​O wszystkich fałszywych wiadomościach, które trafiły do druku

Dezinformacja i przekręcone fakty to nic nowego. Czymś nowym jest za to brak wszelkich autorytetów, które mówią nam, co jest prawdą, a co nią nie jest.

W 1920 roku gazeta “Dearborn Independent", której właścicielem był przedsiębiorca Henry Ford, opublikowała serię artykułów o światowym spisku Żydów oparte na “Protokołach mędrców Syjonu" - podrobionym dokumencie, którego korzenie sięgają Rosji. Dziesiątki innych gazet powieliło tę nieprawdziwą informację.

Reklama

W 1924 roku, na cztery dni przed wyborami, “The Daily Mail" z Wielkiej Brytanii opublikowała fałszywy list Zinovieva, w którym miała być rzekoma dyrektywa z Moskwy skierowana do brytyjskich komunistów i dotyczącą mobilizacji "sympatyków z Partii Pracy". Partia Pracy przegrała te wybory z kretesem.

W 1960 roku FBI kierowane przez J. Edgara Hoovera kierowało kampanią oszczerstw wymierzoną w Martina Luthera Kinga Jra. Poza podrzucaniem mediom fałszywych historii, FBI podrobiło list, w którym zawarto groźbę rzekomego ujawnienia, że jest degeneratem i sugestię, żeby się zabił.

W 1987 roku 96 fanów piłki nożnej, kibiców Liverpoolu, zmarło na boisku sportowym Hillsborough w Sheffield w Anglii. Zostali zmiażdżeni na śmierć przez po tym, jak "upchnięto" ich w sektorach. Brytyjskie gazety - nakarmione kłamstwami przez policję - pisały, że za katastrofę odpowiedzialni byli pijani kibice.

W 2003 roku, w okresie przygotowań do wojny w Iraku, artykuły o nieistniejącej broni masowego rażenia Saddama Husseina, wypełniały strony gazet na całym świecie.

Kłamstwa udające wiadomości są tak stare, jak same wiadomości. To o historii powinniśmy pamiętać w obliczu paniki wywołanej falą fałszywych wiadomości. Zwycięstwo Donalda Trumpa  w wyborach prezydenckich zwróciło uwagę na zalew fałszywych historii, szczególnie w mediach społecznościowych, które - jak wielu uważa - odegrały kluczową rolę w jego zwycięstwie. Jednak w zbyt wielu dyskusjach pomija się długą "tradycję" produkowania fałszywych wiadomości i nie uznaje tego, co jest rzeczywiście charakterystyczne dla współczesnej polityki.

W przeszłości rządy, instytucje i gazety manipulowały wiadomościami i informacjami. Dzisiaj każdy, kto posiada konto na Facebooku może to zrobić. Zamiast "dawkowanych" fałszywych wiadomości, jesteśmy teraz zalewani kłamstwami.

Kwestia, która uległa zmianom nie polega wcale na tym, że wiadomości są fabrykowane, polega na tym, że ci, którzy mieli pilnować w tej kwestii porządku, stracili nad tym panowanie. Tak jak elity utraciły zaufanie ze strony swoich wyborców, tak straciły też możliwość definiowania tego co jest, a co nie jest wiadomością.

Panika wywołana tymi fałszywymi wiadomościami spowodowała powstanie pomysłu, że żyjemy w erze post-prawdy. Słownik Oxford English już uznał ten zwrot za słowo roku, definiując je jako "okoliczności, w których obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej, niż odwołanie do emocji i osobiste przekonania". 

Ale tak jak w przypadku sfabrykowanych newsów, tak i w przypadku post-prawdy, prawda - jeśli mogę użyć tego słowa -  jest bardziej skomplikowana.

Polityka zawsze opierała się na czymś więcej niż tylko na faktach na temat świata. Jej filarem jest także ideologia poprzez którą te fakty należy postrzegać. Weźcie pod uwagę niektóre kwestie pojawiające się na początku drogi Trumpa po prezydencję. "Czy muzułmanie powinni być rejestrowani? Czy nielegalni pracownicy powinni zostać deportowani? Czy tortury są akceptowalne? Czy aborcja powinna być legalna?

Sprzeciwiam się rejestrowi muzułmanów, nie uznaję tortur, potępiam masowe deportacje i popieram prawo do aborcji. I nie dzieje się tak z powodu empirycznych faktów, a dlatego, że konkretne polityczne i filozoficzne przekonania, jakie mam, są we mnie zakorzenione głębiej niż fakty. Przekonania dotyczące praw, wartości i tego, co to znaczy być człowiekiem.

Jeśli fakty pokazałyby, że tortury są skuteczne, nadal bym się im sprzeciwiał.

Fakt, że postęp medycyny pozwala na to, aby przedwczesny płód, mógł przeżyć poza macicą w młodszym wieku nie zmienia mojego poglądu na aborcję.

Nie oznacza to, że kierują bardziej kierują mną emocje, a mniej fakty. Oznacza to mniej więcej tylko, że kiedy chodzi o politykę, fakty mają sens tylko i wyłącznie w ideologicznej oprawie.

W przeszłości, te ramy były skonstruowane z podziału politycznego między lewicą a prawicą. Każda z nich zapewniała inną soczewkę ideologiczną, przez którą należało spojrzeć na świat, interpretować te same fakty inaczej i dochodzić do różnych wniosków dotyczących polityki.

Dzisiaj te ramy zostały roztrzaskane i są polepione jedynie za pomocą tożsamości, a nie ideologii. Kluczem nie jest więc podział na lewo i prawo, a na tych którzy wolą zglobalizowany i technokratyczny świat i dla tych, którzy czują się wykluczeni, pominięci i niemi. Zwolennicy Trumpa i jego liberalni krytycy znajdują się po różnych stronach tego nowego podziału.

Wielu wyborców Trumpa jest niepewnych wobec swojej sytuacji gospodarczej i czują się niemi politycznie w wyniku globalizacji i integracji.

Obie strony interpretują fakty i wiadomości za pośrednictwem swoich własnych konkretnych ram politycznych i kulturowych. Wielu liberałów postrzega ich jako osoby godne pożałowania. Każda z tych stron interpretuje fakty i wiadomości poprzez swoje polityczne i kulturalne ramy.

To doprowadziło do burzliwych dyskusji na temat ludzi, którzy żyją w swoim świecie mediów społecznościowych niczym w bańce, w której jedyne poglądy jakie podzielają, to są ich poglądy. Nie mają bowiem dostępu do czegoś odmiennego.

Badania sugerują, że takie strachy są przesadzone, bo użytkownicy jeśli chcą, mogą mieć dostęp także do przeciwnych sobie poglądów.

Warto zaznaczyć, że social media nie tworzą swojego wymyślonego świata, one, w jakiś sposób odzwierciedlają ten, który już mamy. W znikomym stopniu, ale jednak. A jest to świat, w którym autorytet tradycyjnych instytucji upadł, w którym zniknęły stare, zużyte polityczne mechanizmy.

Jeśli problem fałszywych wiadomości jest bardziej skomplikowany, niż się powszechnie sugeruje, to rozwiązania oferowane są często gorsze, niż sam kłopot. Są to wymagania, że Facebook powinien cenzurować kanały i eliminować fałszywe historie, a w imieniu prawa  dopaść tych, którzy promują kłamstwa. Ale kto powinien decydować o tym, co jest fałszywe, a co nie jest?

Czy naprawdę chcemy,  żeby Mark Zuckerberg albo rząd Stanów Zjednoczonych, określali, co stanowi prawdę? Czy naprawdę chcemy wrócić do czasów, kiedy jedynymi fałszywymi wiadomościami były " oficjalne" fałszywe wiadomości?

Fałszywe wiadomości nie są problemem. Nie powinniśmy przesadzać z ich "nowością", wykazując się brakiem zrozumienia, a tym samym proponować lekarstwo, które jest jeszcze gorsze niż trucizna.

Kenan Malik/The New York Times

Tłum.: KK 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje