ludzkiej w całej pełni jej człowieczeństwa. Dlatego też w ramach igrzysk olimpijskich w antycznej Grecji odbywały się konkursy poetyckie i muzyczne, a startujący w nich zawodnicy byli nadzy: sport miał unaoczniać, czym jest człowiek.

Zawody sportowe to celebracja biegu zdarzeń, który zakłada każdą ewentualność. W niezrównany sposób obrazują one nieprzewidywalność leżącą u podstaw naszego życia i ukazują nam, jak żyć. Mamy stawiać czoła tej niepewności tak, jak potrafimy najlepiej. We współczesnym sporcie, mimo iż żegluje on po zaśmieconych wodach, wciąż zdarzają się momenty wzniosłe. Co roku jednak ich światło przyćmiewane jest coraz bardziej przez wzbierający mrok przemysłu rozrywkowego.

W zmechanizowanym świecie, gdzie natura ludzka z dnia na dzień osaczana jest coraz bardziej przez regulacje i korporacje, dar sportu jest czymś, co dzieje się naprawdę i co dzieje się teraz. To coś, co Walter Benjamin nazwał niegdyś "Jetztzeit" - "wiecznym teraz". Dlatego właśnie postępujący rozkład sportu, który zmienia się w próżną rozrywkę, ma tak zgubny wpływ na ludzkie morale i jest tak zdradliwie niszczycielski dla całokształtu naszej kultury. Dlatego właśnie igrzyska olimpijskie są tak przeżarte zgnilizną.

Przecież nawet sam proces wyboru miast-gospodarzy jest parodią uczciwej rywalizacji, spektaklem, który fałszywie przedstawia się nam jako konkurs. Niełatwo jest pokonać Chicago w sztuce zakulisowych negocjacji, ale czy istnieje jakiekolwiek inne wiarygodne wytłumaczenie dla upokorzenia, jakiego Obama doznał w Kopenhadze?

Nie jestem jedynym, który kocha sport i pogardza robionym z niego widowiskiem. Co jednak stanie się z nami? Czy będziemy skazani na oglądanie "Friday Night Lights" (serial rozgrywający się w środowisku zawodników futbolu amerykańskiego - przyp. tłum.) w towarzystwie naszych synów? Czy będziemy mówić im: "Zobaczcie, taki właśnie powinien być sport"? Jedynym alternatywnym rozwiązaniem jest swoista częściowa ślepota, głupota zamierzona.

Obiecałem sobie, że w tym roku nie pogrążę się w łatwym cynizmie, który zazwyczaj spada na mnie jak grypa w dwutygodniowym okresie olimpijskich zmagań. Zamierzam zapomnieć o ceremoniach i skoncentrować się na tym, jak świetnie ogląda się curling (zwłaszcza w wykonaniu pań), i na tym, jaki fajny jest biathlon. A kiedy wybuchnie nieunikniona afera dopingowa albo sędziowie ustalą wynik rywalizacji łyżwiarzy figurowych, przełączę się na short track albo sanki. A potem przypomnę sobie, że już w marcu czeka mnie szaleństwo rozgrywek w koszykówce - i wszystko będzie dobrze.

Stephen Marche/Esquire/Hearst Communications

tłum. Katarzyna Kasińska

Dowiedz się więcej na temat: makijaże | zawodnicy | stadiony | tłum | igrzyska olimpijskie | sport

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje